niedziela, 10 lipca 2016

Szczytowanie

Szczyt. Szczyt to z reguły wierzchołek góry. Ale bywają i inne. Szczyty. I wierzchołki. Taki Szczyt NATO, na przykład, w Warszawie ostatnio. A nawet nie dalej, jak wczoraj jeszcze. Pan Wielki Prezydent udawał, że nie mówi, a jego rozmówca, też Prezydent, tylko mniejszego kalibru, udawał, że nie słyszy. I tak sobie pogadali.
Komentatorzy teraz prześcigają się w interpretacjach tej rozmowy głuchego z niemym. VIP-y rozmaite mają teraz trudne zadanie. Jak porażkę przekuć na sukces. Przyznam, że robią co mogą, tylko oczka rozbiegane takie jakieś mają, zaczerwienienie fejsa świadczące niezbicie o stresie związanym z koniecznością łgania w żywe oczy.

I tak pomalutku doszłam sobie w rozmyślaniach swoich do wniosku, że to nie był szczyt, a jedno wielkie szczytowanie!

Zaliczyłam w ciągu dwu lipcowych dni:
- szczyt NATO
- szczyt dyplomacji
- szczyt ignorancji
- szczyt arogancji
- szczyt kłamstwa
- szczyt bezczelności
- szczyt marzeń
a na koniec jeszcze szczyt wściekłości i gniewu. Ten, to już był mój własny, osobisty. I od tego szczytowania rozbolała mnie głowa.

I to mnie zdziwiło, bo powinnam czuć się rozluźniona, a ja poczułam się jak wulkan, który się znienacka obudził. Pobiegłam do lustra sprawdzić, czy nie dymię aby? Coś, jakby delikatna smużka unosiło się nade mną, ale nie jestem pewna. Za to wyraźnie słyszałam pomruki.
Teraz ta smużka mnie niepokoi... może to mój duch mnie opuścił?




Brak komentarzy: