środa, 31 sierpnia 2016

Bieszczadzka pigułka na szczęście, dzień piąty

Piątek, 19 sierpnia. Już poranek zapowiadał upał. Och, może nie upał, ale gorąco. Na niebie wprawdzie chmury gościły chwilami nawet licznie dosyć, ale jak to w górach - pojawiały się znikąd i znikały nie wiedzieć gdzie. Było pięknie. Po śniadaniu poszliśmy na szybowisko. Zdziwiliśmy się, bo nie było pilota, który przez wszystkie poprzednie dni obsługiwał wszystkich chętnych.

Dzisiaj pierwsza byłam ja. Nie wiem, kto bardziej się denerwował: moja rodzina, czy pilot? Bardzo sympatyczny zresztą. Zapakowano mnie do szybowca, poinstruowano, czego mam absolutnie nie dotykać, a czego nie zasłaniać, bo pilot siedział za mną, a jakieś wajchy były z przodu. Pokazał mi, że będą się poruszały, a ja muszę uważać na nie. Krótko mówiąc, zapewne miałam nie panikować i nie rozrabiać. Nie miałam takiego zamiaru. Pomocnicy przytrzymali skrzydła, kierowca kręcącego się na górę i na dół czerwonego autka podpiął wyciągarkę. Kabinę zamknięto, otwarty był tylko lufcik. Startujemy. Trwało to dosłownie chwilę i poczułam, a także zobaczyłam, bo wyjrzałam przez ten lufcik, że jesteśmy wysoko. Pilot mówił do mnie, co robi, co widzę też mi objaśnił. Lesko z lotu ptaka, Weremień też. Cudnie! Aż zaparło mi dech z zachwytu. Zrobiliśmy ósemkę nad doliną i lądowanie. Już??? Szkoda... Wszyscy się zbiegli, Pan Monsz i Pijawka troszkę przerażeni, czy przeżyłam? A czemu miałabym nie przeżyć??? To było niepowtarzalne i bardzo przyjemne przeżycie. Najgorsze było przede mną dopiero! Wysiadanie z latającej maszyny, to jest wyzwanie, oj, jest! Pozycja półleżąca, kolana wysoko, a burta też wysoko. Do ziemi za daleko, mimo, że ja jestem słusznego wzrostu i mam długie nogi. Jakoś się wygramoliłam, z pomocą Pijawki i pomocnika.

Pilot podał mi rękę i podziękował z szerokim uśmiechem na ustach. Myślę, że obawiał się, jak wpędzona w lata  baba zareaguje, czy nie spanikuje na przykład? Bez obaw, nie bałam się lotu. Bałam się, że nie wsiądę do tego szybowca. Wsiadanie było łatwiejsze, chociaż też nie takie proste. Nie wiedziałam, że najgorsze będzie to gramolenie się ze środka. Nic to, było cudownie, wstydu nie narobiłam rodzinie. Teraz leci Pijawka, oszczędzał na wszystkim, żeby na koniec polecieć raz jeszcze. Poleciał. Ósemka, lądowanie. Koniec. Pieniędzy też prawie koniec.

Pojechaliśmy pożegnać się z Bieszczadami. Najpierw zobaczyć ten Kamień Leski, o którym poczytaliśmy w przewodniku.


Skałka pasowałaby do Gór Świętokrzyskich. Na własne oczy zobaczyliśmy, że stanowi prawdziwe wyzwanie dla taterników. Nie jest łatwa do zdobycia, o nie!
Obeszliśmy ten Kamień dookoła, obfotografowaliśmy się z różnych stron. Jedziemy dalej. Ruszyliśmy w stronę Ustrzyk Dolnych, na Uherce Mineralne. W Uhercach znajduje się młody browar, Ursa Maior ( Wielka Niedźwiedzica).

Pomysłodawczynią jest autorka bloga kulinarnego pani Agnieszka Łopata. Browar w obecnej, okazałej formie istnieje od 2013 roku, jest jeszcze bardzo młody. Ale piwo? O, piwo jest pierwsza klasa! Drogie, ale warte swojej ceny. Można zamówić przez Internet. Kupiliśmy sobie jedną tylko butelkę piwa "Dwa grzeszne misie", skonsumowaliśmy już po powrocie do domeczku, w chwili przypływu nostalgii. BYŁO PRZEPYSZNE! Jest tak wielka różnica pomiędzy piwem produkowanym przemysłowo, a prawdziwym piwem, że aż trudno uwierzyć! Można wznosić peany na cześć tego trunku.

W drodze do browaru, zwróciliśmy uwagę na drogowskaz: Pałac Biesa.

Dobrze, zobaczmy co to takiego, że warto stawiać drogowskaz? Znaleźliśmy, nazwy miejscowości nie pamiętam, ale odradzam jazdę każdemu. Pałac Biesa, to w zasadzie hotel, wygląda jak zamek Disneylandu, zbudowany na dodatek ze styropianu, śmieszny. Nie - zabawny, ani uroczy, tylko żałośnie śmieszny...

Pora wracać do Weremienia, pakować się, jutro rano wyjazd. Koniec pigułki. Humor skwaśniał nieco, chociaż udawaliśmy, że nie.

Wieczorem poszliśmy z Pijawką na wyciąg narciarski, popatrzeć ostatni raz na dolinę, na góry majaczące na horyzoncie, na zapadający i snujący się mgliście zmierzch. Powiało smuteczkiem. Pijawka próbował zrobić zdjęcie tabletem, ale marnie wyszło. To nie to samo co aparat fotograficzny.
Jeszcze ostatnie piwo na tarasie baru, w ciszy, bo dzieciarnia wczoraj rozjechała się do domów, a kolejny turnus w sobotę przyjedzie. Panie kelnerki krzątały się, sprzątały, pucowały. Nie chcieliśmy im zawracać głowy zbyt długo. Były zmęczone, bardzo zmęczone. Niech odpoczną.

Długo siedzieliśmy na tarasie domku tego wieczora. Wszystko poczyszczone, większość już spakowana, czuliśmy niemal namacalnie, jak ogarnia nas swoimi ramionami tęsknota za Bieszczadami, chociaż jeszcze ich nie opuściliśmy.

Tak. Zgadzam się ze stwierdzeniem, że nawet wtedy, gdy się zjeździło cały świat, a nie widziało Bieszczad z bliska, to nie widziało się właściwie nic. Nie ma drugiego takiego miejsca na ziemi.
Na emeryturze wyprowadzimy się w Bieszczady.

Ciekawa sprawa, że Pijawka, który kiedyś za żadne skarby nie chciał z nami w Bieszczady jechać ( bo przecież nikt tam nie jeździ, jeździ się na Mazury, albo nad morze), gdy raz dał się namówić, to zakochał się z miejsca. Powiedział: mieliście rację... byłem w tylu miejscach, widziałem wiele, ale to naprawdę miejsce, w którym chce się żyć i czuje się, że jest się częścią natury. Nigdzie tego nie czułem.
Był rok 2005.

Bieszczady kochane, żegnajcie, może zobaczymy się w październiku?


niedziela, 28 sierpnia 2016

Bieszczadzka pigułka na szczęście, dzień czwarty

Jest czwartek, 18 sierpnia.  Słonko wstało uśmiechnięte i radosne, my też. Ja, jak zwykle, około 6:00, Zamiast się wysypiać, ile się da, ja maszerowałam zbierać jeżyny. Jakby na nie ktoś inny się zasadzał. Nie zasadzał. Wszystkie dojrzewały dla mnie, bo ich nikt inny nie zbierał. Grzyby, o, to inna sprawa, tu konkurencja była nie do pokonania.

Zatem jeżyny zebrane, ja na tarasiku ze swoją pachnącą kawusią i puszką po piwie. Taka puszka po piwie to świetna popielniczka. Naleje się trochę wody na dno i wrzuca pety. Okolicy pożar nie zagraża, a i śmierdzi mniej.

O, a to ci dopiero - nie ma jeszcze 7:00, a już szybowiec startuje??? Fakt, pogoda cudna, ale zwykle zaczynali o 10:00! Może to młodzi adepci lotnictwa szybowcowego zaliczają swoje niezbędne liczby startów i lądowań? Start - lądowanie, start - lądowanie. Niemożliwe przecież, żeby o tej porze już byli chętni klienci! 

Po śniadaniowym zestawie mała przepierka, mycie głowy, bo trzeba skorzystać, że słońce i ciepło, to wyschnie i jedziemy. Na dzisiaj zaplanowaliśmy przecież Sine wiry. Ciekawe, czy damy radę?

Jedziemy w kierunku Cisnej. Z Cisnej drogą na Ustrzyki Górne, aż do drogowskazu na Bukowiec. Zjeżdżamy w drogę w lewo, wąską, jedziemy ostrożnie, bo dwa auta mijają się na niej z trudem, a szosa jest kręta. Wije się w dolinie, jak meandrująca rzeka. We wsi Polanki jest znak informujący o miejscu, z którego można pomaszerować na te Sine wiry. Samochód zostawiliśmy odrobinę dalej, na parkingu płatnym. Udało się w cieniu, to dobrze, bo się czarne auto mniej nagrzeje.

Plecaki na siebie, buty mamy wygodne, przystosowane do wędrówki po szutrowej drodze. Idziemy.
Przewodnik mówi o około 1,5 h marszu. Zgadza się. Wprawdzie pan pilnujący parkingu powiedział, że 40 minut, ale zdaje się miał na myśli pierwsze zejście nad potok. Do drugiego jest drugie tyle marszu. 

Pan Monsz został pod wiatą przy tym pierwszym przystanku, a ja z Pijawką poszliśmy dalej. Dalej było trudniej, może dlatego, że słońce prażyło, a brakowało cienia, droga natomiast wspinała się coraz wyżej. Potem przyjemne zejście przez las, w wąwóz, w którym  woda hałaśliwie rozbija się o głazy. Gorzej było wdrapać się na górę, ale w cieniu drzew, stąpając po korzeniach, które tworzyły jakby schodki, a na pewno zapobiegały ześlizgnięciu się, udało się. Zasapani, spoceni ruszyliśmy w  drogę powrotną.  Wydawało się, że to całkiem blisko, ale - tylko tak się wydawało. 

Gdy z daleka ujrzeliśmy tę wiatę, pod którą czekał na nas Pan Monsz, wyrosły nam skrzydła i klapnęliśmy w końcu z ulgą na ławeczce. Miły chłodek owiewał nas delikatnym powiewem wiaterku.

Woda do ostatniej kropli wypita. Trzeba wracać, stanowczo.
Jakoś dobrnęliśmy do parkingu. Autko szczęśliwie cały czas stało w cieniu, pod rozłożystym drzewem. 

Usiedliśmy sobie na ławce, przy stole, zjedliśmy po kanapce. Koszulki trochę podeschły, na grzbiecie, bo na zmianę nie przewidzieliśmy.

W drodze powrotnej uzgodniliśmy, że dzisiaj robimy grilla, a na obiad nie idziemy.
Makaron z sosem pomidorowym szybko się podał, ja zajęłam się praniem, a Pijawka montażem grilla. Tyle, że jakoś jeść się nam nie bardzo chciało. Kiełbaska i oscypki przygotowane, sałatka i chlebek też, do tego piwo. 

I tu nastąpił foch. Ktoś chciał grilla wcześniej, a był dopiero wieczorem. 

sobota, 27 sierpnia 2016

Bieszczadzka pigułka na szczęście, dzień trzeci

Środa, 17 sierpnia przywitała nas deszczem i niebem powleczonym szarością chmur aż po horyzont.
Kalosze i kurtki nieprzemakalne na grzbiet i ruszyliśmy na śniadanko. Tradycyjnie - zestaw śniadaniowy. Pani kelnerka nawet nie pytała, tylko stwierdziła: trzy zestawy i trzy herbatki z cytryną. Zatwierdzone ze śmiechem.
Co tu robić, gdy pada? Ruszamy w drogę, auto wydało radosne pomruki, bo znudziły mu się wycieczki do Leska i z powrotem po jakieś drobiazgi jeno. Głównie piwo i wodę mineralną. I jeszcze pieczywo na kolacje, które robiliśmy sobie w domku. Tak dla odmiany i żeby się całkiem nie odzwyczaić ( to ja!) od obowiązków domowych.
Mieliśmy wprawdzie ze sobą grilla, ale jakoś nie chciało nam się go rozstawiać na razie.

Wracam do środowego rozkładu zajęć. Jedziemy. Dokąd? A dokądkolwiek, może Cisna? E, najpierw pojedziemy tam, gdzie podobno są umowne źródła Sanu, czyli obieramy kierunek na Muczne. Z tym kierunkiem nie poszło nam ciut, bo nawigacja się zaparła i poprowadziła nas do Ustrzyk Górnych,



przez Czarną, Polańczyk, Dwernik i takie tam podobne. W międzyczasie pogoda się raczyła zmienić i opady pojawiały się tylko tu i ówdzie, a niebo wybłękitniało znacząco.

W Ustrzykach zatrzymaliśmy się  na chwilę, kontemplując jak wiele się zmieniło w ciągu ostatnich lat, ustaliliśmy jakoś przy pomocy mapy tradycyjnej, jak na to Muczne ostatecznie podążyć. Podążyliśmy i dotarliśmy do miejsca , w którym w dolinie znajduje się mały parking, z którego droga prowadzi do nieznanego nam tarasu widokowego.

Jak to w Polsce, instrukcja obsługi na tablicy informacyjnej nie pomogła nam w niczym. Dobrze, idziemy? Idziemy! Idziemy, idziemy, w górę, w górę, za zakrętem znowu w górę.

Tarasu jak nie było, tak nie ma. I tak sobie doszliśmy do miejsca, w którym po głazach można było zejść na nazwijmy to tarasik, z którego widać jak z góry spływa strumyczek.


Jednak nie było żadnej tablicy informującej, że jesteśmy na miejscu, więc pewności, że dotarliśmy do rzekomych źródeł Sanu nie mamy. Droga dydaktyczna biegła dalej, ale zrezygnowaliśmy, bo słońce dawało się nam we znaki.

To teraz dokąd? - pyta Pan Monsz. To może sprawdzimy, czy w Przysłupie Karczma Biesisko już czynna? Ostatnio była w przebudowie, czy innym remoncie. A Pijawka z rozrzewnieniem wspomina prawdziwki w śmietanie, które konsumował właśnie tam. Włos zjeżył się nam na głowie, bo prawdziwki prawdziwkami, a cena ceną! Wysoką bardzo, niestety. W 2005 roku prawie puścił nas z torbami. Pijawka. A wszystko przez te namiętności do konsumpcji.

Karczma okazała się czynna, ale zrobiliśmy rachunek sumienia  i portfela. Pociecho ty nasza, albo lot, albo prawdziwki. Na jedno i drugie nie ma. Uff... woli lot. I super! Jedziemy dalej, na przełęcz Przysłup. Tam się teraz dzieje... W 2005 roku ogromny, pusty plac, służący za parking i jedna, niespecjalnie zachęcająca swoim image jadłodajnia, no i budka galerii. Dzisiaj? ...Eh, przysadziste  restauracje, budki, budeczki, knajpki, galeria z cenami dla europosłów chyba, tłok nieziemski, autokary, wypasione fury.  Gdzie moje dzikie Bieszczady? Pojechaliśmy obejrzeć Maciejówkę, w której przed laty nocowaliśmy.

Przed domem kilkanaście samochodów, tłum urlopowiczów  z dzieciarnią. Ciarki nam przebiegły po plecach. Za nic w świecie już tam nie zamieszkamy, chociaż mamy bardzo miłe wspomnienia sprzed lat.



Przejechaliśmy zatem bieszczadzkie serpentyny, zatrzymując się co rusz, żeby popatrzeć i nacieszyć się widokiem, posłuchać szmeru potoków.
Jeszcze tylko wizyta w sklepiku i po południu byliśmy z powrotem w naszym Lesko Ski.

W wiacie grillowej ruch, czyszczenie, układanie drew. Jakieś przygotowania intensywne? Coś się będzie działo. A będzie, będzie! Pani kelnerka, podjechała swoim quadem i  pyta, czy nie będzie nam przeszkadzało, że obozowicze będą mieli wieczorem ognisko? Ależ skąd! Nie będzie - odpowiadamy zgodnie. O, to dobrze, bo ludziom często przeszkadza hałaśliwa dzieciarnia. - uśmiecha się  pani kelnerka.

Ognisko przeciągnęło się dłużej, niż planowano, miejscowy gawędziarz opowiadał młodym, jak się żyje w Bieszczadach, o zwyczajach zwierzyny, o niebezpieczeństwach czyhających nawet na drodze. Młodzież, o dziwo, słuchała z zainteresowaniem i nawet raczyła zadawać pytania. Szczególnie interesujące były bliskie spotkania trzeciego stopnia z niedźwiedziami, które często kończyły się źle. Dla ludzi oczywiście, nie dla misiów!

Potem była gitara i śpiew. Bez dziwy i świergotu ptaków, które o tej porze zamilkły. A propos,
jak to było? Ach, pamiętam: nie ma jak rajdowa wiara, nie ma jak rajdowy śpiew! dziwa, ćwiara i gitara, świergot ptaków i szum drzew...Tak się śpiewało, cha cha...

Nasz domek stał najbliżej tej wiaty, więc bawiliśmy się razem z obozowiczami, chociaż nie poszliśmy im przeszkadzać, ale kto nam zabroni siedzieć na tarasie i słuchać?
Siedzieliśmy i słuchaliśmy, a nawet pogawędziliśmy z jedną z opiekunek, która przyszła do nas. Pogadać, dla odmiany też. Bo chyba czuła się już zmęczona, co wcale nas nie dziwiło. Przemiła osoba, mama trzylatka, którego zostawiła z tatusiem, sama poświęcając się opiece nad cudzymi pociechami. Widziałam, jak bardzo angażowała się w to zajęcie. Super dziewczyna i na pewno super mama!






piątek, 26 sierpnia 2016

Bieszczadzka pigułka na szczęście, dzień drugi

Wtorek, 16 sierpnia.
Słonko rano troszeczkę było nie w humorze, naciągnęło na głowę chmurkę i za nic nie chciało się uśmiechnąć. Pijawka wyprowadził swoje Revo i najwyraźniej ciekawość zwyciężyła, bo chmurki przepadły a złote pyszczycho w całej okazałości patrzyło na nas z nieba. I towarzyszyło nam już do wieczora.

Przystąpiliśmy do zacieśniania stosunków z okolicą. Ale najpierw śniadanko. Zestaw śniadaniowy w stołówce Lesko Ski, to koszt 15zł. Znakomita jajecznica, pyszna wędlina, ser, pomidorki i ogórki, do tego herbatka z cytryną i pieczywo w koszyku. Wszystko świeżutkie, bez obaw.I tak dużo, że spokojnie mozna zapakować sobie na przykład na wycieczkę. Panie kelnerki ciężko pracują, mają na głowie nie tylko obsługę gości, ale także sprzątanie zwalnianych przez gości domków i pokoi w hoteliku. Dwoją się i troją, ale sił starcza im na uśmiech, a czasem nawet na pogawędkę z gośćmi. Atmosfera swobodna, bez szpanu. Z miejsca poczuliśmy się, jak u siebie.

Miło było też jadać z hałaśliwą dzieciarnią, która akurat wypoczywała tu wakacyjnie.
Dzieci podzielone były na dwie grupy, jedna pn. "Przygoda" - stacjonująca w hoteliku i druga "Survival" - w namiotach rozbitych obok. Łatwo było odróżnić te grupy, bo survivalowcy mieli bliżej nieokreślone elementy odzieżowe i obuwnicze na sobie - z powodu spędzenia nocy w lesie i czołgania się we wszechobecnym bieszczadzkim błocie. Nocowali we własnoręcznie wykonanym szałasie.
Byliśmy zachwyceni organizacją i opieką nad bachorkami. Obozy organizuje ALMATUR. Nie wiem, jak na innych obozach, ale na tym opiekunowie spisywali się na medal, nie tylko zapewniając właściwą opiekę, ale organizując czas i zajęcia tak, żeby młodzi ludzie czegoś się naprawdę nauczyli. Dzieciaki były sympatyczne, chociaż absorbujące całą uwagę wychowawców. Gdybym miała latorośl w wieku odpowiednim bez obaw powierzyłabym ją temu organizatorowi. Przyznam szczerze, że byłam zaskoczona, naprawdę zaskoczona profesjonalizmem tej firmy. I umiejętnością doboru właściwych ludzi, którym się w dzisiejszych czasach wciąż jeszcze chce! To już rzadkie przypadki...

Po śniadanku ruszyłam zbierać jeżyny pod lasem. Zebrałam coś około litra. całe kiście zwisały z kolczastych gałęzi, wybierałam najdorodniejsze, nie zwracając uwagi na małe. Pyszności!

Przyodziawszy odzież ochronną antyżmijową i antykleszczową udaliśmy się na leśny rekonesans. To było wyzwanie, bo w niedzielę podobno przeszły straszne burze w okolicy i las dosłownie tonął w gliniastym błocie. A wzdłuż krawędzi lasu ciągnie się coś, co nazwałbym torem crossowym quadów. Koleiny wyżłobione głęboko, bruzdy sięgające pasa, kalosze ślizgały się po tej gliniastej mazi, ale jakoś przedostaliśmy się do lasu.Ciemno, mokro. Widać ślady grzybiarzy - wszędzie poniewierają się robaczywe odcięte główki grzybów. Upapraliśmy się już dostatecznie, więc zarządzono odwrót.
Pora na drugą kawę. Potem marsz na lotnisko szybowcowe.

Niedaleko bardzo. Pijawka nie mógł się doczekać lotu. Poleciał. 10 minut wszystko trwało może, ale uśmiech od ucha do ucha powiedział nam wszystko - BYŁO SUPER! 130zł wprawdzie, ale co tam! Zobaczyć Bieszczady z lotu ptaka...niezapomniane przeżycie.



Loty organizuje Aeroklub Weremień. Bardzo mili piloci, lecąc z pasażerem, nie urządzają pokazów akrobatycznych. Co innego, gdy nie ma akurat chętnych, wtedy szybowiec wypisuje na niebie pętle, beczki i ósemki, strasząc siedzących na tarasie, przed budynkiem Lesko Ski, gości. Zniżają lot tak, że chwilami ludzie pochylali głowy nad stolikami. Co innego, gdy w kabinie siedział pasażer, wtedy lot był płynny, łagodny i ostrożny. Dbali o bezpieczeństwo! A może nie mieli ochoty wysłuchiwać głosów paniki, kto wie?

Obiadek w Lesko Ski był równie pyszny, jak śniadanie. Zażyczyliśmy sobie pierożki opiekane, ja i Pan Monsz z mięskiem, a Pijawka ulubione ruskie. Rozpływały się, nie - nieprawda - chrupały nam w  ustach. Świeżutkie, lepione w kuchni, a nie jakieś tam z masowej produkcji odgrzane w mikrofalówce! Cebulka i skwareczki z boczku obficie pokrywały te rumiane pyszności.
Z trudem dowlekliśmy się do domeczku po obfitości obiadowej. Niektórzy polegli w walce z siła przyciągania łóżkowego i pozwolili się ukołysać Morfeuszowi. Pijawka zajął się czyszczeniem swojego Revo, a ja zasiadłam na tarasie z kolejną kawusią i papierosem. I dalejże podziwiać widoki i startujące co rusz szybowce w locie. Cudownie leniwe popołudnie.

Wieczorkiem jeszcze marsz z Pijawką na szczyt wyciągu narciarskiego, powygapiać się z góry na okolicę.

Widok w zapadającym szybko zmroku niesamowity, mgły snujące się w dolinie, wierzchołki świerków sterczące jak piramidy nad horyzontem i ostatnie strzępki poświaty słonecznej zza gór. Z lasu dobiegały jakieś pokrzykiwania ptaków, jakieś szelesty i trzaski łamanych gałązek... Dreszczyk emocji przebiegł mi po plecach.

Wieczorem nie chciało się spać... żal było zostawić ten spokój, ciszę i zapach dzikości, który przenikał na wskroś. Siedzieliśmy z  piwkiem do późna, na tarasie, pogadując sobie o tym i owym, delektując się świadomością, że jutro obudzimy się tu, a nie w mieście.




środa, 24 sierpnia 2016

Bieszczadzka pigułka na szczęście, dzień pierwszy - Zajazd Okalina

"Lesko Ski", Weremień 36.
Nasza tegoroczna miejscówka, można powiedzieć - w samej Bramie Bieszczad.


Tak wyglądały noce w Weremieniu. Czerń, w której znikały nawet wierzchołki świerków. I tylko ten księżycowy srebrnik.

Ale muszę zacząć od początku...

Jest 15 sierpnia 2016. Ruszamy o 9:00.
Droga tam, do Weremienia, była uśmiechnięta i radosna, chociaż troszkę dręczyła nas niewiadoma. Bo w Weremieniu dotychczas nigdy nie byliśmy, a Lesko Ski nic nam nie mówiło,

Takie widoki zza szyb samochodowych mieliśmy... a  tak wygląda siedziba Lesko Ski:


jako, że zimowe sporty są nam raczej obce. Za to udało nam się jakoś trafić do znanego nam zajazdu, w okolicy Opatowa - tyle tylko pamiętaliśmy, że to gdzieś tam. Smak posiłków dla odmiany - pamiętamy doskonale! Gdy zza zakrętu wyłonił się oszklony budynek, stojący przy stacji paliw, napis ZAJAZD OKALINA sprawił, że podskoczyliśmy z radości.

Powitała nas, jak poprzednio ta sama, przemiła Pani, której sam uśmiech już zachęca do zajęcia miejsca przy zawsze czyściutkich stolikach, ze świeżymi obrusami, w klimatyzowanym pomieszczeniu restauracji.
Jedzonko jest pyszne, zawsze i bez wyjątku. Gwarantuję osobiście, bo już trzeci rok jadamy w tym zajeździe w drodze tam i z powrotem. Obiad dla trzech osób, z naprawdę fantastycznym, wyciskanym na miejscu świeżym sokiem jabłecznym, doskonałą kawusią, to koszt około 60-70zł. Przy czym dla własnego dobra nie należy jadać tam obiadu z dwu dań! Niestety, Pijawka o tym zapomniał i zawinszował sobie rosołek i naleśniki z farszem ruskim i pomidorowym sosem. Ruszenie w dalszą drogę stało się z miejsca problematyczne, z powodu przeciążenia dolnych partii kierowcy, bo porcje są hmmm... raczej dwuosobowe. My tym razem skonsumowaliśmy placek ziemniaczany po bieszczadzku. I gdyby nie to, że rozpływał się w ustach, to w połowie posiłku poddalibyśmy się stanowczo. Ale jak zostawić cudownie chrupiący placek ziemniaczany, z aksamitnym sosem pełnym rozpływających się w ustach kawałków mięska, z surówką, która dopełniała tej harmonii smaków?
Cóż... opróżniliśmy talerze, a do auta dowlekliśmy się przepełnieni smakiem. Oj, przepełnieni pod każdym względem. Do wieczora nie tknęliśmy niczego poza wodą mineralną.

Każdemu, kto kiedykolwiek będzie podróżował drogą z Warszawy w kierunku Radomia gorąco polecam ten przybytek kulinarnej sztuki. Nikt nie pożałuje! Pierożki ruskie opiekane - też pycha! I koniecznie prosić o sok jabłeczny, bo jest niczym najprawdziwsza małmazja!

Na miejsce, czyli do Weremienia, dotarliśmy późnym popołudniem. Pogoda powitała nas piękna, chociaż było raczej rześko. Domek wygodny. Może w nim mieszkać nawet siedem osób. Łazienka z prysznicem, na ścianie grzejnik elektryczny z nawiewem. Na dole salon z aneksem kuchennym, wyposażonym w niezbędne akcesoria, płyta grzewcza, lodówka. Na poddaszu dwie sypialnie, dwu i trzyosobowa. Jest też balkon, a na parterze taras w połowie zadaszony. Czysto, wygodnie. Jedyny mankament, to brak informacji na stronie, że ręczniki należy przywieźć ze sobą. Suszarkę do włosów tudzież.

 Poza tymi drobiazgami nie ma się do czego przyczepić, naprawdę.









sobota, 20 sierpnia 2016

Pigułka bieszczadzka 2016

Sześć dni, wakacyjna pigułka na szczęście. Wróciliśmy cali, zdrowi i z naładowanymi akumulatorami na cały rok, niestety... no, chyba, że w październiku uda się jeszcze na weekend...

Moje ukochane Bieszczady nie zawiodły mnie!

Agrafko, na dzisiaj dosyć, jutro też jest dzień, a góry prania czekają.

niedziela, 14 sierpnia 2016

Prawie gotowi

W zasadzie spakowani. W zasadzie, bo wciąż rośnie sterta czemodanów. Chwilami wydaje mi się, że zamkniemy za sobą puste mieszkanko.  Panowie zgromadzili tyle zabawek, że chyba nie zamierzają tam sypiać wcale. To tylko 4 dni na miejscu, plus 2 w drodze.
Najbardziej jestem ciekawa, czy uda im się wytrwać bez wojny?

A ja marzę tylko, żeby prognoza się nie sprawdziła, bo deszcz i 19C w Bieszczadach zapowiada kiepski wypoczynek i zmusza mnie do pakowania licznych ciepłych ciuchów. Przy takiej aurze nic nie będzie schło, to wiem z doświadczenia.

A gdyby tak trochę słonka... to może namówię na wycieczkę nad Sine wiry?

piątek, 12 sierpnia 2016

Owinięte w kolorowy papierek g...

Bardzo dawno nie zaglądałam na blog A. Dzisiaj zajrzałam i nie żałuję. Historia w odcinkach, na szczegóły nie zwróciłam uwagi, rzuciłam okiem na tekst. Krótki, temat nie odbiega od poprzednich - seks.

330 komentarzy... A tekst na jedną kartkę z zeszytu. Dyskusja gorąca, chwilami wrze.
Gdybym miała zgadywać, kim jest autor bloga, zakładając, że - jak sam o sobie mówi - jest kłamcą, sugerowałabym psychologa, sprytnego speca od babskiej psychiki, który znalazł prosty sposób na pogłębienie wiedzy na temat kobiecego umysłu, jeżeli o umyśle w ogóle może być mowa! Tylko kobiety mogą tygodniami rozmawiać na temat, którego właściwie w ogóle nie ma. Rozdmuchać nieistniejący problem i dyskutować o czymś, co się nie zdarzyło. Ale - MOGŁO SIĘ ZDARZYĆ, zdaniem czytelniczek.

Kobiecie wystarczy gest, a w tym przypadku kilka zdań, nic nie znaczących i wytartych, jak stare dżinsy, żeby snuć domysły. Na marginesie muszę sobie zanotować, dlaczego zajrzałam do AG - wczoraj widziałam kawałek dobrego filmu, polskiego, o dziwo! Ojciec swojemu synowi powiedział, że kobiecie nigdy, ale to absolutnie nigdy nie wolno powiedzieć, że coś zrobiła nie tak.  Jeżeli ugotowała zupę, a ta zupa jest niejadalna, to trzeba ją pochwalić i zjeść, a nie wolno zwrócić uwagi, że na przykład przesolona. Syn twierdzi, że gdy coś jest nie tak, to trzeba o tym rozmawiać i to się nazywa dialog. Za chwilę pojawia się scenka, która udowadnia, że to ojciec miał rację, nie syn. Kobieta bierze sobie do serca każdą, najdrobniejszą nawet, uwagę. I to jest prawda. Wiem, bo sama tak reaguję. Czuję się urażona, do głębi, gdy ktoś krytykuje to, co zrobiłam dla niego. Bo to jest istotny element - że DLA KOGOŚ. Wkładam w to wysiłek, czas i serce. Ja się POŚWIĘCAM, a tu krytyka??? Czuję się niedoceniona. Coś z tym babskim mózgiem musi być nie do końca w porządku, bo reakcje są niewspółmierne do problemu.

I tak jest w komentarzach na ww. blogu.

Pod ostatnim postem Autor napisał coś, co zabrzmiało niemile, ale jest prawdziwe - co muszę z przykrością potwierdzić, jako, że - jak ten ojciec filmowy - mam "długie, życiowe doświadczenie".
Adam zacytował znajomego: Kobiety się niczym od siebie nie różnią, to to samo g..., tylko owinięte w różne papierki.
Rani to stwierdzenie? Rani, myślę, że nawet bardzo rani kobiety, bo każda z nich chce być wyjątkowa. Myśli, że jest wyjątkowa. I jest! Tyle, że nie pod względem, o którym w tym męskim stwierdzeniu mowa.

Jako ciało - dla faceta jesteśmy tym g... w papierku, chociaż świadomość tego do nas stosunku miła babskiemu sercu nie jest, to pewne!

Dla faceta jesteśmy wprawdzie czymś więcej, niż dmuchaną lalką, ale jedynie dlatego, że nasza reakcja na nich może potwierdzić ich zdolności seksualne, Dmuchana lalka nie jęczy, nie wije się pod palcami wirtuoza. A facet potrzebuje potwierdzenia swojej męskości bardziej nawet, niż kobieta potwierdzenia, że zaparzyła znakomitą kawę dla swojego bóstwa.

Facet, myśląc o kobiecie, myśli o seksie z nią. Tak jest, taką ma naturę, to nie jego wina. Żeby kobieta była dla niego czymś więcej, niż tylko podręczną zabawką, musi pokazać, że potrafi być kumplem, przyjacielem, towarzyszem broni, a do tego inteligentnym przeciwnikiem, który ma własne zdanie na tematy inne, niż seks. Tylko taka kobieta może stać się dla faceta partnerem. I liczyć, że facet zobaczy w niej człowieka, a nie to g... w kolorowym papierku.

W tekście, który nawet nie trącił tematu miłości, A. pisze  krótko o apetycie na seks, a czytelniczki w 330 komentarzach rozprawiają na temat... no, właśnie - na jaki temat?

Wyszło tak, jakby minimalistyczny wiersz W. Szymborskiej:
"Kropka jest smutna. Przeraża ją możliwość różnej interpretacji kropki."

omówić w opracowaniu liczącym 100 stron maszynopisu. Tylko - PO CO?

Każdy wie, co z tego wiersza zrozumiał. I, być może, każdy rozumie go inaczej. Bo wiersz, to w przeciwieństwie do kobiety, nie to samo g... tylko ubrane w inne słowa.

czwartek, 11 sierpnia 2016

Rozkoszne nieróbstwo

Urlop. Urlopik. Urlopiczek.
Długo oczekiwany, nieprawdopodobny i w ogóle...
Jest! Jest! Jest!
Ja jestem. Na urlopie. Wypoczywam.
Jeszcze trochę muszę poczekać, aż Pijawka wybędzie w celach służbowych i biorę się do wypoczywania.

A plany mam, że ho ho!
Najpierw jeden wypad na miasto, czyli zakupy. Potem nastawić jakiś obiadek. Zapakować pranie, zdjąć wczorajsze, suche. Pojeździć na rurze, wyszorować łazienkę. Poprasować to, co wyschło.
Drugi wypad na miasto, czyli zakupów ciąg dalszy.
A w międzyczasie jakieś drobiazgi: może przecier pomidorowy zrobię?
Coś się jeszcze znajdzie w ramach wypoczynku.




wtorek, 9 sierpnia 2016

Mysz

Maleńkie życie, o wadze kilku gram, właściwie takie nic. A jednak... gdzieś w środku filigranowego ciałka bije serduszko. Myszka wydawała się być chora, nie uciekała, siedziała przed wiatrołapem i czyściła wąsiki. Przeniosłam toto pod chojaka, w zakrętce postawiłam wodę, dałam ciasteczko kruche, nakryłam domkiem z wydmuszki papierowej po malinach, wycięłam otwór wyjściowy. Myszątko uratowane, schron rano był pusty, ciasteczko zjedzone.



środa, 3 sierpnia 2016

Moralny dołek

Wychodzę z domu bardzo wczesnym rankiem. Doprawdy, bardzo wczesnym. Idę na swój róg, po drodze mijam śmietnik, więc wyrzucam odpadki. Dzisiaj, jak zwykle lekko wciąż zaspana, maszerowałam sobie wzdłuż bloku, mijając kolejne klatki schodowe. Przed każdą stoi ławka, na której w bardziej ludzkich godzinach spoczywa lokalny monitoring, czyli emeryci. Na ostatniej ławce spoczywały zwłoki. Jeszcze niezbyt dobrze widząc, pomyślałam: o, impreza była udana, jakiś piwosz przyciął komara. Jednak, z bliska ujrzałam widok, który byłby może zabawny, gdyby nie był taki porażająco rzeczywisty... na ławce leżała młoda dziewczyna, goły tyłek wypięty w moją stronę, sukienka w pasie, dosłownie. Sukienka bez ramiączek, która w normalnych warunkach trzyma się dzięki gumce nad biustem, teraz zsunęła się, odsłaniając tenże biust w całej okazałości. Dziewczę spało, bekając co chwile przez sen. Bose brudne stopy wskazywały, że impreza odbywała się zapewne na miejscowej plaży. Jaka była ta impreza nie chcę myśleć - widziałam jej skutki.
I tu się zaczynają schody... moje schody, osobiste. Otóż, zachowałam się tak, jak nie zachowałam się nigdy przedtem, w całym swoim życiu.

NIE ZAREAGOWAŁAM. A powinnam.

Zostawiłam śpiącą dziewoję własnemu losowi, nawet się nie zatrzymałam. Nie obudziłam, nie kazałam poprawić przyodziewku. Mogłam wezwać straż miejską, ostatecznie. Nie zrobiłam nic, zupełnie nic.

Jadąc już do pracy czułam się jak ostatnia świnia, bezduszna, prawdziwa Polka. Mająca wszystkich i wszystko w głębokim poważaniu.
Myślałam, myślałam, myślałam bez końca. Wyglądała na dorosłą, ale... kto wie? Niby wiem, że wiedziała, co robi, powinna wiedzieć, przynajmniej... Ale może jej czegoś dosypali? Dzisiaj wszystko jest możliwe, inne czasy. Nie mogąc już zmienić faktów, zastanawiałam się skąd się we mnie niespodziewanie wzięła taka nieludzka reakcja? W końcu bez względu na to, ile jest warta ta dziewczyna, nadal jest człowiekiem.

I pomyślałam, że brak szacunku dla myślących inaczej, który od lat zatacza coraz szersze kręgi w naszym kraju, nietolerancja, dzielenie na lepszych i gorszych - wszystko to na mnie w jakiś sposób też odcisnęło piętno. I jeszcze te teksty Adama, w których kobiety same proszą na przykład o gwałt, myślą wyłącznie o seksie z byle kim, a komentarze w ogromnej większości pełne zachwytu, bez cienia refleksji - dokończyły dzieła. Pisałam tutaj o tym, że ten blog wyrządzić może wiele zła. Potem już nie myślałam o tym, ale teraz ta myśl powraca. Te teksty wywołują  co najmniej obojętność. I - jestem tego już pewna - mogą zachęcać do przemocy wobec kobiet, a na pewno do traktowania ich wyłącznie jako obiekty seksualne, nie jak ludzi. Nie wierzę, że wszystkie kobiety takie są. Nie wierzę! Budzi się we mnie protest. Dojrzewa niechęć i mam ochotę krzyczeć: DOŚĆ! Zatrzymajcie ten rozpędzony pociąg, zanim wypadnie z torów. Tyle, że nikt tego nie słyszy, nikt nie chce widzieć, ani wiedzieć. Bo, tu idzie o pieniądze, duże pieniądze.  Życie jest warte więcej, niż pieniądze, nawet największe...tylko ludzie pomału o tym zapominają...

Nie chcę być taka, jak czytelniczki tego bloga. Nie chcę być taka, jak jego autor. Nie chcę też być taka, jak większość społeczeństwa - nieetyczna, pozbawiona empatii, współczucia, odruchów ludzkich.
NIE CHCĘ!!!!
Czyżbym jednak się zaczynała upodabniać? Muszę coś z tym zrobić.

wtorek, 2 sierpnia 2016

Facet mało używany



Przyjaciółka moja, serdeczna zresztą, ma mnóstwo rzeczy, których nie używa. Ma ogród, a w tym ogrodzie altankę, w której nigdy nie przesiaduje. Nad oczkiem wodnym ma ławeczkę -huśtawkę, na której nie tylko się nie huśta, ale nawet nie posiaduje. Ma odkurzacz piorący, ale dywanów nie pierze, bo ich nie ma.  Nie chce zasłaniać nimi przepięknego parkietu. Ma zmywarkę, ale zmywa pod kranem, bo lubi. Zmywać. Ma dwie anteny satelitarne na dachu, ale z nich nie korzysta, bo ma też kablówkę. Jest i samochód. Stoi  pod daszkiem, na zewnątrz. Nie jeździ nim, bo nie lubi prowadzić.

Zapytałam wczoraj przyjaciółkę swoją, serdeczną zresztą, po co jej to wszystko, skoro z tego nie korzysta?  
A co? Niech sąsiedzi widzą, że mam. - odpowiedziała - Mnie to w zasadzie do niczego potrzebne nie jest, ale oni niech spuchną z zawiści!

Wiesz, moja kochana, to ty jeszcze sobie weź do domu faceta! – zaproponowałam uczynnie.

A po co mi facet? – przyjaciółka moja, serdeczna zresztą, uniosła brwi w przeogromnym zdziwieniu.

Och, wiesz, nie musisz go używać, ale niech sąsiedzi zobaczą, że cię stać na faceta! – wyjaśniłam. 

Hmm… może i masz rację? – zadumała się przyjaciółka moja, serdeczna zresztą – może teraz myślą, że ja jakaś taka do niczego jestem, albo co?

 A w razie czego, takiego mało używanego łatwiej ci będzie oddać! Można wystawić w secondhandzie na przykład, albo w komisie... – rozmarzyłam się odrobinę – jeżeli nie będzie drogi, to może ja go od ciebie odkupię? Wiesz, na nowego mnie nie stać, ale ja też mam sąsiadów.