sobota, 22 października 2016

Pamięć starej słonicy

Napisać felieton? Mogę spróbować, nie wiem tylko, czy potrafię, ani co z niego wyniknie, domyślam się, że nic pozytywnego. Wprawdzie i tak ostatnio coraz mniej pozytywnych informacji dociera do nas. Optymizm pomału umiera.

Jan E. boryka się z agresją i ostratyzmem, kierowanym przeciwko niemu przez jeszcze niedawnych sprzymierzeńców. Na dodatek bez wyraźnego i uzasadnionego powodu. Jan przeżywa te ataki i czuje się dotknięty i urażony. Ma prawo i ma podstawy ku temu. Co dzieje się po lewej stronie sceny politycznej? Mówiąc o lewej stronie, niekoniecznie myślę o lewicy w sensie światopoglądowym, raczej widzę to antagonistycznie dla rządzącej nami, skrajnie prawicowej partii.

Rzadko dotychczas inicjuję dyskusję, częściej komentuję. Jeszcze częściej powstrzymuję się od komentarzy, bo moje poglądy wydają mi się mocno kontrowersyjne.

Na pierwszy ogień wezmę KOD. Grupa samozwańczych obrońców demokracji. Wspaniała, szczytna idea, to prawda. KOD porwał za sobą setki tysięcy obywateli, dając nadzieję, że oddolna inicjatywa społeczna może wiele zmienić. Na początku dobrze szło, spontaniczność,  powiew świeżości, radosne poczucie więzi z innymi, myślącymi podobnie. W miarę upływu czasu coś zaczęło pękać, rwać się i zalatywać politycznym fetorkiem. Politycy zwąchali padlinę i ochoczo ruszyli przyłączać się pod sztandary KOD. Manifestacje zmieniły charakter, zaczęło się skandowanie, przemówienia, czytanie z kartek, polityczny lans, mówiąc oględnie. Spontaniczność diabli wzięli.

Poprzypinani do KOD reprezentanci od dawna już zapoznanych partii politycznych, próbują odbić się od dna i zaistnieć jako przewodnicy wkurzonego narodu. Nie chcę takich przewodników, sorry, ale nie chcę.

Na Facebooku co rusz jesteśmy epatowani życzeniami, by Donald wrócił i ratował Polskę przed kaczyzmem. Jeżeli ktokolwiek wierzy, że Donald uratuje nas przed czymkolwiek, to gratuluję, ja mu nie ufam. Powrót do haratania w gałę nie brzmi dla mnie nęcąco. Donald wymościł sobie wygodne gniazdko na fundamentach strachu przed PiS. Bo długo ten lęk był obecny. Donald nas oszukał wielokrotnie. Doskonale pamiętam, jak odżegnywał się od ucieczki do Europy wmawiając nam, że nigdzie się nie wybiera. Wychodzi na to, że go zmusili, a on uległ pod presją. Ktoś tu powiedział, że to prawdziwy "mąż stanu". Mąż - to na pewno, ale żeby zaraz stanu, to gotowa jestem podyskutować.

Tak, czy owak Donald zafundował nam rządy PiS, czego jakoś niewielu chce się dopatrzeć. PO nie uporządkowała niczego, nie doprowadziła do końca żadnej istotnej afery. Miała stawiać przed Trybunałem Stanu, a nawet nie rozliczyła Ziobry, Macierewicza, Kamińskiego, ani innych i nie popędziła facetów w czerni na cztery wiatry, nie pozbyła się ze swojego grona licznych, niestety, cwaniaków i kombinatorów. Wymościwszy sobie wygodne leże, zapomniała, że wróg czuwa i czeka przyczajony. I sukces zakończył się upadkiem w atmosferze licznych skandali i afer.

PO ostatecznie pogrążyła się w moich oczach likwidacją OFE. I tu dochodzę do kolejnych zachowanych w mojej pamięci zamachów na naszą wolność. Trybunał Konstytucyjny uznał, że dokonana przez PO kradzież odbyła się w majestacie prawa. Trudno uwierzyć, że nie był to wyrok na zamówienie polityczne, bo większość prawników zgodnie twierdziła, że jest to grabież własności prywatnej obywateli. Może bym to jeszcze jakoś zniosła, ale obudziły się we mnie demony. Wygrzebałam z pamięci wyrok TK w sprawie klauzuli sumienia, którą z takim zapałem podpisują tysiące lekarzy. TK uznał, że odmowa świadczeń gwarantowanych ustawą również nie narusza prawa. Ba, nawet dodał, że lekarz nie ma obowiązku wskazywania innego medyka, który nie brzydzi się takim świadczeniem. Moim zdaniem TK nie zachował światopoglądowej neutralności, ale być może się mylę. Tyle, że jednak w to wątpię.

Stało się wówczas coś, co sprawiło, że zło wylało się niczym z puszki Pandory. Sławetny wyrok TK otworzył kuchenne drzwi fanatykom, zamykając jednocześnie frontowe pacjentkom. I nie mrugnął nawet okiem przy tym.

Wtedy po raz pierwszy poczułam się obywatelką gorszego sortu. Nie teraz, tylko właśnie wtedy. I to dzięki TK i lekarzom, którym brak odwagi cywilnej. Bo wielu spośród tych, którzy tę klauzulę podpisali, doskonale radzi sobie z sumieniem, gdy wykonuje te zabiegi za ciężką kasę. Nie jestem lekarzem, ale wiem, że zakładanie spirali domacicznej lub kapturka, to nic innego jak wczesna aborcja. Ale to jakoś nie zakłóca spokoju lekarskiego sumienia. Obawiam się jednak, że w nowej wersji ustawy o ochronie życia znajdzie się odpowiedni zapis zakazujący stosowania środków uniemożliwiających zagnieżdżenie się zapłodnionej komórki w macicy, ba, można spodziewać się, że onanizm będzie karalny, a każde krwawienie z dróg rodnych wysoce podejrzane i podlegające ścisłej kontroli, czy aby nie wywołane sztucznie. Zadziwiający wydaje mi się brak świadomości licznych katoliczek, które te, wymienione wyżej metody antykoncepcji stosują, nie spowiadając się z tego grzechu, a głośno krzyczą, że ciąży to w życiu by nie usunęły. Da się to wyjaśnić tylko niewiedzą lub podwójną moralnością. Jedno i drugie źle świadczy o człowieku.

Na marginesie muszę wyrazić swój szacunek dla Świadków Jehowy, którzy zawodu lekarza, albo żołnierza nie wykonują ze względów światopoglądowych. Medycyna, albo sztuka wojenna i światopogląd religijny, to zbiory wykluczające się wzajemnie. Ja jestem ateistką, nie mam tego rodzaju problemów. Jeżeli kandydat na lekarza jest wierzący, powinien wybrać jednak inny zawód. I tyle.

TK jest od kilku miesięcy zagrożony, jako ostatni bastion sprzyjający poprzedniej władzy. Demonstracje, liczne bardzo, w obronie TK odbywają się regularnie. Przyjrzeliście się dokładnie? Co najmniej połowa protestujących to kobiety. Czyżby zapomniały, czy w ogóle nie zauważyły, kto pozwolił na łamanie rzekomego, wyjątkowo restrykcyjnego kompromisu aborcyjnego? Drogie panie, nie wiem, jak was, ale mnie nikt o zdanie nie pytał, gdy zawierał ów "kompromis"! Że TK miał nas w poważaniu, też wypada wiedzieć.

Nie stanę w obronie TK. Nie zająknął się nawet w sprawie mojej wolności. Proszę mi nie mówić, że wraz z TK runie demokracja. Nie runie, ona już dawno runęła. Dla połowy obywateli demokracji nie ma jej już od wielu lat. Jest reżim, obrzydliwy, fanatycznie skrzywiony i patriarchalny. Sekciarski wręcz. Czemu ta, sponiewierana prawnie i realnie, połowa narodu nie widzi, że jest wykorzystywana w charakterze armatniego mięsa nie pojmuję. Czemu nie pokaże swojej siły, nie zjednoczy się w słusznej walce o swoją wolność, swoje prawa obywatelskie, o równość traktowania? - też nie wiem. Tu potrzeba nie parasolek, nie czarnego stroju, tylko prawdziwej organizacji, która mogłaby zrzeszać miliony kobiet. I reprezentować ich interesy. Wtedy musieliby się z nami liczyć miłościwie decydujący za nas włodarze i decydenci od siedmiu boleści. Dopóki my same się nie zorganizujemy formalnie i masowo, nie ma szans, żeby potraktowano nas z należytym szacunkiem i poważnie. Dla polityków jesteśmy tylko sterowanymi zdalnie blondynkami, które na ulicach sobie rewię mody, albo imprezkę towarzyską urządzają.

Wybaczcie, nie czuję się ważna mniej, niż TK. Moje ciało jest prawdziwe, ciało TK jedynie umowne.

Jeżeli mam walczyć, protestować, to w słusznej sprawie. Nie jestem pewna, czy obrona instytucji, których nie obchodzi los kobiet, leży w moim interesie. Najbardziej niepokoi mnie, że obie strony politycznego konfliktu próbują mi wmówić, że to dla mojego dobra.

Nie ufam żadnemu politykowi. I nie dam sobie wmówić, że ktokolwiek się do polityki garnie dla dobra ludzkości, a nie swojego, osobistego.

I, jak często mi się zdarza, moje myśli wędrują do Mariana Załuckiego i jego satyr, w tym tej, której tytułu nie pamiętam, a mam nadzieję, że nie przekręcę, bo cytuję z pamięci:

"Od zarania dziejów, twardo, choć pomału
ludzkość do swojego zdąża ideału.
Lecz ten świat doskonały ciągle nie jest gotów -
- każde pokolenie swoich ma idiotów."

Skąd we mnie tyle goryczy? Cóż... nie mam pamięci starej słonicy, więc prowadzę pamiętnik, notuję to, co mnie od wielu lat wkurza i bulwersuje. Sięgam do starych zapisków, żeby mi się w głowie nie przewróciło i nikt nie mógł mnie oczarować obietnicami gruszek na wierzbie.





Brak komentarzy: