środa, 27 lipca 2016

Nienachalna z urody

Czytam, z nutą rozrzewnienia, bo Marii Czubaszek już wśród nas nie ma. W zasadzie nie przepadam za biografiami, ale po Marii spodziewałam się raczej dowcipnych dykteryjek, niż typowego samochwalstwa. I jak dotąd, nie rozczarowałam się. Nie dosyć, że Maria pastwi się nad sobą samą, nie kreuje się na lepszą, niż była, to nie szczędzi gorzkich słów innym. Nie ma w niej krzty wazeliniarstwa i próby przypodobania się komukolwiek. Nawet osobistemu, aktualnie do śmierci ślubnemu, Wojciechowi Karolakowi.

Teksty Marii Czubaszek zawsze lubiłam, czasem surrealistyczne, czasem trącące purnonsensem, ale zawsze przeniknięte inteligencją i ironicznym patrzeniem na otaczającą ją rzeczywistość. Lubiłam ją za nieszablonowość, za odwagę poglądów. I za to, że nigdy i niczego nie udawała. Była sobą.

Na razie spodobała mi się myśl, że nic tak nie rozśmiesza Boga, jak ludzkie plany na przyszłość.



Brak komentarzy: