czwartek, 27 kwietnia 2017

Liryczno-nostalgicznie

Nic mnie nie cieszy. Nic mnie nie bawi. Nastrój minorowy trwa. Z krótkimi przerywnikami, ale podnosi łeb, jak hydra. Słucham Angie, Rolling Stones. Adaś? Tak, Adam.

Teraz D'yer Mak'er - Led Zeppelin, w zasadzie z nikim konkretnym mi się nie kojarzy, ale i tak super.

If You go away, Terry Jacks. Hmmm... perełka z serduszkiem w tle. Pawełek. Skoro Paweł, to jeszcze Without You, absolutnie koniecznie!

No, dobrze, zostawmy konkrety i przejdźmy do niebezpiecznej percepcji, zapodam sobie I put a spell on You, CCR. Kurczę, to takie stare, a żaden facet mnie w życiu tak nie podniecał, jak oni w tej piosence.  I ten głos... ummm...

Pora na opamiętanie, w słuchawkach I want to know what love is, Foreigner. Świetnie zagrane, znakomita aranżacja, zaśpiewane pięknie. Ale nie podnieca, chociaż przyjemnie się słucha, nie powiem.

Dla relaksu będzie Sailing, Rod Stewart, pozwolę unieść się na falach, niech delikatna bryza ukołysze mnie, nawet niech pogłębi smutny nastrój, a co mi tam!

No, teraz dopiero ubaw, rozśmieszyło mnie, bo kolejny kawałek, to Those were the days, zwane od zawsze "Tobołami". I Mary Hopkin, a któżby inny!

Coś bardziej współczesnego też dobre : Lonely no more, Rob Thomas. Lubię.

Nie mogę się teraz zdecydować: Bang Bang, Sony& Cher, czy może Since I've been lovin' You, Led Zeppelin? O, najlepiej jedno i drugie.

Omega, The girl with the pearl's hair... nad głowami zielona siatka maskująca, wirująca w ciemności kula kolorowych świateł, nikt nie rozmawia, wszyscy tańczą z przymkniętymi oczami, a po plecach biegają nam ciarki... Mam chyba jakieś 15 lat, nie więcej. Wciąż uważam, że to jeden z największych hitów.

Uff... Party Doll, Mick Jagger, prawie "nie używany" radiowo utwór, który ma tę cechę, że każdy kolejny raz, to kolejne odkrycie muzyczne i coraz większa frajda ze słuchania. Podrzucony mi przez niejakiego Darka, po znajomości. Zakochałam się bez pamięci. W "laleczce", jak nazwałam ten kawałek dla własnych potrzeb, a nie w Darku.

Oh, my love, my darling... Roy Orbison... wszystkim kobietom miękną nogi, a podobno nawet spadają majtki, cha cha....

I need your love...no, jak nie spełnić pragnienia faceta, który w potrzebie gwałtownej jest, no jak?

I jeszcze wyglądać, jak Demi Moore w tym "Ghost", eh... Tyle, że mnie się aktor nie podobał jakoś, ten do kochania.

Only the Lonely, żeby się zatrzymać chwilę przy Orbisonie, Royu zresztą. Bez większych emocji, ale miło jest.

Love of my life, Queen... Obok Death on two leggs, to najlepszy z utworów tej kapeli, chociaż Bohemian rapsody też lubię :) czemu tego w ogóle nie przypominają w radio - nie wiem... może mam spaczony gust?

Nights in white satin, bezapelacyjnie - klasyka, dorównuje moim zdaniem muzyce poważnej. The Moody Blues, eh... chłopaki, chylę czoła.

Catch the Rainbow, prosty, krótki tekst, tekścik właściwie, ale muzyka, ta muzyka... pieści moje uszy.

Styx, Boat on the river, o, też bardzo dobre! Temple of the King, podobnie.

Na koniec dzisiaj posłucham sobie Sorrow, moich najukochańszych Pink Floyd. Smutek... paraliżujący, wwiercający się w duszę, zżerający ją niczym rdza... świetna interpretacja muzyczna, ale nic dziwnego - w końcu to PINK FLOYD, a nie kapela weselna z Pcimia Dolnego.

Brak komentarzy: