środa, 31 maja 2017

pogrzeby

Od jakiegoś czasu zbyt często podążam za trumnami. 2 czerwca znowu pogrzeb, a ledwie 2 tygodnie temu pochowaliśmy kolegę z pracy. Teraz bliska naszemu sercu osoba, ostatnia nestorka rodu po mieczu. Tak... to prawda, że coraz więcej krewnych i znajomych mamy po drugiej stronie światła... taka kolej rzeczy, życie to wszak śmiertelna choroba.

Jakoś tak nic nie cieszy, brak powodu do uśmiechu. Prywatnie - smutno, obywatelsko - do d..., służbowo - wyścig z czasem. Eeee tam... i to ma być życie? Tylko po co?

I jeszcze teraz rozmyślam, jak to dziwnie się wszystko układa, że ci, którzy na śmierci swoich bliskich zarobili gigantyczne pieniądze mają pretensje o to, że w trumnie znalazły się szczątki innych ofiar. I co z tego? - mam ochotę zapytać. Co z tego? zadżumione te szczątki, czy jak? A nawet jeżeli są to szczątki ofiar znienawidzonej partii politycznej, to - jak mniemam - zmarłym raczej wszystko jedno, czy gniją w towarzystwie, czy samotnie. I jeszcze mam ochotę zapytać, czy oburzeni obecnie sądzili, że po takiej katastrofie to da się dojść, czyje fragmenty zebrano jako tako do kupy?

Wychodzi mi na to, że chrześcijańska część narodu jest mniej chrześcijańska, niż ateiści. Bo niewierzącym nie przeszkadza fakt, że odbyło się 96 zbiorowych pochówków. Gdyby zaczęto zabawę w identyfikację, to pogrzeby pewnie odbywałyby się dzisiaj, a nie wtedy, tuż po katastrofie. Pochowałam oboje rodziców. Nie jestem katoliczką, ale nie oddaję czci szczątkom, tylko pielęgnuję pamięć. Moi bliscy żyją w mojej pamięci, grób, to tylko symbol. Kiedyś, ktoś pochowa tam kogoś innego, prochy się wymieszają, zgodnie z prawem natury, ciało wróci do obiegu materii ożywionej, wyrosną na nim rośliny, zjedzą je żyjątka rozmaite, czyż mam wytruć, wyrwać wszystko, co żywi się szczątkami?

Ja mam życzenie zostać spalona po śmierci, o ile będzie to możliwe, chcę by moje prochy zakopano w dołku pod drzewem. Niech rośnie ku chwale natury. Dopóki nie zjawi się kolejny minister Szyszko.






czwartek, 18 maja 2017

Niechciejstwo

W zasadzie, to osiągnęłam stan, w którym nawet pisać mi się nie chce. Ale odnotuję sobie ostatnie swoje spostrzeżenia. Otóż, PO, która dzisiaj kreuje się na jedyną partię, będącą w stanie uwolnić nas od "dobrej" zmiany, kilka lat wcześniej, podczas głosowania parlamentarnego nad wnioskiem o postawienie przed Trybunałem Stanu pana ZZ, mimo, że mogła przegłosować ów wniosek, to tego nie zrobiła, 15 posłów PO w ogóle nie raczyło przybyć, a byli tacy, którzy się wstrzymali. Tak, ja wiem, że nie było dyscypliny, że usłyszę: to dobrze, to znaczy, że w PO nie ma dyktatury. Owszem, niby dobrze, ale się okrutnie zemściło. Na nas wszystkich. Bo tak już jakoś jest, że zło wykazuje zawsze najwyższą dyscyplinę, a na rozsądek ludzi liczyć nie można.

Jest jeszcze jedno wyjaśnienie owego bezwładu. Moim zdaniem - bardzo prawdopodobne, a pamięć przywołuje mi niejedno potwierdzenie. Otóż, gdy się ma dużo za uszami, to się nie rwie do rozliczania win innych, bo wyobraźnia podpowiada, że samemu też się kiedyś może znaleźć na ich miejscu.

I tak to się kręci ta karuzela polityczna. Chwilami mam dziwne uczucie, bo widząc niektórych polityków, nie jestem pewna, z której są akurat opcji? Wiatr sympatii "suwerena" sprawia, że co niektórych przewiewa z jednej strony na drugą i czasami obywatel ma od tego kaca, bo nie nadąża. O pomyłkach w głosowaniu nie mówię już, bo o nie jeszcze łatwiej wówczas.

Wczoraj, w drodze powrotnej, rozmyślałam sobie, że nowa rzeczywistość, to w mojej wyobraźni taka pustynia. Bezkresne morze piachu, a na horyzoncie nawet skrawka przyjaznego człowiekowi, żadnej oazy, ani kropli wody. Bardzo trudno o pozytywne myśli w tych warunkach. Smutno mi.