środa, 9 listopada 2016

Woman is a Negre of the world

Kobieta jest Murzynem świata. Pamiętam tę piosenkę...
Myślimy, że żyjemy w cywilizowanym kraju, w przeciwieństwie do narodów tzw. Trzeciego Świata. Mylimy się. My także jesteśmy "trzecim światem", wbrew pozorom. Zastanawiam się, kim jesteśmy my, kobiety nowoczesne, wyzwolone, pełnoprawni rzekomo członkowie państwa? Jesteśmy nikim, nie liczymy się jako ludzie. Liczymy się jedynie jako kapłanki kościoła, kultywujące tradycję, wychowujące kolejne pokolenia dawców "krwi", czyli wiernych parafian. O, liczymy się jeszcze w innych sytuacjach - jesteśmy mięsem armatnim dla walczących ze sobą w wyborach partii, jesteśmy ozdobnikami, dekoracją dla kandydatów na wodzów narodu, jesteśmy też siła roboczą, napędzającą  jednocześnie mechanizm gospodarki. My, siłaczki. Dźwigamy na swoich barkach ciężar licznych obowiązków i odpowiedzialności.
Emancypantki od siedmiu boleści. Blondynki o ptasim móżdżku. Woły robocze. Miliony osobników płci żeńskiej, przekonane, że robimy to, czego pragniemy, co daje nam satysfakcję i nadaje życiu sens.

A nasze życie sensu żadnego nie ma. Jesteśmy macicami na dwu nogach. Nasze ciało nie służy nam, a innym. Wszystko, co robimy jest podporządkowane potrzebom, ale nie naszym. Nasze są bez znaczenia, marginalne i nieistotne. Potrzeby mężów, dzieci, wnuków, zakładów pracy, kościoła, państwa, wszystkich, tylko nie nasze, osobiste, ludzkie. Uśmiechnięte lalki, wypełnione trocinami i powtarzające bezmyślnie to, co wmawiają nam mężczyźni.

Czym różnimy się od kobiet w kwefach, czarczafach i burkach? Hmmm... cyckami, które możemy nosić niemal na wierzchu? Tak, wyglądem, swobodą ubierania się ku uciesze facetów. Możemy także zdradzać bez konsekwencji. Skąd jednak wzięły się te nasze "swobody obywatelskie"? Ano stąd, że mamy facetów, niezdolnych do utrzymania licznych haremów, a golizna cieszy męskie oko zawsze. Facet, jak facet, do jednej kobiety nie lubi się ograniczać, a w naszym świecie szanse posiadania własnego stada samic są żadne, głównie ze względów finansowych i niewielkich stosunkowo różnic w statusie mężczyzn. Większość obywateli płci męskiej mogłaby ten harem hodować w jakimś tam M3, albo M4, przy dochodzie ledwie wystarczającym na utrzymanie jednej baby. A harem wymaga mnóstwa pieniędzy, licznej służby i nadzoru... potrzeba eunuchów, tylko skąd wziąć chętnych? Wszyscy, tutejsi faceci widzą się wprawdzie w roli sułtanów, szejków i kalifów, ale nie kastratów!

Dlatego u nas  istnieje ciche, milczące wręcz przyzwolenie na wymianę okresową partnerek.  Jak to pisał Marian Załucki? - niech harem pracuje, bo przy setce żon jeden mąż zawsze się uchowa. Wydatek na cudzą żonę jest niewielki, a jak dama straci urok nowości, to zawsze można ją zwrócić prawowitemu właścicielowi, prawda?

I tak sobie harujemy na kilku etatach,  mościmy te gniazdka domowe udając, że jesteśmy szczęśliwe, radosne i zadowolone. Zresztą, nie wiem, może inne kobiety są, ja - nie. Mnie do szczęścia brakuje prawdę mówiąc - wszystkiego.

Jestem człowiekiem, kobietą jedynie przez przypadek, bo tak postanowiło matczyne, czyli  mitochondrialne DNA, które było silniejsze od chromosowego DNA mojego ojca. Czy jakoś tak, podobnie. Jestem człowiekiem, mam rozum nie gorszy, niż mężczyźni. Żądam wolnej woli, która należy mi się tak, jak mężczyźnie. Nie proszę. JA ŻĄDAM!

I ŻĄDAM, żeby się ode mnie odstosunkować uprzejmie, bo to moje życie, moje decyzje, moje wybory. Lubić mnie nikt nie potrzebuje, doprawdy... przymusu nie ma. Podobać się też niekoniecznie pragnę, bo ja nie jestem obrazkiem do powieszenia w salonie, mogę sobie być brzydka, mnie nie przeszkadza, a inni mogą na mnie nie patrzeć wcale.

Wszystkim oszołomom i radykałom lokalnym, krajowym, powiem tylko jedno - wynocha i nie zbliżać się, bo mogę ugryźć. Ostrzegam lojalnie.

******************************
Czemu nie komentuję wyniku wyborów w USA? Bo nie ma czego komentować, my już takie wybory mamy przerobione, skutki znamy aż nadto dobrze. O czym tu jeszcze gadać? Czy fakt, że innym też będzie równie źle ma być pocieszający? Cóż mam powiedzieć? Mnie nie pociesza ta świadomość.
Ostatnio usłyszałam, że powinnam się pogodzić z faktami, jakie one by nie były, bo nic nie mogę zrobić. Tak, prawda, pogodzić się trzeba, ale cała w skowronkach chodzić nie mogę. To tak jakby komuś, kto stracił bliską osobę powiedzieć: musisz się pogodzić ze stratą i cieszyć się, śmiać, skakać z radości, bo nic nie możesz zrobić. Pokażcie mi kogoś, kto co prawda pogodził się z takim faktem, ale się raduje?


Brak komentarzy: