sobota, 27 sierpnia 2016

Bieszczadzka pigułka na szczęście, dzień trzeci

Środa, 17 sierpnia przywitała nas deszczem i niebem powleczonym szarością chmur aż po horyzont.
Kalosze i kurtki nieprzemakalne na grzbiet i ruszyliśmy na śniadanko. Tradycyjnie - zestaw śniadaniowy. Pani kelnerka nawet nie pytała, tylko stwierdziła: trzy zestawy i trzy herbatki z cytryną. Zatwierdzone ze śmiechem.
Co tu robić, gdy pada? Ruszamy w drogę, auto wydało radosne pomruki, bo znudziły mu się wycieczki do Leska i z powrotem po jakieś drobiazgi jeno. Głównie piwo i wodę mineralną. I jeszcze pieczywo na kolacje, które robiliśmy sobie w domku. Tak dla odmiany i żeby się całkiem nie odzwyczaić ( to ja!) od obowiązków domowych.
Mieliśmy wprawdzie ze sobą grilla, ale jakoś nie chciało nam się go rozstawiać na razie.

Wracam do środowego rozkładu zajęć. Jedziemy. Dokąd? A dokądkolwiek, może Cisna? E, najpierw pojedziemy tam, gdzie podobno są umowne źródła Sanu, czyli obieramy kierunek na Muczne. Z tym kierunkiem nie poszło nam ciut, bo nawigacja się zaparła i poprowadziła nas do Ustrzyk Górnych,



przez Czarną, Polańczyk, Dwernik i takie tam podobne. W międzyczasie pogoda się raczyła zmienić i opady pojawiały się tylko tu i ówdzie, a niebo wybłękitniało znacząco.

W Ustrzykach zatrzymaliśmy się  na chwilę, kontemplując jak wiele się zmieniło w ciągu ostatnich lat, ustaliliśmy jakoś przy pomocy mapy tradycyjnej, jak na to Muczne ostatecznie podążyć. Podążyliśmy i dotarliśmy do miejsca , w którym w dolinie znajduje się mały parking, z którego droga prowadzi do nieznanego nam tarasu widokowego.

Jak to w Polsce, instrukcja obsługi na tablicy informacyjnej nie pomogła nam w niczym. Dobrze, idziemy? Idziemy! Idziemy, idziemy, w górę, w górę, za zakrętem znowu w górę.

Tarasu jak nie było, tak nie ma. I tak sobie doszliśmy do miejsca, w którym po głazach można było zejść na nazwijmy to tarasik, z którego widać jak z góry spływa strumyczek.


Jednak nie było żadnej tablicy informującej, że jesteśmy na miejscu, więc pewności, że dotarliśmy do rzekomych źródeł Sanu nie mamy. Droga dydaktyczna biegła dalej, ale zrezygnowaliśmy, bo słońce dawało się nam we znaki.

To teraz dokąd? - pyta Pan Monsz. To może sprawdzimy, czy w Przysłupie Karczma Biesisko już czynna? Ostatnio była w przebudowie, czy innym remoncie. A Pijawka z rozrzewnieniem wspomina prawdziwki w śmietanie, które konsumował właśnie tam. Włos zjeżył się nam na głowie, bo prawdziwki prawdziwkami, a cena ceną! Wysoką bardzo, niestety. W 2005 roku prawie puścił nas z torbami. Pijawka. A wszystko przez te namiętności do konsumpcji.

Karczma okazała się czynna, ale zrobiliśmy rachunek sumienia  i portfela. Pociecho ty nasza, albo lot, albo prawdziwki. Na jedno i drugie nie ma. Uff... woli lot. I super! Jedziemy dalej, na przełęcz Przysłup. Tam się teraz dzieje... W 2005 roku ogromny, pusty plac, służący za parking i jedna, niespecjalnie zachęcająca swoim image jadłodajnia, no i budka galerii. Dzisiaj? ...Eh, przysadziste  restauracje, budki, budeczki, knajpki, galeria z cenami dla europosłów chyba, tłok nieziemski, autokary, wypasione fury.  Gdzie moje dzikie Bieszczady? Pojechaliśmy obejrzeć Maciejówkę, w której przed laty nocowaliśmy.

Przed domem kilkanaście samochodów, tłum urlopowiczów  z dzieciarnią. Ciarki nam przebiegły po plecach. Za nic w świecie już tam nie zamieszkamy, chociaż mamy bardzo miłe wspomnienia sprzed lat.



Przejechaliśmy zatem bieszczadzkie serpentyny, zatrzymując się co rusz, żeby popatrzeć i nacieszyć się widokiem, posłuchać szmeru potoków.
Jeszcze tylko wizyta w sklepiku i po południu byliśmy z powrotem w naszym Lesko Ski.

W wiacie grillowej ruch, czyszczenie, układanie drew. Jakieś przygotowania intensywne? Coś się będzie działo. A będzie, będzie! Pani kelnerka, podjechała swoim quadem i  pyta, czy nie będzie nam przeszkadzało, że obozowicze będą mieli wieczorem ognisko? Ależ skąd! Nie będzie - odpowiadamy zgodnie. O, to dobrze, bo ludziom często przeszkadza hałaśliwa dzieciarnia. - uśmiecha się  pani kelnerka.

Ognisko przeciągnęło się dłużej, niż planowano, miejscowy gawędziarz opowiadał młodym, jak się żyje w Bieszczadach, o zwyczajach zwierzyny, o niebezpieczeństwach czyhających nawet na drodze. Młodzież, o dziwo, słuchała z zainteresowaniem i nawet raczyła zadawać pytania. Szczególnie interesujące były bliskie spotkania trzeciego stopnia z niedźwiedziami, które często kończyły się źle. Dla ludzi oczywiście, nie dla misiów!

Potem była gitara i śpiew. Bez dziwy i świergotu ptaków, które o tej porze zamilkły. A propos,
jak to było? Ach, pamiętam: nie ma jak rajdowa wiara, nie ma jak rajdowy śpiew! dziwa, ćwiara i gitara, świergot ptaków i szum drzew...Tak się śpiewało, cha cha...

Nasz domek stał najbliżej tej wiaty, więc bawiliśmy się razem z obozowiczami, chociaż nie poszliśmy im przeszkadzać, ale kto nam zabroni siedzieć na tarasie i słuchać?
Siedzieliśmy i słuchaliśmy, a nawet pogawędziliśmy z jedną z opiekunek, która przyszła do nas. Pogadać, dla odmiany też. Bo chyba czuła się już zmęczona, co wcale nas nie dziwiło. Przemiła osoba, mama trzylatka, którego zostawiła z tatusiem, sama poświęcając się opiece nad cudzymi pociechami. Widziałam, jak bardzo angażowała się w to zajęcie. Super dziewczyna i na pewno super mama!






Brak komentarzy: