piątek, 29 lipca 2016

Odwagi, moje kobitki, odwagi!!!

Skończyłam lekturę. "Nienachalnej z urody".
Fascynująca jest konstatacja, że tę książkę mogłabym napisać ja.Och, wiem, wiem... nigdy nie poznałam ani Marii Czubaszek, ani jej wspaniałych przyjaciół, o których pisze. Nie mam znajomości w środowisku artystycznym, to prawda. Ale, poza tym i jeszcze kilkoma drobiazgami, to mogłaby być historia moja i moje przemyślenia. Tyle, że ja - w odróżnieniu - talentu stosownego nie posiadam, pisarskiego.

Oprócz tego, wyżej wspomnianego braku znajomości w gronie satyryków i poetów, i mojego beztalencia, różni nas  także stosunek do rodzinnych więzów. Ja kocham swoją rodzinkę, brakuje mi rodziców i lubię retrospekcje, bo w nich spotykam tych, których kochałam. Myślę, że na swój sposób, pani Maria jednak też nie była taka rodzinnie wyalienowana, jak nam to przedstawia. Świadczą o tym niektóre napomknienia, drobne wzmianki o tym i owym zdarzeniu. Sądzę wręcz, że to była przyjęta, taka życiowa poza, a nie rzeczywisty brak uczuć do bliskich. 

Zrobiłam sobie podsumowanie podobieństw:
- nie jestem nachalna z urody
- nie miałam ambicji uzyskania dyplomu dla samego dyplomu
- nie cierpię zgromadzeń
- nie lubię dzieci
- lubię być sama
- mam poczucie humoru
- mam dystans do siebie
- kocham czytać, pisać, nie lubię rozmawiać przez telefon
- o politykach mam zdanie dokładnie takie samo, na dodatek robię liczne notatki na gorąco, o niemal identycznej treści, jak pani Czubaszek
- używam określenia na obecnych niby aktorów: "cichopki i mroczki", uważając, że "dziś prawdziwych Cyganów już nie ma", czyli skończyła się epoka "Wielkich", pisanych wielką literą
- palę

I tak, a propos tego dystansu do siebie, przypomniała mi się anegdotka:

Znajomych, zwłaszcza starych znajomych, najczęściej spotyka się na cmentarzu. Przy tym zarówno w charakterze dusz, jak w charakterze odwiedzających dusze. Któregoś dnia, na cmentarzu, siedząc sobie i dumając o d... Maryni, bo myślenie o tej d.. najlepiej mi idzie właśnie przy grobie rodziców (tu muszę wtrącić, że na cmentarzu nigdy nie udaje mi się rozmyślać o bliskich mi zmarłych, Tak już mam i kropka), usłyszałam: Oooo! Agrafka???
Rozejrzałam się wokół. Z trudem niejakim w jednej osobniczce rozpoznałam dawno nie widzianą koleżankę. Z ławy. Szkolnej zresztą. Za cholerę nie mogłam sobie przypomnieć jak jej było na chrzcie? Od poszukiwań we wszystkich szufladach pamięci, przegrzały mi się zwoje. Mózgowe, być może.
W tak zwanym międzyczasie stara znajoma zdążyła wyrzucić z siebie cały potok słów, w tym: "Agrafko, ty się w ogóle nie zmieniasz!!!"
W tym momencie doznałam olśnienia, niczym pomysłowy Dobromir i imię koleżanki wypadło ze mnie wraz z nie do końca przemyślaną odpowiedzią: " Marzenko, czy chcesz mi powiedzieć, że ja już w dzieciństwie wyglądałam staro?"

Wprawdzie Pani M. Czubaszek miała inne, nieprzemyślane lub wręcz przeciwnie, odpowiedzi na takie dictum, ale też reagowała zawsze z humorem...

Pomijając gamę podobieństw do mnie i (choć może inni się do tego przyczepią, nie wiem...) brak korekty tekstu, książka warta przeczytania przez tych, którym skecze i piosenki pisane przez Marię Czubaszek były bliskie. Ta książka wyjaśnia, czemu były właśnie takie, a nie inne. Nie jest to arcydzieło literackie, ale nie o to w niej chodzi. To książka o odwadze głoszenia własnych poglądów. 

Brak komentarzy: