sobota, 24 czerwca 2017

Dzienniczek obywatelski, któryś tam

Wścieklizna obozu rządzącego osiąga apogeum. WOŚP zebrała rekordową kwotę, Jurek Owsiak, jak co roku, organizuje Przystanek, a minister Błaszczak z ponurą miną oznajmia, że Policja wydała drastycznie negatywną opinię  kwestii jego bezpieczeństwa. Obecny podczas wygłaszania tej wypowiedzi policjant ma wyraz twarzy, który mówi sam za siebie - muszę trzymać buzię w kuble.

Wszyscy musimy trzymać buzię w kuble. Znowu, po trwającym ćwierć wieku antrakcie.
Miesięcznice smoleńskie trwają w najlepsze, przyjmując formę happeningu organizowanego przez koło gospodyń wiejskich. Rodzą się nowe tradycje. Dzieci też się rodzą. O, właśnie - urodziło się tych dzieci w pewnym okresie coś około 18 tysięcy, a wniosków o 500+ wpłynęło ponad 40 tysięcy. Uczciwość w narodzie karleje i przejawia tendencję zanikową.

A wszystko w ramach nowych tradycji. Tradycją staje się nocne głosowanie w sejmie, tradycją jest spolegliwość głowy państwa, a także milczenie owiec. Tradycyjnie następują kolejne manifestacje na ulicach. Chociaż coraz częściej zamieniają się w spacery grupowe, bo cel umyka niczym pojazd Formuły 1...

Ale to nic, to wszystko, to tylko skutek jednej z najstarszych w tym kraju tradycji. Tradycji, która nakazuje niszczyć wszystko, co postępowe, co dobre, co radosne. Dalej nie chce mi się wymieniać.

Polacy najszczęśliwsi są, jak się zdaje, gdy wszystko dookoła się pali, wali, zamienia w zgliszcza. Zawiść, nietolerancja, nienawiść, brak empatii, wstecznictwo, konfabulacja, nepotyzm i krótkowzroczność rozpleniły się niczym perz w przydomowym ogródku.

Każdy kolejny dzień przekonuje mnie, że wiara nie jest, nie powinna być dostępna wszystkim. W imię wiary na tym ziemskim padole popełniano i nadal popełnia się największe zbrodnie. I jakoś tak mi się pomyślało, że ludzie, których tak chętnie nazywamy dzikimi, niecywilizowanymi, byli uczciwsi, niż my - tacy wykształceni, światli. Otóż, dzicy, gdy już sobie wymyślili boga, to zawsze był to bóg okrutny, krwiożerczy, albo przynajmniej mściwy. Zresztą, nawet starożytni Grecy, którzy też swoich bogów tworzyli na obraz i podobieństwo człowieka, nie wmawiali nikomu, że ci bogowie są dobrzy i miłosierni. A wiara chrześcijańska, wiara monoteistyczna, ustami kapłanów przekonuje o nieskończonym miłosierdziu boskim, o przygarnianiu wszystkich sierot i wysyłaniu aniołów stróżów, żeby chronili pod swoimi skrzydłami maluczkich. Bóg - sama dobroć i wybaczanie win. Jego wierni - w imię najwyższego, wylewają zło wiadrami na te sieroty.
Miłuj bliźniego swego, jak siebie samego... chyba erozja zatarła na kamiennej tablicy kilka słów w tym przykazaniu, bo dzisiaj zostało tylko: miłuj...siebie samego.

Diabeł się cieszy, bo nie musi się wysilać. Ludzie chętnie go zastępują w obowiązkach.


niedziela, 18 czerwca 2017

decoupage z wiśnią




ostatnia produkcja, tym razem tekturowe i okrągłe, z motywem japońskiej wiśni, teraz przerwa w zabawie, trzeba skończyć "Miłość w czasach zarazy" G.G. Marqueza.

piątek, 16 czerwca 2017

decoupage z afrykańskim akcentem



 Tym razem postanowiłam odmienić nieco starą, bambusową misę. Misa nie była specjalnie atrakcyjna, poniewierała się tu i tam, właściwie nie służąc do niczego. Misę dekorowałam wydrukami laserowymi i malowałam ręcznie abstrakcyjne krzewy, wypełniając przestrzeń pomiędzy symetrycznymi fragmentami. Wykończenie renesansowym mosiądzem ( farba), starym złotem ( też farba) i pastą do postarzania. Zewnętrznie misa ma kolor porcelany, kremowy. Nie wiem, czy jest ładna, ale na pewno niebanalna i bardzo rozweselająca.

niedziela, 11 czerwca 2017

Decoupage

Trochę się ostatnio bawiłam. Decoupage, chwilowo mnie pochłonął, ale już jestem ciekawa, co będzie następne?







Szczególnie dumna jestem z pudełeczka kartonowego, z wisterią. Naniesienie kolorowego druku ze zwykłej kartki na farbę akrylową, to pracochłonne, ale niezwykle satysfakcjonujące zadanie.

piątek, 9 czerwca 2017

środa, 31 maja 2017

pogrzeby

Od jakiegoś czasu zbyt często podążam za trumnami. 2 czerwca znowu pogrzeb, a ledwie 2 tygodnie temu pochowaliśmy kolegę z pracy. Teraz bliska naszemu sercu osoba, ostatnia nestorka rodu po mieczu. Tak... to prawda, że coraz więcej krewnych i znajomych mamy po drugiej stronie światła... taka kolej rzeczy, życie to wszak śmiertelna choroba.

Jakoś tak nic nie cieszy, brak powodu do uśmiechu. Prywatnie - smutno, obywatelsko - do d..., służbowo - wyścig z czasem. Eeee tam... i to ma być życie? Tylko po co?

I jeszcze teraz rozmyślam, jak to dziwnie się wszystko układa, że ci, którzy na śmierci swoich bliskich zarobili gigantyczne pieniądze mają pretensje o to, że w trumnie znalazły się szczątki innych ofiar. I co z tego? - mam ochotę zapytać. Co z tego? zadżumione te szczątki, czy jak? A nawet jeżeli są to szczątki ofiar znienawidzonej partii politycznej, to - jak mniemam - zmarłym raczej wszystko jedno, czy gniją w towarzystwie, czy samotnie. I jeszcze mam ochotę zapytać, czy oburzeni obecnie sądzili, że po takiej katastrofie to da się dojść, czyje fragmenty zebrano jako tako do kupy?

Wychodzi mi na to, że chrześcijańska część narodu jest mniej chrześcijańska, niż ateiści. Bo niewierzącym nie przeszkadza fakt, że odbyło się 96 zbiorowych pochówków. Gdyby zaczęto zabawę w identyfikację, to pogrzeby pewnie odbywałyby się dzisiaj, a nie wtedy, tuż po katastrofie. Pochowałam oboje rodziców. Nie jestem katoliczką, ale nie oddaję czci szczątkom, tylko pielęgnuję pamięć. Moi bliscy żyją w mojej pamięci, grób, to tylko symbol. Kiedyś, ktoś pochowa tam kogoś innego, prochy się wymieszają, zgodnie z prawem natury, ciało wróci do obiegu materii ożywionej, wyrosną na nim rośliny, zjedzą je żyjątka rozmaite, czyż mam wytruć, wyrwać wszystko, co żywi się szczątkami?

Ja mam życzenie zostać spalona po śmierci, o ile będzie to możliwe, chcę by moje prochy zakopano w dołku pod drzewem. Niech rośnie ku chwale natury. Dopóki nie zjawi się kolejny minister Szyszko.






czwartek, 18 maja 2017

Niechciejstwo

W zasadzie, to osiągnęłam stan, w którym nawet pisać mi się nie chce. Ale odnotuję sobie ostatnie swoje spostrzeżenia. Otóż, PO, która dzisiaj kreuje się na jedyną partię, będącą w stanie uwolnić nas od "dobrej" zmiany, kilka lat wcześniej, podczas głosowania parlamentarnego nad wnioskiem o postawienie przed Trybunałem Stanu pana ZZ, mimo, że mogła przegłosować ów wniosek, to tego nie zrobiła, 15 posłów PO w ogóle nie raczyło przybyć, a byli tacy, którzy się wstrzymali. Tak, ja wiem, że nie było dyscypliny, że usłyszę: to dobrze, to znaczy, że w PO nie ma dyktatury. Owszem, niby dobrze, ale się okrutnie zemściło. Na nas wszystkich. Bo tak już jakoś jest, że zło wykazuje zawsze najwyższą dyscyplinę, a na rozsądek ludzi liczyć nie można.

Jest jeszcze jedno wyjaśnienie owego bezwładu. Moim zdaniem - bardzo prawdopodobne, a pamięć przywołuje mi niejedno potwierdzenie. Otóż, gdy się ma dużo za uszami, to się nie rwie do rozliczania win innych, bo wyobraźnia podpowiada, że samemu też się kiedyś może znaleźć na ich miejscu.

I tak to się kręci ta karuzela polityczna. Chwilami mam dziwne uczucie, bo widząc niektórych polityków, nie jestem pewna, z której są akurat opcji? Wiatr sympatii "suwerena" sprawia, że co niektórych przewiewa z jednej strony na drugą i czasami obywatel ma od tego kaca, bo nie nadąża. O pomyłkach w głosowaniu nie mówię już, bo o nie jeszcze łatwiej wówczas.

Wczoraj, w drodze powrotnej, rozmyślałam sobie, że nowa rzeczywistość, to w mojej wyobraźni taka pustynia. Bezkresne morze piachu, a na horyzoncie nawet skrawka przyjaznego człowiekowi, żadnej oazy, ani kropli wody. Bardzo trudno o pozytywne myśli w tych warunkach. Smutno mi.

niedziela, 30 kwietnia 2017

Dzienniczek obywatelski cd.

Nietykalny minister od obrony narodowej ma się dobrze. Misiewicz wprawdzie oficjalnie odsunięty, żeby się w oczy nie rzucał, ale ciepłą, dobrze płatną posadkę i tak ma zapewnioną. Przewodniczący podkomisji ds. zamachu lotniczego, niejaki pan B. też dał nogę, gdy wyszły na jaw ciemne sprawki związane z przetargiem na śmigłowce dla armii i jego osobistym udziałem w "wykończeniu", jak sam raczył powiedzieć, tegoż przetargu. Oczywista sprawa - wszyscy się odżegnują, sprawa jest bagatelizowana, a w jedynych praworządnych mediach ukazywana we właściwym świetle. Tyle, że sztucznym, bo naturalne nie służy pozytywnemu widzeniu.

Ministra od patriotycznego kształcenia dzieciątek zarządziła, że koniec ze szkołami integracyjnymi. Dzieci niepełnosprawne mają się uczyć w zaciszu domowym, bez szkodliwego kontaktu z wzorcowymi, czyli pełnosprawnymi dziećmi. Pewnie, ja to rozumiem. Już niejaki Korwin-Mikke, który specjalizuje się w szokujących normalnych obywateli wypowiedziach, kiedyś sobie nie życzył, żeby jego cudowne pociechy uczęszczały do szkoły razem z debilami, jak nazwać raczył dzieci niepełnosprawne umysłowo. A dzisiaj, gdy wszystko zmierza do zakazu aborcji płodów, o których wiadomo, że urodzą się ciężko upośledzone, trzeba będzie budować getta. Zamykać w nich te niechlubne egzemplarze, które nie nadają się do wychwalania jakości obywateli naszego "mocarstwa". Zabijać w łonie - nie, izolować od społeczeństwa - koniecznie! I spokój sumienia katolickiego gwarantowany. Wszystko w ramach miłosierdzia się odbędzie.

Jakaś mama napisać raczyła post , nie wiem dokładnie gdzie, ale napisała tak: "Mam troje dzieci. Od PiS dostałam w ciągu roku 12 tysięcy złotych, a od PO zero."

Ktoś słusznie zauważył w ripoście, że szanowna mamuśka nie dostała od PiS, tylko od reszty obywateli, których PiS okradł i dał jej. Że - okradł, to pewne, bo o zgodę nie zapytał. a ten ktoś nie chciał jej nic dać.
Hmmm... też nie chciałam nic dać, bo taka metoda pomocy jest moim skromnym zdaniem destrukcyjna w skutkach, co widać po wypowiedzi tej pani, a także po innych reakcjach, z którymi stykam się osobiście, czyli w pracy. Otóż ostatnio pewien tatuś, również trojga pociech, obraził się na firmę, bo jego zdaniem dostał za małą podwyżkę. I jemu nie wystarcza. Spokojnie zauważyłam, że nie przypominam sobie, żeby firma brała udział w produkcji jego dzieci.I, że dostaje 2 x 500zł, a jak mu nie wystarcza, bo nabrał kredytów na budowę domu, to jest jego problem, nie firmy. Poza tym drzwi są otwarte szeroko, łańcucha, ani kuli u jego nogi nie widzę, więc może sobie zmienić źródło dochodu.  Nie będziemy mu rzucać kłód. Dąs zmienił się w ciężką obrazę. Dodałam jeszcze złośliwie, z premedytacją, że gdy on dostaje za te swoje przyjemności nocne 1000zł nagrody, to nam, którzy już swoje latorośle odchowaliśmy na wyłącznie własny koszt, dziura w kieszeni od kilku miesięcy powiększa się tak, że już widać antypody. Ale nie mamy o to pretensji do firmy, bo ona niczemu winna nie jest.

I stąd bierze się moje głębokie przekonanie, że nigdy, ale to nigdy nie należy dawać ryby, tylko wędkę. Jak się da rybę, to za chwilę obdarowany zażąda patelni, żeby ją usmażyć. A gdy dostanie patelnię, to okaże się niezwłocznie, że potrzebna kuchnia indukcyjna, bo na niej się smaży najlepiej. A, żeby na kuchnię nie kapał deszcz, to i willa trzykondygnacyjna się zda. Z dużym ogrodem, bo dzieci muszą mieć przestrzeń życiową.


czwartek, 27 kwietnia 2017

Liryczno-nostalgicznie

Nic mnie nie cieszy. Nic mnie nie bawi. Nastrój minorowy trwa. Z krótkimi przerywnikami, ale podnosi łeb, jak hydra. Słucham Angie, Rolling Stones. Adaś? Tak, Adam.

Teraz D'yer Mak'er - Led Zeppelin, w zasadzie z nikim konkretnym mi się nie kojarzy, ale i tak super.

If You go away, Terry Jacks. Hmmm... perełka z serduszkiem w tle. Pawełek. Skoro Paweł, to jeszcze Without You, absolutnie koniecznie!

No, dobrze, zostawmy konkrety i przejdźmy do niebezpiecznej percepcji, zapodam sobie I put a spell on You, CCR. Kurczę, to takie stare, a żaden facet mnie w życiu tak nie podniecał, jak oni w tej piosence.  I ten głos... ummm...

Pora na opamiętanie, w słuchawkach I want to know what love is, Foreigner. Świetnie zagrane, znakomita aranżacja, zaśpiewane pięknie. Ale nie podnieca, chociaż przyjemnie się słucha, nie powiem.

Dla relaksu będzie Sailing, Rod Stewart, pozwolę unieść się na falach, niech delikatna bryza ukołysze mnie, nawet niech pogłębi smutny nastrój, a co mi tam!

No, teraz dopiero ubaw, rozśmieszyło mnie, bo kolejny kawałek, to Those were the days, zwane od zawsze "Tobołami". I Mary Hopkin, a któżby inny!

Coś bardziej współczesnego też dobre : Lonely no more, Rob Thomas. Lubię.

Nie mogę się teraz zdecydować: Bang Bang, Sony& Cher, czy może Since I've been lovin' You, Led Zeppelin? O, najlepiej jedno i drugie.

Omega, The girl with the pearl's hair... nad głowami zielona siatka maskująca, wirująca w ciemności kula kolorowych świateł, nikt nie rozmawia, wszyscy tańczą z przymkniętymi oczami, a po plecach biegają nam ciarki... Mam chyba jakieś 15 lat, nie więcej. Wciąż uważam, że to jeden z największych hitów.

Uff... Party Doll, Mick Jagger, prawie "nie używany" radiowo utwór, który ma tę cechę, że każdy kolejny raz, to kolejne odkrycie muzyczne i coraz większa frajda ze słuchania. Podrzucony mi przez niejakiego Darka, po znajomości. Zakochałam się bez pamięci. W "laleczce", jak nazwałam ten kawałek dla własnych potrzeb, a nie w Darku.

Oh, my love, my darling... Roy Orbison... wszystkim kobietom miękną nogi, a podobno nawet spadają majtki, cha cha....

I need your love...no, jak nie spełnić pragnienia faceta, który w potrzebie gwałtownej jest, no jak?

I jeszcze wyglądać, jak Demi Moore w tym "Ghost", eh... Tyle, że mnie się aktor nie podobał jakoś, ten do kochania.

Only the Lonely, żeby się zatrzymać chwilę przy Orbisonie, Royu zresztą. Bez większych emocji, ale miło jest.

Love of my life, Queen... Obok Death on two leggs, to najlepszy z utworów tej kapeli, chociaż Bohemian rapsody też lubię :) czemu tego w ogóle nie przypominają w radio - nie wiem... może mam spaczony gust?

Nights in white satin, bezapelacyjnie - klasyka, dorównuje moim zdaniem muzyce poważnej. The Moody Blues, eh... chłopaki, chylę czoła.

Catch the Rainbow, prosty, krótki tekst, tekścik właściwie, ale muzyka, ta muzyka... pieści moje uszy.

Styx, Boat on the river, o, też bardzo dobre! Temple of the King, podobnie.

Na koniec dzisiaj posłucham sobie Sorrow, moich najukochańszych Pink Floyd. Smutek... paraliżujący, wwiercający się w duszę, zżerający ją niczym rdza... świetna interpretacja muzyczna, ale nic dziwnego - w końcu to PINK FLOYD, a nie kapela weselna z Pcimia Dolnego.

wtorek, 18 kwietnia 2017

Wariacje wielkanocne


dowód na to, że z ilością maków, skądinąd cudnej urody, tez można przesadzić.

a tu mazurek mojej kochanej Siostry, której wyobraźnia nigdy jeszcze nie zawiodła. Talent mazurkowy rozkwita - mazurki są niczym małmazja, smakują iście niebiańsko! Toteż produkcja co roku odbywa się w ilościach hurtowych :)

Pojechaliśmy, mój, od zawsze lekuchno zwariowany,  Szwagier ogłosił wszem i wobec, że wypada podzielić się jajkiem... z niespodzianką. Podzieliliśmy się, w moim był dziwny stworek. Z racji wieku zaawansowanego, nie jest mi ów stwór znany, wobec czego przekazałam w odpowiednie rączki. Właścicielka rączek wiedziała, kto zacz! Atmosfera naładowała mi baterie na długo. To się nazywa mieć wyjątkowy dar do zjednywania sobie ludzi, a domowi dodawania duszy.

niedziela, 9 kwietnia 2017

Rzeź niewiniątek

Wiosennie już, magnolie kwitną, tarniny też, forsycja żółci się na trawnikach. Byłoby pięknie, ale...
Droga, która prowadzi mnie codziennie do pracy wygląda jakby byłą naga. Wzdłuż krajowej Siódemki trwa wycinka, rzeź niewiniątek. Stare, ogromne drzewa leżą pokotem w rowie. Tyle lat dawały nam cień podczas letnich upałów, chwilę wytchnienia od palącego słońca. Teraz porżnięte, odarte z konarów, połamane leżą. A ja płaczę nad ich losem. Nad głupotą ludzi, którzy nawet odrobiny wdzięczności nie mają. Komu one przeszkadzały? Nie stały szpalerem wzdłuż drogi, zagrażąjąc bezpieczeństwu nierozważnych, pędzących asfaltową szosą aut. Rosły w głębokim i szerokim rowie. Już nigdy wiatr nie zakołysze zieloną czupryną, nie będzie się unosił i wpadał przez otwarte okno auta nawet zapach czarnego bzu, bo krzewy bzu też wycięto, razem ze wszystkim, z lilakami też. Zostało tylko zielsko i strzępy niewinnych ofiar pogromu natury.

Jadę teraz i myślę, co będzie teraz? Ptaki, które z takim zapałem dokarmiamy zimą, nie mają się gdzie gnieździć.

I myślę sobie, że kraj, w którym do chrześcijańskich poglądów przyznaje się prawie 90% społeczeństwa, nie szanuje darów swojego Boga. Dla mnie, istoty niewierzącej, Matka Natura, to siła, którą należy szanować. Nie ze strachu przed piekłem, przed jakąś karą boską, ale z wdzięczności. Bo, prawdę mówiąc, życie wielkiego sensu nie ma. Ale jakże cudownie jest być pyłkiem we Wszechświecie, być oczkiem w łańcuchu istot żywych. Móc patrzeć na cuda, które o każdej porze roku wywołują westchnienie podziwu w oczach. Wiosna... pachnąca, tonąca w zieleni i wybuchająca  mnogością istnień, jak konfetti. Lato...złociste, zatopione w błękicie i ulotne, jak nadzieja, zwiastujące bogactwo jesieni. Jesień... ciężka, obfita, bogata olśniewająca odcieniami starego złota. Jesień obdarowuje nas wszystkim, co urodziła ziemia, jakby chciała nas udobruchać, pozwala, żebyśmy zachłyśnięci jej urodą, nie zauważyli, jak szybko odchodzi robiąc miejsce zimie. Zima... jak panna młoda, cała w bieli. Naga i niewinna, ale zimna. Obwieszona cyrkoniami osadzonymi w srebrze. Zima, niczym Wenus, zawstydzona nagością. Jej zmysły budzą się powoli, zimna krew rozgrzewa skostniałe tętnice. Powoli dojrzewa, uczy się i przemienia w tę, która posiadła wszystkie tajemnice miłości. W wiosnę.

Starożytni uważali, że czas jest jak wąż zjadający swój ogon. Człowiek odcina  dzisiaj wężowi łeb, nie bacząc na konsekwencje.

niedziela, 19 marca 2017

Klonowanie Szyszki




Kilka tygodni wcześniej, skutkiem zmiany w ustawie o wycince drzew, wycięto w naszym mieście kilka wiekowych jaworów, rosnących przy głównej ulicy od niepamiętnych czasów. Moja pamięć, sięgająca kilkadziesiąt lat wstecz przywołuje z mgły wspomnień te rozłożyste korony, dające przyjemny cień w upalne dni. Cień, w którym kryłam się maszerując ze swoją mamą tą ulicą. Miasteczko dosłownie tonęło w zieleni.

Pod  tym klonem, codziennie, od 20 lat, wsiadałam do auta, które wiozło mnie do pracy. Teraz stoję obok patriotycznego słupka, który robotnicy postawili na karczu. Klon miał u podstawy ponad 1,5m średnicy, tuż pod ziemią około 2m... Pewnego ranka gapiłam się na kłócące się w jego nagiej jeszcze koronie sroki i kawki, a po powrocie zastałam widok, który zmroził mi krew w żyłach. Dawno tak nie płakałam, jak tego popołudnia. Oprócz tego jawora, wycięto jeszcze pięć, podobnie wiekowych, chociaż trochę mniej potężnych.

Od tygodnia trwa teraz intensywna budowa parkingu. Tak, rozumiem, dzięki parkingowi będzie zapewne mniejszy smog, czyste i zdrowe powietrze, na miarę XXI wieku. Nie ma wszak nic lepszego dla zdrowia jak betonowa dżungla, co najwyżej obsadzona ulubionymi przez Polaków tujami.

Pod wiaduktem, przy zjeździe do miasta, zawsze były u nas mokradła. Owszem, wysychały w środku lata, gdy brakowało opadów. Im wyższa woda w rzekach obejmujących z dwu stron miasteczko, tym więcej wody przesiąkało pod wałami, tworząc rozlewisko, na którym ptactwo wodne bezpiecznie, co roku, odchowywało swoje młode. Mokradła były porośnięte licznymi wierzbami i gigantycznymi olchami, na suchych obrzeżach rosły też dęby i akacje, rozpachniał się między nimi czarny bez.

Teraz jest tylko woda. Ale niedługo, już zaczęto zwozić góry piachu, będą zasypywać. Może powstanie tam jeszcze jeden nikomu niepotrzebny kompleks handlowy, kto wie?

Liściaste drzewa, nasi dobroczyńcy, dzięki którym życie na Ziemi mogło się kiedyś tak bujnie rozwinąć, odchodzą w niepamięć, w niebyt. Brawo, panie Szyszko, brawo moi drodzy rodacy, którym żądza pieniądza przesłania świat.

Brawo, Polsko, że wystawiasz sobie najgorsze świadectwo. Pamiętaj jednak, że traktowana po macoszemu Matka Natura, potrafi być mściwa!

Żegnajcie, niemi świadkowie historii, towarzysze radości i smutków tylu pokoleń, przepraszam za ludzi...

sobota, 18 marca 2017

Zaślubiny patyków

Jonathan Carroll "Zaślubiny patyków". Fascynująca książka, pięknie napisana, wciągająca.
I mądra. Przenosimy się świat nie do końca zrozumiały, tajemniczy i pełen groźnych niespodzianek.
Nic nie jest oczywiste, jasne i proste. Fabuła przypomina senną marę, film pełen nieoczekiwanych zwrotów akcji, pomieszanych i pociętych kadrów, w których czytelnik się gubi. Chwilami chciałam rzucić lekturę, przestać, czułam się osaczona i zmęczona. I, podobnie jak w męczącym śnie, nie mogłam nic zrobić. Strachy doganiały mnie, a moje nogi nie chciały się oderwać od ziemi, oczy od kart książki też. Nie ma ucieczki od prawdy.

Każdy z nas toczy przez całe życie samotną walkę sam ze sobą. Tkwi w samym środku konfliktu pomiędzy dobrem własnym, a dobrem innych ludzi. I, całkiem nieświadomie, najczęściej wybiera dobro własne, często depcząc uczucia i nie dostrzegając, a wręcz lekceważąc potrzeby drugiego człowieka. I to się na nas mści, bo tak, jak każdemu działaniu towarzyszy przeciwdziałanie, to krzywdzie wyrządzanej komuś, odpowiada krzywda, którą odczuwamy my sami.

Poświęcić własne potrzeby, pragnienia, marzenia dla kogoś, to jedyne, co czyni z nas prawdziwych ludzi, oczyszcza i przynosi spokój i pozwala pogodzić się z losem. Odpędza demony.

czwartek, 9 marca 2017

dzieje się

Historia dzieje się na naszych oczach, Dzisiaj Unia pokazała naszemu rządowi czerwona kartkę. Wczoraj zrobiłyśmy to my, kobiety. Guru jednak nie słyszy. Słucha, ale nie słyszy. Albo udaje. Nie wiem, tak się zastanawiam, czy jest na świecie taki psychiatra, który podjąłby się leczenia tegoż demontażysty? Chyba nie ma.

Donald, za którym osobiście nie przepadam pasjami, a nawet mam wiele pretensji, bo poniekąd dzięki niemu mamy to, co mamy ( pisałam tu o tym wielokrotnie), został jednomyślnie... no - prawie jednomyślnie wybrany na ważne stanowisko unijne, co zmusiło guru do przybrania maski lekceważenia podczas konferencji prasowej.

Mnie żal byłoby pani prezes Rady Ministrów, która miała do wykonania zadanie niewykonalne, o czym z góry była poinformowana. Ale podjęła się misji tyleż trudnej, co poniżającej. Dlaczego napisałam, że "byłoby" mi żal? Bo ja, gdyby ktoś traktował mnie tak, jak traktuje się Panią Premier, trzasnęłabym drzwiami i posłała komu należy kwiecistą wiązankę, najeżoną kolcami na dodatek.

Nie rozumiem takiego zachowania, a nie wierzę, że ci wszyscy posłuszni ludzie naprawdę podzielają zdanie guru. Po prostu. Nie wierzę i kropka. Co zatem kryje się za tym ślepym posłuszeństwem nie tylko premier rządu, ale Głowy i wielu, wielu innych?

Oto jest pytanie!

niedziela, 19 lutego 2017

W czytelniczym transie

Kilka miesięcy zimowych, to był mój czytelniczy antrakt, nie bardzo mi idzie czytanie przy braku naturalnego światła.

Dopiero teraz, gdy zostałam na tydzień upalowana w domku, z powodu urazu w katastrofie lotniczej zwłaszcza, zaczęłam nadrabiać zaległości.

Książek spoczywa stosik, czekają na swoją kolej. Przy okazji trudnego wyboru, od której zacząć, wyszło na jaw, że gdy jestem w transie, to czytam tyle, że zaczynam się gubić. I przymiarkę do niedawno całkiem zgłębianej lektury poczyniłam byłam. Już po kilku stronicach spłynęło na mnie olśnienie: przecież doskonale znam tę treść!

I tak właśnie ze mną jest, kocham czytanie samo w sobie, najczęściej w ogóle nie zapamiętuję autora, ani tytułu, ale w zakamarkach pamięci pozostaje treść. Na szczęście! Odłożyłam tę, łatwą do czytania lekturę pt. "Kobieta ze znamieniem", sensacyjno-kryminalna powiastka. Dobra na deszczowe dni lata. W ogóle, jako kryminał, całkiem niezła. Ale bez przesady, są lepsze.

Przeczytałam "Grzesznika". A po nim kryminał "Wszystko czerwone".  Gdy trzeba się co chwilę odrywać od książki, obie te książki są jak najbardziej odpowiednie. Czytanie szło jak po maśle, tyle, że nic nie zostało mi po nich w pamięci. Próbuję przypomnieć sobie, o czym jest ów "Grzesznik", przeczytany ledwie 5 dni temu... Nic, pustka w głowie. Już więcej zostało po "Wszystko czerwone, Chmielewskiej. Tu zadziałało moje upodobanie do języka autorki, stylu, a poza tym mnie intryguje swoista monotematyczność, a także umiejscawianie akcji wciąż w tych samych miejscach. To nie są kryminały, tylko komedie kryminalne, a gdy się skupić na komedii, to robi się wesoło. Na kryminale skupiać się nie warto, bo ten wątek jest jakby poboczny, mało atrakcyjny czytelniczo.

Na swoją kolej czekał Boris Akunin i jego "Diamentowa karoca". To jedna z cyklu powieści o Fandorinie, rosyjskim inżynierze, którego dzieje zahaczyły o wielką rozmaitość życiowych profesji, a którego inteligencja wyrasta ponad przeciętność epoki. XIX wiek, to zaranie rewolucji technologicznej, konglomerat tradycji i nowoczesności. W tym, szybko zmieniającym się świecie, tradycja często ulega postępowi, ale nie poddaje się bez walki. Nowa fala zagarnia wszystko, nie od razu, ale podmywa brzegi, tu i ówdzie nanosi muł, by gdzie indziej niepostrzeżenie wyrwać kawałek nabrzeża.

Akunin, który urodził się w drugiej połowie XX wieku, z zadziwiającą wnikliwością zagłębia się w tamtą epokę. Epokę, w której, jak ktoś określił trafnie: zbrodnie popełniano z elegancją i z takąż elegancją je wykrywano.








piątek, 17 lutego 2017

Przekleństwo Adama

Bryan Sykes snuje swoją opowieść o ścieżce ewolucji homo sapiens, zaglądając najgłębiej, jak można w komórki naszego ciała. Podwójna helisa ludzkiego DNA kryje wciąż w sobie mnóstwo tajemnic, ale część, ta, którą genetykom udało się poznać, już dzisiaj rozjaśnia mrok historii ludzkości.

Sykes stawia tezę, która źle wróży nam wszystkim. Szczególnie złe perspektywy mają mężczyźni, ich los, zdaniem autora, profesora gentyki, jest już przesądzony - wyginą. Nie dziś, ani nie jutro, z wyliczeń wynika, że mają przed sobą jeszcze jakieś 5 tysięcy pokoleń, co daje im pi razy oko 125 tysięcy lat bytowania na ziemskim padole łez.

Płakać mogą już, bo jakby na to nie spojrzeć - degeneracja płci męskiej jest zjawiskiem postępującym. Najprostsze badania spermy, prowadzone na przestrzeni zaledwie kilkudziesięciu lat, wskazują, że sperma zawiera coraz mniej plemników, a te które są, są w większości uszkodzone i niezdolne do wędrówki do celu. I, co ciekawe, wbrew temu, co mężczyźni w naszym patriarchalnym kraju próbują nam wmówić, niemożność posiadania własnego potomstwa w drodze naturalnego zapłodnienia, jest skutkiem tej właśnie degeneracji plemników. In vitro jest coraz częściej jedyną szansą na potomstwo dla potencjalnych tatusiów. Kobieta znowu ponosi konsekwencje cierpienia i licznych upokorzeń związanych ze zniewieścieniem płci męskiej.

To, co obserwujemy wokół, powszechny zanik męskich cech, staje się lepiej zrozumiały.
Zdaniem Profesora, nasz gatunek jest w połowie drogi, do wypracowania modelu znanego w naturze wśród owadów. I tu dochodzimy do ciekawej teorii...

Genetycy prowadzili i prowadzą badania nad przyczynami homoseksualizmu. Wyniki tych badań są niezwykle interesujące i szokujące. Oczywiście, brak środków opóźnia znacząco dalsze sukcesy badawcze, bo napotyka na opór w masie ludzi, głęboko przekonanych o boskim dotyku sprawczym.

A genetycy, jak archeolodzy, "dokopali się" siedmiu Ew, naszych europejskich pramatek...

Nasze żeńskie DNA dziedziczymy wyłącznie po kądzieli! Jest ono również dowodem na to, że Ewa, jak wynika z badań, jest o wiele starsza, niż Adam, co przeczy patriarchalnej teorii biblijnej.

Przekleństwo Adama, skąd ten tytuł? Otóż, Pan Profesor obarcza winą za destrukcję matki ziemi brzydszą połowę ludzkości. A u zarania dziejów rewolucję agrarną, czyli przejście z epoki zbieractwa na rolnictwo. Agresywna i zaborcza natura osobników płci męskiej podłożyła nam minę, której eksplozja wywróciła wszystko do góry nogami i dała mężczyźnie władzę nad kobietą. Ciekawe, że do dzisiaj zachowaliśmy spadek po przeszłości i nasza płodność jest największa zimą. Czemu? Bo dzieci urodzone jesienią miały niegdyś największą szansę na przetrwanie. Jesień, to czas, w którym występuje największa obfitość w przyrodzie, to wie przecież każdy.

Umiejętność hodowania roślin i gromadzenia ich zapasów, a do tego udomowienie zwierząt hodowlanych  zmieniły wszystko i strąciły kobiety do roli inkubatora.

Jednak drżyjcie panowie! Natura się broni i mtDNA, mitochondrialne DNA, przekazywane z matki na córki powoli, acz konsekwentnie niszczy waszą płeć, a kiedyś, w dalekiej przyszłości strąci was do roli pszczelich, albo mrówczych robotnic, skazanych na bezpłodne istnienie w charakterze opiekunek gniazda.

Wasz chromosom Y, jest swoistym śmietnikiem i zawiera głównie uszkodzone, niezdolne do replikowania się fragmenty kodu genetycznego, eliminowane, albo naprawiane w trakcie zapłodnienia przez głównodowodzące siły żeńskiej komórki.

W jaki sposób płeć żeńska walczy z wami, panowie? Och, ma wiele sposobów... między innymi uszkadza was w łonie matki, czyniąc z was niezdolnych do rozmnażania się gejów. Albo eliminuje w ogóle.

Intrygujące jest przypuszczenie, że partenogeneza nie jest wcale taka nieprawdopodobna, jak się mężczyznom wydaje. I, że para lesbijek może w przyszłości mieć własne, wspólne potomstwo, natomiast para gejów nigdy takiej możliwości mieć nie będzie.

I jak wam się to podoba?


czwartek, 16 lutego 2017

Kiepscy

Czytam. Prawdę mówiąc skończyłam czytać. "Przekleństwo Adama", Bryana Sykes'a.
Jednym uchem słyszę, że Pan Monsz ogląda "Świat według Kiepskich". Nie wiem skąd pojawiła mi się myśl:

Głupota jest zasadniczo wszędzie jednakowa, ale prostactwo bywa rozmaite.

Przeraża mnie bezmiar tego prostactwa, w którą stronę nie spojrzeć.


Jak obłaskawić lwicę

Lew, to stworzenie krwiożercze, udomowić je raczej trudno. Co nie znaczy, że sprawa jest z góry przegrana, zawsze warto spróbować, a nuż się uda?
W każdym przypadku kwestia obłaskawiania wymaga dokładnego rozeznania w kwestii charakteru, osobowości groźnego drapieżnika.

Lwy, podobnie, jak ludzie, mają różne "zady i walety". Bywają łagodne, niczym baranek...swoją drogą, to głupie powiedzenie: łagodny, niczym baranek. Owieczki są łagodne, ale barany niekoniecznie, nie na darmo mają rogi. Nieważne, wróćmy do lwów, które czasami bywają łagodne, co prawda głównie z przyczyny, że leniwe. Niektóre rozleniwiają się z wiekiem i z wiekiem łagodnieją. Jednak gros lwów jest raczej agresywnej natury. To zresztą chyba zrozumiałe, w końcu życie to walka o przetrwanie, nieustanna i niepewna, a właściwie z góry przegrana, bo na końcu i tak czeka nicość. Tyle, że nie lubimy o tym myśleć.

Lew, samiec, jest stosunkowo łatwym obiektem obłaskawiania. Jako osobnik z natury głodny, przy czym nie mam tu na myśli wyłącznie głodu konsumpcyjno-żołądkowego, łagodnieje po zaspokojeniu tegoż, przynajmniej na jakiś czas.

Sprawa z samicą lwa jest o wiele trudniejsza... Samica jest trudnym obiektem do obłaskawiania.
Po pierwsze, ma duże wymagania. Nie zaspokoi się byle ochłapem. I nie popędzi z wywieszonym ozorem, merdając radośnie ogonkiem, za darczyńcą, prosząc o jeszcze. Owszem, przyjmie podarunek, ale na wyrazy wdzięczności liczyć nie należy.
Lwica. Samica gotowa na wszystko w obronie swojej rodziny. Nie warto z nią zadzierać, trzeba podejść ją inaczej. Lwica wie wszystko najlepiej, nie znosi ingerencji w jej rodzinne gniazdo, młodych broni jak lwica ( sic!) i gotowa zagryźć każdego, kto zagraża jej bliskim.
Zagrożenie lwica pojmuje inaczej, niż się zazwyczaj rozumie przez to pojęcie. Zagrożeniem dla lwicy może być każda próba uzurpacji uczuć. Stwierdzenie, że lwica znalazła się na drugim planie, gdy dotychczas przebywała w światłach fleszy, może być dla lwicy szokujące. Będzie walczyć, jak starzejąca się gwiazda ekranu, o prym na planie. Ona zawsze dyktowała warunki, miała prawo mieć humory, strzelać focha, a wszyscy znosili to w pokorze, bo przecież - ma prawo. W końcu to dzięki niej cała ekipa filmowa ma utrzymanie. Lwica także dyktuje warunki, chce decydować o każdym ruchu stada. Ona wie, kiedy pora nakarmić młode, kiedy ruszyć na polowanie, a kiedy zmienić leże.

Gdy w stadzie pojawi się obca lwica, na widok której ślinić się będą samce, ona wyszczerzy kły i wystawi pazury. Pokaże nowej, gdzie jej miejsce.

Młoda, obca lwica, chcąc się przyłączyć do stada, musi wykazać się sprytem i zakamuflować.
Musi użyć wszystkich, dostępnych środków, by wkraść się w łaski przywódczyni stada. W łaski samców wkradać się nie musi, bo one myślą tylko o jednym, jak to samce. Samiec, to żaden przeciwnik, żaden problem. Wystarczy to zaspokojenie głodu wszelakiej natury i nawet postronek jest zbędny. Skoncentrować całą uwagę należy na przywódczyni, od której wszystko zależy.
Przywódczyni stada nie spuści z intruza czujnego oka, szczególnie, gdy intruz jest samicą, czyli konkurencją. I przy każdej, nadarzającej się okazji pokaże młodej samicy, gdzie jej miejsce.

Sztuka wkradania się w łaski lwicy-przywódczyni zaczyna się od działania w kierunku utraty jej wrodzonej i pielęgnowanej latami czujności. O, to niełatwe przedsięwzięcie, ale da się zrobić.

Zaczynamy od tego, że ignorujemy jak się tylko  da samce, konspiracyjnie zaczynając spiskować z samicą, pomalutku budując front jedności samic. Nawet wtedy, gdy samce nie robią nic złego, podkreślamy aż do znudzenia, że ich posłuszeństwo jej wyłącznie jej zasługą, a gdyby nie wysiłki samic, to hiena raczy wiedzieć, jak by skończyły... Trzeba zmęczoną przywódczynię dowartościować i uśpić jej czujność, zmieniając kierunek jej uwagi. Niech się skupi na innym obiekcie, nie na obcej samicy, która wkroczyła na teren jej królestwa.

Jeżeli na początku uda się to zrobic, to potem już jest z górki. Wystarczy podkreślanie jej zasług dla rodziny, okazywanie zrozumienia i troska o jej dobre samopoczucie. To wcale nie jest trudne i nie wymaga zbyt wielkiego wysiłku. Jakiś wiecheć, drobiazg specjalnie i wyłącznie dla jej przyjemności i warknięcie na samca, który próbuje przyłączyć się do grona samic, gdy one oddają się mruczeniu we własnym gronie.

Bo, w gruncie rzeczy lwica nie jest zazdrosna o swoje samce, tylko o siebie i swoją pozycję w stadzie. Utrzymywanie jej w przekonaniu, ze wciąż rządzi opłaci się wszystkim i gwarantuje zgodną egzystencję całego stada.








środa, 15 lutego 2017

Schyłek zimy

Mój grudnik, który obraził się na 2 długie lata, postanowił sobie zakwitnąć na złość, w lutym.



Szukając czegoś, natknęłam się na malunki, których nie uwieczniłam, jakoś tak wyszło, że w twórczym zapale byłam zajęta szukaniem, co by tu jeszcze się kwalifikowało do ozdobienia...



sobota, 11 lutego 2017

Obłuda

Wczoraj, wieczorem wieść gminna przyniosła niusa - pani Premier miała wypadek, ktoś wjechał w kolumnę, która podążała uwożąc VIP w bliżej nie znane mi miejsce, bo się nie zainteresowałam zbytnio. Ale dzisiaj katzenjammer uwięził mi głowę w swoich  kleszczach. Pęka prawie. A wszystko po wczorajszym niusie. Jak się media przykleiły, jak się zaczęły prześcigać w głupich, bezsensownych pytaniach do każdego, kto im się pod mikrofon nawinął... rzygać się chce po prostu.
A najbardziej od tej obłudy, bo z ust redaktorskich troska o zdrowie pani Premier wylewała się szeroką strugą. Nie tylko z redaktorskich zresztą. Znaczy ust. Wszyscy "zastygli" w tej troskliwości i obawie o zdrówko.

Jak to brzmi w kontekście trwających przez ponad rok krytyk i szyderstw? Ano, brzmi, jak należy, czyli świadczy o obłudzie. Podobnie było z katastrofą pod Smoleńskiem. Całe lata szydzili, wyśmiewali, odsądzali od czci i wiary Parę Prezydencką, by po tragedii polały się łzy czyste, rzęsiste.

Jakoś tak mi to wygląda na krokodylowe łzy, wtedy i dziś.

Ja udawać nie zamierzam, że troski o zdrowie osób, które budzą we mnie mieszane uczucia, z naciskiem na mieszane, nie odczuwam. Nawet nie to, że im źle życzę, nie! Po prostu przyznaję otwarcie, że serce ściska mi się na myśl o umierających z głodu dzieciach w Afryce, wykorzystywanych nieletnich w Indiach, o umierających w Aleppo, bo dorośli wymyślili sobie wojnę nie pytając dzieci o zdanie. Tak, nie płaczę, ale jest mi wstyd, że świat pozwala na to, by cierpienie dotykało miliony niewinnych istnień. I to im jest potrzebna nasza troska o ich zdrowie i życie, nie przedstawicielom władzy.
Władza sobie poradzi, a otoczona jest taką troską za nasze pieniądze, że doprawdy większej nie potrzeba. A wypadki się zdarzają, takie życie.


wtorek, 7 lutego 2017

W Rumunii

Rumuni niezadowoleni z władzy wyszli na ulice. Wyszli tak tłumnie, że morze ludzi zalało miasta.
Bukareszt, protest

Rzecz nie do pomyślenia, w Polsce. W Polsce ludzie się jednoczą jedynie w narzekaniu. Ciekawa sprawa swoją drogą... dostali 500+, ale już znowu narzekają, że im nie starcza. Znaczy, że za mało zarabiają.
I zatoczyłam koło myślami, przypomniało mi się, że nigdy nie daje się ryby. Daje się wędkę.

niedziela, 5 lutego 2017

Ostatnie malunki


skrzyneczka w morskich klimatach, abstrakcyjnie morskich, oczywiście.



para szkatułek bambusowych, podobno na herbatę, ale jeszcze nie wiem, co będą przechowywać.

Degrengolada

Nawet pisać mi się nie chce już. Czytam potem i zamiast szukać wyjścia z tego labiryntu, w którym utknęłam, siadam w kącie , poddaję się zniechęceniu.

Wkurzają mnie już dzisiaj wszyscy, oczywiście najbardziej obecna władzuchna narodowa. Ale nie tylko oni. Druga strona, która kreuje się na zbawców narodu, na jedynych sprawiedliwych też wywołuje we mnie niezbyt sympatyczne reakcje myślowe.

Politycy odbijają sobie ten naród, tego "suwerena", jak pingpongową piłeczkę: puk-puk, rakietka wali mnie raz z jednej, to znowu z drugiej strony. I każdy wie najlepiej, co naród myśleć powinien i co czuje.
MY - NARÓD...

JA-NARÓD...
JA...obywatelka, Polka. Czy wiem, czego oczekuję? Wiem. Oczekuję, choć to nierealne, uczciwości, bez nazwy na sztandarach. Nie chcę Prawa, Sprawiedliwości, nie chcę żadnych Platform, ani Komitetów Obrony, ani nawet Nowoczesności. Chcę, żebym mogła żyć, nie przeszkadzając innym. I chcę, żeby inni nie przeszkadzali żyć mnie. Żebyśmy byli równi wobec kraju, wobec wszystkich majestatów demokracji. Mam dosyć uśmieszków lekceważących, mam dosyć błysków w złych oczach, dosyć wmawiania mi, że całuśne usteczka w ciup świadczą o trosce o nasze dobro i o mądrości poczynań. I dosyć obrażania, dzielenia, odgradzania murem, nie chcę getta...

A z każdym dniem mam głębsze uczucie, że zamykają mnie w takim zoo, jak dziwoląga, jednorożca. Nie lubię ogrodów zoologicznych, patrzę na te pozornie spokojne zwierzaki, które już nawet nie tęsknią do dziczy. Pewnie chodzi o to, żebym i ja przestała tęsknić do życia wśród ludzi. A ja wciąż tęsknię do świata, w którym każdy myśli sam, nie kieruje się cudzymi wytycznymi. Chciałabym, żeby nie było "nauczycieli", którzy będą żądali, żebym ja odczytywała to, co autor chciał powiedzieć pod ich dyktando. Tak, wiem, że ludziom się myśleć nie chce, wolą gdy ktoś im przez lejek wlewa gotową miksturę, a oni ją tylko odtwarzają. Zatem tęsknię sobie dalej do świata, w którym nadrzędnym prawem i obowiązkiem będzie samodzielnie myślenie.

Odnotuję sobie swoje ostatnie zdziwienie, szok niemalże. Otóż, zaniemówiłam, gdy usłyszałam, że w USA, Prokurator Generalny i Sędzia mieli odwagę sprzeciwić się Władzy. I powiedzieć  publicznie i głośno, że Władza złamała obowiązujące prawo.

Rzecz nie do pomyślenia w naszym kraju. Taka odwaga cywilna. Bez względu na to, kim jest aktualnie władzuchna.

poniedziałek, 23 stycznia 2017

Zima bywa piękna...


Białowieża, Park Pałacowy, styczeń 2017.

Widok z tarasu. Prawda, że pięknie? W starym świerku plądrowała zakamarki wiewiórka, obserwowałam ją jakiś czas. A w nagich gałęziach rozwidlonego dębu na drugim planie, awanturowały się o coś sójki. Poza tym cisza, cisza, cisza...

niedziela, 22 stycznia 2017

Rok pod wezwaniem

Rozpoczął się, trwa, zaraz minie miesiąc tego trwania. Nie wiem, co o nim myśleć...
Niby rok, jak rok, wiele ich za mną, o wiele mniej przede mną, jak sądzę. Czuję się rozczarowana, wydawało mi się, że świat się wali, a on się kręci tak samo, jak przez miliony lat. Dziwne, prawda?
Niewiele słucham wieści politycznych, jakoś wieje nudą, destrukcja postępuje, nie mamy na nią wpływu. Przez moment wydawało się, że społeczny ruch, jakim miał być KOD, coś zmieni, powstrzyma. Jednak to była złudna nadzieja, tylko żal tych tysięcy ludzi, którzy wychodzili na ulice, marzli i mokli w deszczu. Na darmo. KOD się nie sprawdził, jego przywódcy mają zbyt wiele ciągot podobnych do tych właściwych politykom. I ruch społeczny prysł niczym mydlana bańka, kolorowa, zachwycająca, ale nietrwała. PiS zaciera pulchniutkie rączki. Tyle zyskała Polska. Nic więcej.

Wczoraj rano Pan Monsz przeczytał w Internecie coś, co mogłoby być szokujące, gdyby nie było oczywiste. Znalazł się ktoś, kogo ułaskawiono w zamian za aferę podsłuchową, chodzi o restaurację "Sowa i Przyjaciele". Ten ktoś powiedział, że inicjatorem tej afery było PiS. Też mi nowina! To chyba każdy wiedział od początku? Trzeba być wyjątkowo naiwnym, żeby uwierzyć, że wszyscy, ale to absolutnie wszyscy politycy mówią innym językiem, dyskutują o kolejnych politycznych chwytach przy konsumpcji tego i owego. Tylko politycy PiS nie??? No, doprawdy... święta naiwności... Dlatego właśnie z mojej strony reakcji na ten nius nie było żadnej, jeno wzruszenie ramion. Dla mnie sensacją była społeczna wiara w to, że to tylko PO i SLD, PSL dopuszczały się politycznych kombinacji, a PiS nie. Zdziwiona to ja byłam wtedy, gdy afera wybuchła, nie teraz. Teraz to już tylko pokłosie jest, żaden nius.

Dzisiaj mnie jeszcze zadziwia tylko ślepota kompletna. Ci, którzy zachłysnęli się jałmużną 500+ kompletnie stracili wzrok, słuch, węch. Mamona przytępia zmysły, coś w tym jest. Nie dostrzegają fałszu, albo udają, bo im wstyd. Może dlatego, że chociaż z lewej kieszeni władza wyciąga im ostatni grosz, to do drugiej wrzuca to 500? Nie wiem. Może ja widzę ten fałsz dlatego, że mnie władza wyciąga z obu kieszeni, nie wrzucając niczego dla zamydlenia oczu? Być może.

Teraz wydaje mi się, że nie warto się szarpać, protestować, walczyć z tą "dobrą zmianą".  Już przepadło, odkręcić się niczego nie da, a nawet jeżeli, to koszt byłby taki, że byśmy znowu musieli przejść dogłębną transformację, a wielu pamięta, jak ten okres dał się nam we znaki. Cóż, jestem teraz dosyć samolubna - nie mam ochoty po raz drugi poświęcać się dla dobra narodu, który na to nie zasługuje. Przeżyłam socjalizm, tę transformację też, gryzłam te ściany, teraz myślę już tylko o tym, jak nie dać się zmieść z tego świata, w jaki sposób nie pozwolić, bym wylądowała pod mostem. Bo ku temu zmierzam,  a wszystko w ramach eliminacji podziałów społecznych. Władzuchna moja najdroższa zachęca mnie do samobójstwa. Krótko mówiąc, najmilej widziane byłoby, żebym zeszła z ziemskiego padołu tuż przed uzyskaniem prawa do emerytury. A wszystko po to, by władzuchnie oraz tym, którzy na nią głosują żyło się lepiej. Na mój koszt, ale to przecież Sprawiedliwość. W majestacie Prawa.

Nawet nie mogę powiedzieć, że nienawidzę swojego kraju. Nie. Ja po prostu nie czuję się jego obywatelką. I tyle.