czwartek, 9 czerwca 2016

Urlopik

Malutki. Czterodniowy urlopik. Od pracy zawodowej, nie domowej. Domowej, to wręcz przeciwnie. Rozejrzałam się okiem jednym po mieszkanku, omiotłam pobieżnie wzrokiem kąty, konstatując ze zgrozą, że omiatanie niezbędne jest, ale w wersji hardcorowej. Krótko mówiąc - wszystko rośnie, a jeżeli nawet nie rośnie, to ma gdzie, bo podłoże jest przygotowane.

Pomyślałam sobie, że Maryśka, to jest to! Maryśka, która uwolni od wyprysków na sumieniu, że zaniedbuję. Bo- zaniedbuję...

Chwilowo jednak Maryśki brak, więc zakasanie rękawów mnie nie ominie. Niby w ramach wypoczynku urlopowego tu i ówdzie przejaśniało jakby, ale przy okazji ujawniły się kolejne cele zakasania.

Kohoutek wypucowany, suszy się. W garnku bąbluje zupka. A ja piszę i rozmyślam nad kolejnością zakasywania. I zdecydować nie mogę jakoś, co priorytetowo potraktować?

A w ogóle, to po jaką cholerę mi taki urlop? Pan Monsz przebywając na urlopie, budzonym przeze mnie nie był o bladym świcie. Nawet nie to, że mnie on budzi, nie! Tyle, że nie budzi sam siebie nawet. Zatem ja muszę obudzić jego. I wstaję, jak co dzień, o 4:00... Szykuję to śniadanko, kawusię, przyodziewek. Gdy już wyekspediuję  ku "katorżniczej" pracy, to zaraz wstanie drugi wrzód na d...

I tak marzenia o wyspaniu się przepadają w moim niedostatku uczuć asertywnych. Bo wiem, że ostatecznie mogłabym szturchnąć łokciem, albo i zepchnąć nogą z łóżka o właściwej porze. Mogłabym też nie szturchać wcale. W końcu jestem na urlopie i  wstawać nie muszę o godzinie, której wielu nie ma w ogóle na zegarku. A jeżeli ma, to jest to raczej godzina powrotu, niż pobudki.

Tak... asertywność... piękna sprawa, szkoda, że mi obca.

Zanim się rozpędzę na dobre, odnotuję sobie pokątnie, że skończywszy lekturę "Byczków w pomidorach" Chmielewskiej, uczuć mieszanych pełna jestem. Czytało się lekko, łatwo i w ogólności sympatycznie, ale jakoś tak - z podkładem myśli wszelakich, aczkolwiek nie związanych z tematem książki bezpośrednio.

W kontekście ostatnich zawirowań politycznych, zafundowanych ogółowi przez pi razy oko ćwierć narodu sobie rozmyślałam. Obrazki socjalistyczne zalęgły mi się pod powiekami, wygarnięte skądś, niechciane. Sprawiedliwe w mniemaniu polityków niemanie niczego. Znakomita większość narodu nie miała nic, ale owo NIC rozdzielone sprawiedliwie i zgodnie z prawem. Obowiązującym i dopasowanym stosownie do zamierzeń.

Skumbrie w tomacie. Byczki w pomidorach. Paprykarz szczeciński i konserwa turystyczna.

I siedzą sobie ci Polacy w Danii, wygodnie bardzo, przy szampanie, wcale nie sowietskoje igristoje, wyśmiewając byczki. W pomidorach. Bo tam łatwo wyśmiewać...

I pomyślało mi się, że autorka zapomniała, że w tym naszym, dzikim kraju, ludzie wyboru nie mieli. Niektórzy, to i owszem, ale większość nie! Większość nie miała nawet cienia szansy na wyjazd do Danii, ba dokądkolwiek za granicę. Pani Chmielewska miała, jej przyjaciele też. Czy te książki pisała żeby czytelnicy dokładniej, jak pod lupą, widzieli jak bardzo ich egzystencja różni się od tej, charakterystycznej dla bloku wschodniego? Kaszanka, pasztetowa - rarytasy!

Wszystko się zmieniło. Sklepy pełne towarów. W TV płaczą "biedacy" potrzebujący wsparcia od widzów. Bo im ciężko. Płaczą na tle nowiutkich mebli, siedząc na mięciutkich kanapach. Nie starcza im na nic, podobno. Płaczą, bo im ukradli samochód, a tymże pojazdem wożono chorego na rehabilitację. Ukradli samochód? Hmmm... Było co kraść w takim razie.

Nic to, wkrótce znowu nie będzie. Czego kraść. Najwyraźniej jednak takie prawo i sprawiedliwość obywatele wolą. Wolą, gdy okrada ich majestat prawa.



Brak komentarzy: