piątek, 26 sierpnia 2016

Bieszczadzka pigułka na szczęście, dzień drugi

Wtorek, 16 sierpnia.
Słonko rano troszeczkę było nie w humorze, naciągnęło na głowę chmurkę i za nic nie chciało się uśmiechnąć. Pijawka wyprowadził swoje Revo i najwyraźniej ciekawość zwyciężyła, bo chmurki przepadły a złote pyszczycho w całej okazałości patrzyło na nas z nieba. I towarzyszyło nam już do wieczora.

Przystąpiliśmy do zacieśniania stosunków z okolicą. Ale najpierw śniadanko. Zestaw śniadaniowy w stołówce Lesko Ski, to koszt 15zł. Znakomita jajecznica, pyszna wędlina, ser, pomidorki i ogórki, do tego herbatka z cytryną i pieczywo w koszyku. Wszystko świeżutkie, bez obaw.I tak dużo, że spokojnie mozna zapakować sobie na przykład na wycieczkę. Panie kelnerki ciężko pracują, mają na głowie nie tylko obsługę gości, ale także sprzątanie zwalnianych przez gości domków i pokoi w hoteliku. Dwoją się i troją, ale sił starcza im na uśmiech, a czasem nawet na pogawędkę z gośćmi. Atmosfera swobodna, bez szpanu. Z miejsca poczuliśmy się, jak u siebie.

Miło było też jadać z hałaśliwą dzieciarnią, która akurat wypoczywała tu wakacyjnie.
Dzieci podzielone były na dwie grupy, jedna pn. "Przygoda" - stacjonująca w hoteliku i druga "Survival" - w namiotach rozbitych obok. Łatwo było odróżnić te grupy, bo survivalowcy mieli bliżej nieokreślone elementy odzieżowe i obuwnicze na sobie - z powodu spędzenia nocy w lesie i czołgania się we wszechobecnym bieszczadzkim błocie. Nocowali we własnoręcznie wykonanym szałasie.
Byliśmy zachwyceni organizacją i opieką nad bachorkami. Obozy organizuje ALMATUR. Nie wiem, jak na innych obozach, ale na tym opiekunowie spisywali się na medal, nie tylko zapewniając właściwą opiekę, ale organizując czas i zajęcia tak, żeby młodzi ludzie czegoś się naprawdę nauczyli. Dzieciaki były sympatyczne, chociaż absorbujące całą uwagę wychowawców. Gdybym miała latorośl w wieku odpowiednim bez obaw powierzyłabym ją temu organizatorowi. Przyznam szczerze, że byłam zaskoczona, naprawdę zaskoczona profesjonalizmem tej firmy. I umiejętnością doboru właściwych ludzi, którym się w dzisiejszych czasach wciąż jeszcze chce! To już rzadkie przypadki...

Po śniadanku ruszyłam zbierać jeżyny pod lasem. Zebrałam coś około litra. całe kiście zwisały z kolczastych gałęzi, wybierałam najdorodniejsze, nie zwracając uwagi na małe. Pyszności!

Przyodziawszy odzież ochronną antyżmijową i antykleszczową udaliśmy się na leśny rekonesans. To było wyzwanie, bo w niedzielę podobno przeszły straszne burze w okolicy i las dosłownie tonął w gliniastym błocie. A wzdłuż krawędzi lasu ciągnie się coś, co nazwałbym torem crossowym quadów. Koleiny wyżłobione głęboko, bruzdy sięgające pasa, kalosze ślizgały się po tej gliniastej mazi, ale jakoś przedostaliśmy się do lasu.Ciemno, mokro. Widać ślady grzybiarzy - wszędzie poniewierają się robaczywe odcięte główki grzybów. Upapraliśmy się już dostatecznie, więc zarządzono odwrót.
Pora na drugą kawę. Potem marsz na lotnisko szybowcowe.

Niedaleko bardzo. Pijawka nie mógł się doczekać lotu. Poleciał. 10 minut wszystko trwało może, ale uśmiech od ucha do ucha powiedział nam wszystko - BYŁO SUPER! 130zł wprawdzie, ale co tam! Zobaczyć Bieszczady z lotu ptaka...niezapomniane przeżycie.



Loty organizuje Aeroklub Weremień. Bardzo mili piloci, lecąc z pasażerem, nie urządzają pokazów akrobatycznych. Co innego, gdy nie ma akurat chętnych, wtedy szybowiec wypisuje na niebie pętle, beczki i ósemki, strasząc siedzących na tarasie, przed budynkiem Lesko Ski, gości. Zniżają lot tak, że chwilami ludzie pochylali głowy nad stolikami. Co innego, gdy w kabinie siedział pasażer, wtedy lot był płynny, łagodny i ostrożny. Dbali o bezpieczeństwo! A może nie mieli ochoty wysłuchiwać głosów paniki, kto wie?

Obiadek w Lesko Ski był równie pyszny, jak śniadanie. Zażyczyliśmy sobie pierożki opiekane, ja i Pan Monsz z mięskiem, a Pijawka ulubione ruskie. Rozpływały się, nie - nieprawda - chrupały nam w  ustach. Świeżutkie, lepione w kuchni, a nie jakieś tam z masowej produkcji odgrzane w mikrofalówce! Cebulka i skwareczki z boczku obficie pokrywały te rumiane pyszności.
Z trudem dowlekliśmy się do domeczku po obfitości obiadowej. Niektórzy polegli w walce z siła przyciągania łóżkowego i pozwolili się ukołysać Morfeuszowi. Pijawka zajął się czyszczeniem swojego Revo, a ja zasiadłam na tarasie z kolejną kawusią i papierosem. I dalejże podziwiać widoki i startujące co rusz szybowce w locie. Cudownie leniwe popołudnie.

Wieczorkiem jeszcze marsz z Pijawką na szczyt wyciągu narciarskiego, powygapiać się z góry na okolicę.

Widok w zapadającym szybko zmroku niesamowity, mgły snujące się w dolinie, wierzchołki świerków sterczące jak piramidy nad horyzontem i ostatnie strzępki poświaty słonecznej zza gór. Z lasu dobiegały jakieś pokrzykiwania ptaków, jakieś szelesty i trzaski łamanych gałązek... Dreszczyk emocji przebiegł mi po plecach.

Wieczorem nie chciało się spać... żal było zostawić ten spokój, ciszę i zapach dzikości, który przenikał na wskroś. Siedzieliśmy z  piwkiem do późna, na tarasie, pogadując sobie o tym i owym, delektując się świadomością, że jutro obudzimy się tu, a nie w mieście.




Brak komentarzy: