wtorek, 29 listopada 2016

Dlaczego maluję depresją?

I czemu nie szaroburo? Otóż ponieważ aczkolwiek w stanie "muszelki" przebywam od pewnego czasu, mam wielkie zapotrzebowanie na kolory. Świat wokół zrobił się w ciągu ostatniego roku tak szarobury sam w sobie, że malowanie w tej tonacji zlałoby się z tłem i równie dobrze można nie malować wcale. A ja muszę! Malować. To mnie wycisza i uspokaja oczywiście niewątpliwie. I, gdy maluję sobie te bohomazy, gdy staję się przedłużeniem pędzelka, przestaję widzieć tę ponurą rzeczywistość. Ja wiem, ona mnie osaczyła. Wdziera się ohydna i wstrętna, jak śmierdząca maź. Ani jej zmyć, ani ją zdrapać. Mogę ją tylko pokolorować i udawać, że jej nie ma.

Tak, wiem, jest. I będzie. Ma uśmiech na wrednej gębie i cieszy się, że jest mi źle. A mnie już nawet nie jest źle. Mnie ogarnia marazm i już mi nie zależy. Wypełniam tylko swoje istnienie próbując nadać mu sens, jakikolwiek sens. I cel.
Więc chodź, Agrafko, pomaluj swój świat. Na żółto i na niebiesko... Tyle ci zostało, co ci nakapało. Z pędzelka.

1 komentarz:

Beata D pisze...

Tylko nie bohomazy Agrafko! Pojemniki i bombki są przepiękne!!! Tak jak napisałam w komentarzu do poprzedniego tekstu... Zazdraszczam!