środa, 24 sierpnia 2016

Bieszczadzka pigułka na szczęście, dzień pierwszy - Zajazd Okalina

"Lesko Ski", Weremień 36.
Nasza tegoroczna miejscówka, można powiedzieć - w samej Bramie Bieszczad.


Tak wyglądały noce w Weremieniu. Czerń, w której znikały nawet wierzchołki świerków. I tylko ten księżycowy srebrnik.

Ale muszę zacząć od początku...

Jest 15 sierpnia 2016. Ruszamy o 9:00.
Droga tam, do Weremienia, była uśmiechnięta i radosna, chociaż troszkę dręczyła nas niewiadoma. Bo w Weremieniu dotychczas nigdy nie byliśmy, a Lesko Ski nic nam nie mówiło,

Takie widoki zza szyb samochodowych mieliśmy... a  tak wygląda siedziba Lesko Ski:


jako, że zimowe sporty są nam raczej obce. Za to udało nam się jakoś trafić do znanego nam zajazdu, w okolicy Opatowa - tyle tylko pamiętaliśmy, że to gdzieś tam. Smak posiłków dla odmiany - pamiętamy doskonale! Gdy zza zakrętu wyłonił się oszklony budynek, stojący przy stacji paliw, napis ZAJAZD OKALINA sprawił, że podskoczyliśmy z radości.

Powitała nas, jak poprzednio ta sama, przemiła Pani, której sam uśmiech już zachęca do zajęcia miejsca przy zawsze czyściutkich stolikach, ze świeżymi obrusami, w klimatyzowanym pomieszczeniu restauracji.
Jedzonko jest pyszne, zawsze i bez wyjątku. Gwarantuję osobiście, bo już trzeci rok jadamy w tym zajeździe w drodze tam i z powrotem. Obiad dla trzech osób, z naprawdę fantastycznym, wyciskanym na miejscu świeżym sokiem jabłecznym, doskonałą kawusią, to koszt około 60-70zł. Przy czym dla własnego dobra nie należy jadać tam obiadu z dwu dań! Niestety, Pijawka o tym zapomniał i zawinszował sobie rosołek i naleśniki z farszem ruskim i pomidorowym sosem. Ruszenie w dalszą drogę stało się z miejsca problematyczne, z powodu przeciążenia dolnych partii kierowcy, bo porcje są hmmm... raczej dwuosobowe. My tym razem skonsumowaliśmy placek ziemniaczany po bieszczadzku. I gdyby nie to, że rozpływał się w ustach, to w połowie posiłku poddalibyśmy się stanowczo. Ale jak zostawić cudownie chrupiący placek ziemniaczany, z aksamitnym sosem pełnym rozpływających się w ustach kawałków mięska, z surówką, która dopełniała tej harmonii smaków?
Cóż... opróżniliśmy talerze, a do auta dowlekliśmy się przepełnieni smakiem. Oj, przepełnieni pod każdym względem. Do wieczora nie tknęliśmy niczego poza wodą mineralną.

Każdemu, kto kiedykolwiek będzie podróżował drogą z Warszawy w kierunku Radomia gorąco polecam ten przybytek kulinarnej sztuki. Nikt nie pożałuje! Pierożki ruskie opiekane - też pycha! I koniecznie prosić o sok jabłeczny, bo jest niczym najprawdziwsza małmazja!

Na miejsce, czyli do Weremienia, dotarliśmy późnym popołudniem. Pogoda powitała nas piękna, chociaż było raczej rześko. Domek wygodny. Może w nim mieszkać nawet siedem osób. Łazienka z prysznicem, na ścianie grzejnik elektryczny z nawiewem. Na dole salon z aneksem kuchennym, wyposażonym w niezbędne akcesoria, płyta grzewcza, lodówka. Na poddaszu dwie sypialnie, dwu i trzyosobowa. Jest też balkon, a na parterze taras w połowie zadaszony. Czysto, wygodnie. Jedyny mankament, to brak informacji na stronie, że ręczniki należy przywieźć ze sobą. Suszarkę do włosów tudzież.

 Poza tymi drobiazgami nie ma się do czego przyczepić, naprawdę.









1 komentarz:

katy:-* pisze...

Mmmm... bieszczadzkie placki ziemniaczane.
Agrafko ale zrobiłaś smaka...