wtorek, 29 listopada 2016

Dlaczego maluję depresją?

I czemu nie szaroburo? Otóż ponieważ aczkolwiek w stanie "muszelki" przebywam od pewnego czasu, mam wielkie zapotrzebowanie na kolory. Świat wokół zrobił się w ciągu ostatniego roku tak szarobury sam w sobie, że malowanie w tej tonacji zlałoby się z tłem i równie dobrze można nie malować wcale. A ja muszę! Malować. To mnie wycisza i uspokaja oczywiście niewątpliwie. I, gdy maluję sobie te bohomazy, gdy staję się przedłużeniem pędzelka, przestaję widzieć tę ponurą rzeczywistość. Ja wiem, ona mnie osaczyła. Wdziera się ohydna i wstrętna, jak śmierdząca maź. Ani jej zmyć, ani ją zdrapać. Mogę ją tylko pokolorować i udawać, że jej nie ma.

Tak, wiem, jest. I będzie. Ma uśmiech na wrednej gębie i cieszy się, że jest mi źle. A mnie już nawet nie jest źle. Mnie ogarnia marazm i już mi nie zależy. Wypełniam tylko swoje istnienie próbując nadać mu sens, jakikolwiek sens. I cel.
Więc chodź, Agrafko, pomaluj swój świat. Na żółto i na niebiesko... Tyle ci zostało, co ci nakapało. Z pędzelka.

sobota, 19 listopada 2016

Depresją malowane


 i mam zestaw szklanych słojów z ptasimi motywami


pudełeczko na herbatę malowane w stylu japońskim 


przy oświetleniu z góry jest jakby delikatniejsze?


tu japońska wiśnia... w innym oświetleniu


para pojemników z kwiatowymi motywami



i skrzyneczka cała w błękitach.

Skończyła się farbka akrylowa, pojemników też więcej nie ma...

A co z depresją? O, depresja jakby trochę odpuściła.

niedziela, 13 listopada 2016

Malowane stresem cd.

Drugie wieczko gotowe.



Trudno zrobić fotografię, bo światło odbija się od lakierowanej powierzchni i zdjęcie wychodzi... jak wychodzi, trudno.

sobota, 12 listopada 2016

Malowane cd.



Pojemnik kuchenny, też bambusowy, ozdobiłam witrażowo. Drugi czeka w kolejce.


Bambusowe wieczko szklanego pojemnika, drugie jeszcze schnie po lakierowaniu. Kładę trzy warstwy lakieru, żeby mycie nie uszkodziło "witrażyków".

piątek, 11 listopada 2016

Pudełko, ale nie Pandory

Sześć godzin zajęło mi dekorowanie wieczka bambusowego pojemnika, który kupiłam za całe 15zł w Biedronce. Wydawało mi się, że jest ładne samo w sobie, ale jednak pospolite. I postanowiłam to zmienić. Wyszło tak:



O, teraz jestem zadowolona, bo wciąż jest ładne, ale i niebanalne. Nie żałuję tych godzin skupienia, tego oczekiwania, aż kolejne elementy wyschną, żeby malować dalej. Jest praktyczne, bo na wierzch położyłam trzy cieniutkie warstwy lakieru - będzie można myć.


czwartek, 10 listopada 2016

Praca w dołku, psychicznym




Żeby nie było wątpliwości - to jedna bombka jest, tylko fotografowana z różnych stron, co wcale nie było łatwe, bo trzymałam sznureczek w jednej dłoni, bombka się kręciła, zamiast wisieć grzecznie i spokojnie, a drugą dłonią musiałam zrobić zdjęcie. To także nie proste zadanie, bo telefon to nie aparat. Zadziwiające, że nawet kolory kwiatów zmieniły się w zależności od ujęcia. Kwiaty w większości są różowe, jak na tym ostatnim zdjęciu, tylko dwa żółte.

środa, 9 listopada 2016

Woman is a Negre of the world

Kobieta jest Murzynem świata. Pamiętam tę piosenkę...
Myślimy, że żyjemy w cywilizowanym kraju, w przeciwieństwie do narodów tzw. Trzeciego Świata. Mylimy się. My także jesteśmy "trzecim światem", wbrew pozorom. Zastanawiam się, kim jesteśmy my, kobiety nowoczesne, wyzwolone, pełnoprawni rzekomo członkowie państwa? Jesteśmy nikim, nie liczymy się jako ludzie. Liczymy się jedynie jako kapłanki kościoła, kultywujące tradycję, wychowujące kolejne pokolenia dawców "krwi", czyli wiernych parafian. O, liczymy się jeszcze w innych sytuacjach - jesteśmy mięsem armatnim dla walczących ze sobą w wyborach partii, jesteśmy ozdobnikami, dekoracją dla kandydatów na wodzów narodu, jesteśmy też siła roboczą, napędzającą  jednocześnie mechanizm gospodarki. My, siłaczki. Dźwigamy na swoich barkach ciężar licznych obowiązków i odpowiedzialności.
Emancypantki od siedmiu boleści. Blondynki o ptasim móżdżku. Woły robocze. Miliony osobników płci żeńskiej, przekonane, że robimy to, czego pragniemy, co daje nam satysfakcję i nadaje życiu sens.

A nasze życie sensu żadnego nie ma. Jesteśmy macicami na dwu nogach. Nasze ciało nie służy nam, a innym. Wszystko, co robimy jest podporządkowane potrzebom, ale nie naszym. Nasze są bez znaczenia, marginalne i nieistotne. Potrzeby mężów, dzieci, wnuków, zakładów pracy, kościoła, państwa, wszystkich, tylko nie nasze, osobiste, ludzkie. Uśmiechnięte lalki, wypełnione trocinami i powtarzające bezmyślnie to, co wmawiają nam mężczyźni.

Czym różnimy się od kobiet w kwefach, czarczafach i burkach? Hmmm... cyckami, które możemy nosić niemal na wierzchu? Tak, wyglądem, swobodą ubierania się ku uciesze facetów. Możemy także zdradzać bez konsekwencji. Skąd jednak wzięły się te nasze "swobody obywatelskie"? Ano stąd, że mamy facetów, niezdolnych do utrzymania licznych haremów, a golizna cieszy męskie oko zawsze. Facet, jak facet, do jednej kobiety nie lubi się ograniczać, a w naszym świecie szanse posiadania własnego stada samic są żadne, głównie ze względów finansowych i niewielkich stosunkowo różnic w statusie mężczyzn. Większość obywateli płci męskiej mogłaby ten harem hodować w jakimś tam M3, albo M4, przy dochodzie ledwie wystarczającym na utrzymanie jednej baby. A harem wymaga mnóstwa pieniędzy, licznej służby i nadzoru... potrzeba eunuchów, tylko skąd wziąć chętnych? Wszyscy, tutejsi faceci widzą się wprawdzie w roli sułtanów, szejków i kalifów, ale nie kastratów!

Dlatego u nas  istnieje ciche, milczące wręcz przyzwolenie na wymianę okresową partnerek.  Jak to pisał Marian Załucki? - niech harem pracuje, bo przy setce żon jeden mąż zawsze się uchowa. Wydatek na cudzą żonę jest niewielki, a jak dama straci urok nowości, to zawsze można ją zwrócić prawowitemu właścicielowi, prawda?

I tak sobie harujemy na kilku etatach,  mościmy te gniazdka domowe udając, że jesteśmy szczęśliwe, radosne i zadowolone. Zresztą, nie wiem, może inne kobiety są, ja - nie. Mnie do szczęścia brakuje prawdę mówiąc - wszystkiego.

Jestem człowiekiem, kobietą jedynie przez przypadek, bo tak postanowiło matczyne, czyli  mitochondrialne DNA, które było silniejsze od chromosowego DNA mojego ojca. Czy jakoś tak, podobnie. Jestem człowiekiem, mam rozum nie gorszy, niż mężczyźni. Żądam wolnej woli, która należy mi się tak, jak mężczyźnie. Nie proszę. JA ŻĄDAM!

I ŻĄDAM, żeby się ode mnie odstosunkować uprzejmie, bo to moje życie, moje decyzje, moje wybory. Lubić mnie nikt nie potrzebuje, doprawdy... przymusu nie ma. Podobać się też niekoniecznie pragnę, bo ja nie jestem obrazkiem do powieszenia w salonie, mogę sobie być brzydka, mnie nie przeszkadza, a inni mogą na mnie nie patrzeć wcale.

Wszystkim oszołomom i radykałom lokalnym, krajowym, powiem tylko jedno - wynocha i nie zbliżać się, bo mogę ugryźć. Ostrzegam lojalnie.

******************************
Czemu nie komentuję wyniku wyborów w USA? Bo nie ma czego komentować, my już takie wybory mamy przerobione, skutki znamy aż nadto dobrze. O czym tu jeszcze gadać? Czy fakt, że innym też będzie równie źle ma być pocieszający? Cóż mam powiedzieć? Mnie nie pociesza ta świadomość.
Ostatnio usłyszałam, że powinnam się pogodzić z faktami, jakie one by nie były, bo nic nie mogę zrobić. Tak, prawda, pogodzić się trzeba, ale cała w skowronkach chodzić nie mogę. To tak jakby komuś, kto stracił bliską osobę powiedzieć: musisz się pogodzić ze stratą i cieszyć się, śmiać, skakać z radości, bo nic nie możesz zrobić. Pokażcie mi kogoś, kto co prawda pogodził się z takim faktem, ale się raduje?


czwartek, 3 listopada 2016

Pojęcie pojęć

Pewna pani prof. dr hab. o nazwisku, które mi umknęło, wypowiedziała wiekopomne przekonanie własne na forum publicznym. Rzecz dotyczyła płodności kobiet i środków antykoncepcyjnych. Zdaniem pani prof. dr hab. nie należy ograniczać naturalnej płodności kobiet poprzez stosowanie antykoncepcji w jakiejkolwiek postaci. Zapewne nawet kalendarzyk małżeński, forsowany przez kościół w charakterze cudownego środka do celu, jakim jest niemal absolutna pewność regularnych ciąż, jest nieodpowiedni. Najpiękniej wybrzmiała konkluzja wywodu naukowego... miodzio po prostu. Skutkiem stosowania tychże wyklętych środków antyciążowych mają być równocześnie:

- rozwiązłość seksualna kobiet
- oziębłość seksualna kobiet
- niewierność, też kobiet

Lista wymienionych szkód była długa, ale przytaczanie pozostałych sensu nie ma większego, w kontekście wyżej wymienionych.

Rozwiązłość i niewierność oziębłych kobiet poraziła mnie doszczętnie. Od dwu dni nie mogę się otrząsnąć z tego stanu otępienia. Gdy już mi się to uda, to postaram się przemyśleć, jakie pojęcie ma pani prof. dr hab. o tych pojęciach, bo póki co, nie wiem.