wtorek, 28 czerwca 2016

Jędzą być.

- Agrafko, niech pani połknie i nie bierze do ust! - powiedziała moja koleżanka, odbierając telefon od kogoś.
Krztusząc się ze śmiechu, podniosłam słuchawkę swojego aparatu.
- Halo, słucham! - z trudem wydobyłam  z siebie głos.
- Hi hi hi... czy już połknęła pani? - wykrztusił z siebie po drugiej stronie ojciec dyrektor.

 - A tobie co? Wyobraźnia się przegrzała? - zapytałam niewinnie.

Wymieniwszy z dyrektorem opinie na takie różne tematy, odłożyłam słuchawkę i powróciłam do przerwanego posiłku.

Ciekawe swoją drogą, co go tak rozbawiło??? Tego ojca dyrektora.

********************************

Wciąż mnie bawi ta anegdota. Pomyślałam jednak, że nie wszyscy mają takie swoiste poczucie humoru.Wielu ludzi życie bierze okrutnie serio, a z siebie nie potrafi się śmiać wcale. Prezenty, które dostałam od koleżanek, moich najmilszych towarzyszek firmowej niedoli, a na dokładkę wiernych przyjaciółek, niejednego wprawiłyby w stan depresyjny. Jak to powiedziała moja kochana siostrzenica? Ach, tak: trzeba kogoś bardzo lubić i doskonale znać, żeby go obdarować miotłą, koszulką jędzy i certyfikatem jędzy. Komuś obojętnemu się takich prezentów nie robi.

Jednak moja przemiła siostrzenica nie wie, że ja tą jędzą jestem  całokształtowo, można rzec. I, że to co mnie uradowało i doprowadziło do łez szczęścia na licu, nie jest nieuzasadnione. Złośliwość, zołzowatość i cała gama podobnych cech, wyróżniających mnie z grona słodkich kobieciątek. Nie tylko mnie, prawdę mówiąc, jako, że moje przyjaciółeczki także eksponują podobne "zalety" charakterków. Za przykład posłuży mi druga, też dzisiejsza, czyli świeżuśka anegdotka:

Otóż z samego rana odwiedzili nas, w naszym, ogólnie przyjaznym rodzajowi męskiemu, pokoju firmowym, panowie w liczbie egzemplarzy trzech. Moja koleżanka, zawiadująca trudnym i niewdzięcznym działem w naszej działalności jęła przemawiać do swoich podwładnych, informując jednego, że on to już żadnych życzeń mieć nie ma prawa, bo wyczerpał jej cierpliwość na 60 lat naprzód. A w ogóle, to ona jeszcze raz im coś będzie tłumaczyć, bo oni, jako mężczyźni, są pozbawieni mózgów, nie są zatem w stanie zrozumieć nawet najprostszych rzeczy i ona musi im je wbijać do łbów zakutych, bez jakiejkolwiek nadziei na utrwalenie wiedzy. Tu śmiał odezwać się jeden z pokornie wsłuchujących się  w głos swojej "władczyni" i rzekł takoż, aczkolwiek raczej cicho i nieśmiało:
A twój mąż, to co na to, że mózgu nie posiada?

Tu nie wytrzymałam ja, wtrąciłam się natychmiast mówiąc:
A wiesz, jej mąż, to na to nic, bo przecież mózgu nie ma, więc do niego ta radosna wiadomość dotrzeć nijak nie może.

Koledzy roześmieli się radosnym chórem i ogólna wesołość zapanowała w pokoju i okolicy.

Podobne żarty zastosowane w odniesieniu do niektórych osobników, bez względu na ich płeć, owocują obrazą majestatu, niestety... Jakby te żarty umniejszały poczucie godności, czy jakoś tak?
Dzisiaj jeden taki napełnił się żalem do mnie. Chyba rozpędziłam się i przeholowałam cokolwieczek w tych złośliwostkach niewinnych. Moim zdaniem, oczywiście, niewinnych. Nie jego zdaniem, tego osobnika. Cóż, nie pozostaje mi nic innego, jak uważać w przyszłości, co do niego mówię. Postanowiłam także, że starannie będę omijać w rozmowie z nim wszystkie radosne tematy, koncentrując się wyłącznie na tych o wadze ciężkiej.

I znowu westchnąwszy sobie, w sobie, zatęskniłam za Konstruktorem moim, za tą bratnią duszą, która nigdy, przenigdy nie wzięła sobie do serca tych naszpikowanych złośliwością, jak szynka wielkanocna goździkami, wierszyków, maili, wypowiedzi... I z rozrzewnieniem wspomniałam, ileż podobnych wredziostek było vice versa przekazanych... I jaki rogal wykwitał na mojej twarzy. Wtedy. Eh, przyjaźń... to uczucie, które potrafi przetrwać nawet rozstanie. Tak, nawet to wieczyste!

Brak komentarzy: