niedziela, 9 kwietnia 2017

Rzeź niewiniątek

Wiosennie już, magnolie kwitną, tarniny też, forsycja żółci się na trawnikach. Byłoby pięknie, ale...
Droga, która prowadzi mnie codziennie do pracy wygląda jakby byłą naga. Wzdłuż krajowej Siódemki trwa wycinka, rzeź niewiniątek. Stare, ogromne drzewa leżą pokotem w rowie. Tyle lat dawały nam cień podczas letnich upałów, chwilę wytchnienia od palącego słońca. Teraz porżnięte, odarte z konarów, połamane leżą. A ja płaczę nad ich losem. Nad głupotą ludzi, którzy nawet odrobiny wdzięczności nie mają. Komu one przeszkadzały? Nie stały szpalerem wzdłuż drogi, zagrażąjąc bezpieczeństwu nierozważnych, pędzących asfaltową szosą aut. Rosły w głębokim i szerokim rowie. Już nigdy wiatr nie zakołysze zieloną czupryną, nie będzie się unosił i wpadał przez otwarte okno auta nawet zapach czarnego bzu, bo krzewy bzu też wycięto, razem ze wszystkim, z lilakami też. Zostało tylko zielsko i strzępy niewinnych ofiar pogromu natury.

Jadę teraz i myślę, co będzie teraz? Ptaki, które z takim zapałem dokarmiamy zimą, nie mają się gdzie gnieździć.

I myślę sobie, że kraj, w którym do chrześcijańskich poglądów przyznaje się prawie 90% społeczeństwa, nie szanuje darów swojego Boga. Dla mnie, istoty niewierzącej, Matka Natura, to siła, którą należy szanować. Nie ze strachu przed piekłem, przed jakąś karą boską, ale z wdzięczności. Bo, prawdę mówiąc, życie wielkiego sensu nie ma. Ale jakże cudownie jest być pyłkiem we Wszechświecie, być oczkiem w łańcuchu istot żywych. Móc patrzeć na cuda, które o każdej porze roku wywołują westchnienie podziwu w oczach. Wiosna... pachnąca, tonąca w zieleni i wybuchająca  mnogością istnień, jak konfetti. Lato...złociste, zatopione w błękicie i ulotne, jak nadzieja, zwiastujące bogactwo jesieni. Jesień... ciężka, obfita, bogata olśniewająca odcieniami starego złota. Jesień obdarowuje nas wszystkim, co urodziła ziemia, jakby chciała nas udobruchać, pozwala, żebyśmy zachłyśnięci jej urodą, nie zauważyli, jak szybko odchodzi robiąc miejsce zimie. Zima... jak panna młoda, cała w bieli. Naga i niewinna, ale zimna. Obwieszona cyrkoniami osadzonymi w srebrze. Zima, niczym Wenus, zawstydzona nagością. Jej zmysły budzą się powoli, zimna krew rozgrzewa skostniałe tętnice. Powoli dojrzewa, uczy się i przemienia w tę, która posiadła wszystkie tajemnice miłości. W wiosnę.

Starożytni uważali, że czas jest jak wąż zjadający swój ogon. Człowiek odcina  dzisiaj wężowi łeb, nie bacząc na konsekwencje.

Brak komentarzy: