niedziela, 28 sierpnia 2016

Bieszczadzka pigułka na szczęście, dzień czwarty

Jest czwartek, 18 sierpnia.  Słonko wstało uśmiechnięte i radosne, my też. Ja, jak zwykle, około 6:00, Zamiast się wysypiać, ile się da, ja maszerowałam zbierać jeżyny. Jakby na nie ktoś inny się zasadzał. Nie zasadzał. Wszystkie dojrzewały dla mnie, bo ich nikt inny nie zbierał. Grzyby, o, to inna sprawa, tu konkurencja była nie do pokonania.

Zatem jeżyny zebrane, ja na tarasiku ze swoją pachnącą kawusią i puszką po piwie. Taka puszka po piwie to świetna popielniczka. Naleje się trochę wody na dno i wrzuca pety. Okolicy pożar nie zagraża, a i śmierdzi mniej.

O, a to ci dopiero - nie ma jeszcze 7:00, a już szybowiec startuje??? Fakt, pogoda cudna, ale zwykle zaczynali o 10:00! Może to młodzi adepci lotnictwa szybowcowego zaliczają swoje niezbędne liczby startów i lądowań? Start - lądowanie, start - lądowanie. Niemożliwe przecież, żeby o tej porze już byli chętni klienci! 

Po śniadaniowym zestawie mała przepierka, mycie głowy, bo trzeba skorzystać, że słońce i ciepło, to wyschnie i jedziemy. Na dzisiaj zaplanowaliśmy przecież Sine wiry. Ciekawe, czy damy radę?

Jedziemy w kierunku Cisnej. Z Cisnej drogą na Ustrzyki Górne, aż do drogowskazu na Bukowiec. Zjeżdżamy w drogę w lewo, wąską, jedziemy ostrożnie, bo dwa auta mijają się na niej z trudem, a szosa jest kręta. Wije się w dolinie, jak meandrująca rzeka. We wsi Polanki jest znak informujący o miejscu, z którego można pomaszerować na te Sine wiry. Samochód zostawiliśmy odrobinę dalej, na parkingu płatnym. Udało się w cieniu, to dobrze, bo się czarne auto mniej nagrzeje.

Plecaki na siebie, buty mamy wygodne, przystosowane do wędrówki po szutrowej drodze. Idziemy.
Przewodnik mówi o około 1,5 h marszu. Zgadza się. Wprawdzie pan pilnujący parkingu powiedział, że 40 minut, ale zdaje się miał na myśli pierwsze zejście nad potok. Do drugiego jest drugie tyle marszu. 

Pan Monsz został pod wiatą przy tym pierwszym przystanku, a ja z Pijawką poszliśmy dalej. Dalej było trudniej, może dlatego, że słońce prażyło, a brakowało cienia, droga natomiast wspinała się coraz wyżej. Potem przyjemne zejście przez las, w wąwóz, w którym  woda hałaśliwie rozbija się o głazy. Gorzej było wdrapać się na górę, ale w cieniu drzew, stąpając po korzeniach, które tworzyły jakby schodki, a na pewno zapobiegały ześlizgnięciu się, udało się. Zasapani, spoceni ruszyliśmy w  drogę powrotną.  Wydawało się, że to całkiem blisko, ale - tylko tak się wydawało. 

Gdy z daleka ujrzeliśmy tę wiatę, pod którą czekał na nas Pan Monsz, wyrosły nam skrzydła i klapnęliśmy w końcu z ulgą na ławeczce. Miły chłodek owiewał nas delikatnym powiewem wiaterku.

Woda do ostatniej kropli wypita. Trzeba wracać, stanowczo.
Jakoś dobrnęliśmy do parkingu. Autko szczęśliwie cały czas stało w cieniu, pod rozłożystym drzewem. 

Usiedliśmy sobie na ławce, przy stole, zjedliśmy po kanapce. Koszulki trochę podeschły, na grzbiecie, bo na zmianę nie przewidzieliśmy.

W drodze powrotnej uzgodniliśmy, że dzisiaj robimy grilla, a na obiad nie idziemy.
Makaron z sosem pomidorowym szybko się podał, ja zajęłam się praniem, a Pijawka montażem grilla. Tyle, że jakoś jeść się nam nie bardzo chciało. Kiełbaska i oscypki przygotowane, sałatka i chlebek też, do tego piwo. 

I tu nastąpił foch. Ktoś chciał grilla wcześniej, a był dopiero wieczorem. 

Brak komentarzy: