środa, 31 sierpnia 2016

Bieszczadzka pigułka na szczęście, dzień piąty

Piątek, 19 sierpnia. Już poranek zapowiadał upał. Och, może nie upał, ale gorąco. Na niebie wprawdzie chmury gościły chwilami nawet licznie dosyć, ale jak to w górach - pojawiały się znikąd i znikały nie wiedzieć gdzie. Było pięknie. Po śniadaniu poszliśmy na szybowisko. Zdziwiliśmy się, bo nie było pilota, który przez wszystkie poprzednie dni obsługiwał wszystkich chętnych.

Dzisiaj pierwsza byłam ja. Nie wiem, kto bardziej się denerwował: moja rodzina, czy pilot? Bardzo sympatyczny zresztą. Zapakowano mnie do szybowca, poinstruowano, czego mam absolutnie nie dotykać, a czego nie zasłaniać, bo pilot siedział za mną, a jakieś wajchy były z przodu. Pokazał mi, że będą się poruszały, a ja muszę uważać na nie. Krótko mówiąc, zapewne miałam nie panikować i nie rozrabiać. Nie miałam takiego zamiaru. Pomocnicy przytrzymali skrzydła, kierowca kręcącego się na górę i na dół czerwonego autka podpiął wyciągarkę. Kabinę zamknięto, otwarty był tylko lufcik. Startujemy. Trwało to dosłownie chwilę i poczułam, a także zobaczyłam, bo wyjrzałam przez ten lufcik, że jesteśmy wysoko. Pilot mówił do mnie, co robi, co widzę też mi objaśnił. Lesko z lotu ptaka, Weremień też. Cudnie! Aż zaparło mi dech z zachwytu. Zrobiliśmy ósemkę nad doliną i lądowanie. Już??? Szkoda... Wszyscy się zbiegli, Pan Monsz i Pijawka troszkę przerażeni, czy przeżyłam? A czemu miałabym nie przeżyć??? To było niepowtarzalne i bardzo przyjemne przeżycie. Najgorsze było przede mną dopiero! Wysiadanie z latającej maszyny, to jest wyzwanie, oj, jest! Pozycja półleżąca, kolana wysoko, a burta też wysoko. Do ziemi za daleko, mimo, że ja jestem słusznego wzrostu i mam długie nogi. Jakoś się wygramoliłam, z pomocą Pijawki i pomocnika.

Pilot podał mi rękę i podziękował z szerokim uśmiechem na ustach. Myślę, że obawiał się, jak wpędzona w lata  baba zareaguje, czy nie spanikuje na przykład? Bez obaw, nie bałam się lotu. Bałam się, że nie wsiądę do tego szybowca. Wsiadanie było łatwiejsze, chociaż też nie takie proste. Nie wiedziałam, że najgorsze będzie to gramolenie się ze środka. Nic to, było cudownie, wstydu nie narobiłam rodzinie. Teraz leci Pijawka, oszczędzał na wszystkim, żeby na koniec polecieć raz jeszcze. Poleciał. Ósemka, lądowanie. Koniec. Pieniędzy też prawie koniec.

Pojechaliśmy pożegnać się z Bieszczadami. Najpierw zobaczyć ten Kamień Leski, o którym poczytaliśmy w przewodniku.


Skałka pasowałaby do Gór Świętokrzyskich. Na własne oczy zobaczyliśmy, że stanowi prawdziwe wyzwanie dla taterników. Nie jest łatwa do zdobycia, o nie!
Obeszliśmy ten Kamień dookoła, obfotografowaliśmy się z różnych stron. Jedziemy dalej. Ruszyliśmy w stronę Ustrzyk Dolnych, na Uherce Mineralne. W Uhercach znajduje się młody browar, Ursa Maior ( Wielka Niedźwiedzica).

Pomysłodawczynią jest autorka bloga kulinarnego pani Agnieszka Łopata. Browar w obecnej, okazałej formie istnieje od 2013 roku, jest jeszcze bardzo młody. Ale piwo? O, piwo jest pierwsza klasa! Drogie, ale warte swojej ceny. Można zamówić przez Internet. Kupiliśmy sobie jedną tylko butelkę piwa "Dwa grzeszne misie", skonsumowaliśmy już po powrocie do domeczku, w chwili przypływu nostalgii. BYŁO PRZEPYSZNE! Jest tak wielka różnica pomiędzy piwem produkowanym przemysłowo, a prawdziwym piwem, że aż trudno uwierzyć! Można wznosić peany na cześć tego trunku.

W drodze do browaru, zwróciliśmy uwagę na drogowskaz: Pałac Biesa.

Dobrze, zobaczmy co to takiego, że warto stawiać drogowskaz? Znaleźliśmy, nazwy miejscowości nie pamiętam, ale odradzam jazdę każdemu. Pałac Biesa, to w zasadzie hotel, wygląda jak zamek Disneylandu, zbudowany na dodatek ze styropianu, śmieszny. Nie - zabawny, ani uroczy, tylko żałośnie śmieszny...

Pora wracać do Weremienia, pakować się, jutro rano wyjazd. Koniec pigułki. Humor skwaśniał nieco, chociaż udawaliśmy, że nie.

Wieczorem poszliśmy z Pijawką na wyciąg narciarski, popatrzeć ostatni raz na dolinę, na góry majaczące na horyzoncie, na zapadający i snujący się mgliście zmierzch. Powiało smuteczkiem. Pijawka próbował zrobić zdjęcie tabletem, ale marnie wyszło. To nie to samo co aparat fotograficzny.
Jeszcze ostatnie piwo na tarasie baru, w ciszy, bo dzieciarnia wczoraj rozjechała się do domów, a kolejny turnus w sobotę przyjedzie. Panie kelnerki krzątały się, sprzątały, pucowały. Nie chcieliśmy im zawracać głowy zbyt długo. Były zmęczone, bardzo zmęczone. Niech odpoczną.

Długo siedzieliśmy na tarasie domku tego wieczora. Wszystko poczyszczone, większość już spakowana, czuliśmy niemal namacalnie, jak ogarnia nas swoimi ramionami tęsknota za Bieszczadami, chociaż jeszcze ich nie opuściliśmy.

Tak. Zgadzam się ze stwierdzeniem, że nawet wtedy, gdy się zjeździło cały świat, a nie widziało Bieszczad z bliska, to nie widziało się właściwie nic. Nie ma drugiego takiego miejsca na ziemi.
Na emeryturze wyprowadzimy się w Bieszczady.

Ciekawa sprawa, że Pijawka, który kiedyś za żadne skarby nie chciał z nami w Bieszczady jechać ( bo przecież nikt tam nie jeździ, jeździ się na Mazury, albo nad morze), gdy raz dał się namówić, to zakochał się z miejsca. Powiedział: mieliście rację... byłem w tylu miejscach, widziałem wiele, ale to naprawdę miejsce, w którym chce się żyć i czuje się, że jest się częścią natury. Nigdzie tego nie czułem.
Był rok 2005.

Bieszczady kochane, żegnajcie, może zobaczymy się w październiku?


3 komentarze:

katy:-* pisze...

Jeśień to najciekawsza pora dla Bieszczad. Oby Agrafko się udało tam być w październiku Tobie z rodzinką.
Jak długo latałaś? I co było przeżyciem wysiadanie z szybowca czy jednak sam lot?

agrafka pisze...

Wysiadanie było stresujące, Katy,bo ta burta wysoko, a siedzi się na dnie, w pozycji prawie leżącej :) A lot trwał 10 minut, za to wrażenia kosmiczne. szybowiec lata bez dźwięku, jest tak, jakbyś miała skrzydła i unosiła się na prądach powietrznych. Wspaniałe przeżycie...

katy:-* pisze...

Dobrze, że wylądowałas cała i szczęśliwa.
A jak pilot? Jak to piloci pewnie przystojny musiał być. Hmm...jest coś w tej dyscyplinie pilotażowej prestiżowego i mega urokliwego. Prawda Agrafko?