wtorek, 28 czerwca 2016

Jędzą być.

- Agrafko, niech pani połknie i nie bierze do ust! - powiedziała moja koleżanka, odbierając telefon od kogoś.
Krztusząc się ze śmiechu, podniosłam słuchawkę swojego aparatu.
- Halo, słucham! - z trudem wydobyłam  z siebie głos.
- Hi hi hi... czy już połknęła pani? - wykrztusił z siebie po drugiej stronie ojciec dyrektor.

 - A tobie co? Wyobraźnia się przegrzała? - zapytałam niewinnie.

Wymieniwszy z dyrektorem opinie na takie różne tematy, odłożyłam słuchawkę i powróciłam do przerwanego posiłku.

Ciekawe swoją drogą, co go tak rozbawiło??? Tego ojca dyrektora.

********************************

Wciąż mnie bawi ta anegdota. Pomyślałam jednak, że nie wszyscy mają takie swoiste poczucie humoru.Wielu ludzi życie bierze okrutnie serio, a z siebie nie potrafi się śmiać wcale. Prezenty, które dostałam od koleżanek, moich najmilszych towarzyszek firmowej niedoli, a na dokładkę wiernych przyjaciółek, niejednego wprawiłyby w stan depresyjny. Jak to powiedziała moja kochana siostrzenica? Ach, tak: trzeba kogoś bardzo lubić i doskonale znać, żeby go obdarować miotłą, koszulką jędzy i certyfikatem jędzy. Komuś obojętnemu się takich prezentów nie robi.

Jednak moja przemiła siostrzenica nie wie, że ja tą jędzą jestem  całokształtowo, można rzec. I, że to co mnie uradowało i doprowadziło do łez szczęścia na licu, nie jest nieuzasadnione. Złośliwość, zołzowatość i cała gama podobnych cech, wyróżniających mnie z grona słodkich kobieciątek. Nie tylko mnie, prawdę mówiąc, jako, że moje przyjaciółeczki także eksponują podobne "zalety" charakterków. Za przykład posłuży mi druga, też dzisiejsza, czyli świeżuśka anegdotka:

Otóż z samego rana odwiedzili nas, w naszym, ogólnie przyjaznym rodzajowi męskiemu, pokoju firmowym, panowie w liczbie egzemplarzy trzech. Moja koleżanka, zawiadująca trudnym i niewdzięcznym działem w naszej działalności jęła przemawiać do swoich podwładnych, informując jednego, że on to już żadnych życzeń mieć nie ma prawa, bo wyczerpał jej cierpliwość na 60 lat naprzód. A w ogóle, to ona jeszcze raz im coś będzie tłumaczyć, bo oni, jako mężczyźni, są pozbawieni mózgów, nie są zatem w stanie zrozumieć nawet najprostszych rzeczy i ona musi im je wbijać do łbów zakutych, bez jakiejkolwiek nadziei na utrwalenie wiedzy. Tu śmiał odezwać się jeden z pokornie wsłuchujących się  w głos swojej "władczyni" i rzekł takoż, aczkolwiek raczej cicho i nieśmiało:
A twój mąż, to co na to, że mózgu nie posiada?

Tu nie wytrzymałam ja, wtrąciłam się natychmiast mówiąc:
A wiesz, jej mąż, to na to nic, bo przecież mózgu nie ma, więc do niego ta radosna wiadomość dotrzeć nijak nie może.

Koledzy roześmieli się radosnym chórem i ogólna wesołość zapanowała w pokoju i okolicy.

Podobne żarty zastosowane w odniesieniu do niektórych osobników, bez względu na ich płeć, owocują obrazą majestatu, niestety... Jakby te żarty umniejszały poczucie godności, czy jakoś tak?
Dzisiaj jeden taki napełnił się żalem do mnie. Chyba rozpędziłam się i przeholowałam cokolwieczek w tych złośliwostkach niewinnych. Moim zdaniem, oczywiście, niewinnych. Nie jego zdaniem, tego osobnika. Cóż, nie pozostaje mi nic innego, jak uważać w przyszłości, co do niego mówię. Postanowiłam także, że starannie będę omijać w rozmowie z nim wszystkie radosne tematy, koncentrując się wyłącznie na tych o wadze ciężkiej.

I znowu westchnąwszy sobie, w sobie, zatęskniłam za Konstruktorem moim, za tą bratnią duszą, która nigdy, przenigdy nie wzięła sobie do serca tych naszpikowanych złośliwością, jak szynka wielkanocna goździkami, wierszyków, maili, wypowiedzi... I z rozrzewnieniem wspomniałam, ileż podobnych wredziostek było vice versa przekazanych... I jaki rogal wykwitał na mojej twarzy. Wtedy. Eh, przyjaźń... to uczucie, które potrafi przetrwać nawet rozstanie. Tak, nawet to wieczyste!

czwartek, 23 czerwca 2016

Kanikuła

Dręcząca i ogólnie zniechęcająca do czegokolwiek kanikuła. Lato jest sympatyczne, nie mówię, że nie! Ale gdy temperatura przekracza pewne wartości, staje się nieznośne. Siedzę sobie na kanapie, patrzę, jak Kohoutek spostrzegłszy, że stacja dokująca jest w zasięgu jego oczka, ciupaskiem podążył tankować energię na kolejne porządki. I tak pacze i pacze, ale on jednak fajny jest :)! Ten kohoutek.

Bieganie z odkurzaczem tradycyjnym? Gdy się mieszka na IV, a słońce prosto w okno świeci, nikt by mnie nie namówił! Okno, oczywiście, zamknięte szczelnie, roleta opuszczona, zasłonki dodatkowo zaciągnięte. Nawet da się wytrzymać, ale odkurzać? A w życiu!

A tu sobie cichutko, bez podgrzewania zbędnego, popiskiwał jeno, śmieciuszki zgarniając pod siebie. Wysprzątał aż miło. Kurczę, jakich to jednak good times dożyłam...

A i tak nawet czytać mi się nie bardzo chce. Zresztą, lektury mam nieodpowiednie do tej pory roku. Chmielewska lepiej się latem sprawdza. A Szekspir, czy Akunin? Niech poczekają do pory roku nastrajającej nieco bardziej nostalgicznie. W księgarniach pełno Jane Austin, cóż... nie przepadam za miłosnymi historiami. Kilka dni temu przeczytałam, że Kusiciel jest the best. Może... nie chciało mi się ripostować komentarza. Bo i po co? Każdy ma prawo lubić, a nawet podziwiać, co chce. Wolność upodobań. Coś bym jednak przeczytała, interesującego, porywającego. Chyba zaraz po wypłacie kopnę się do wypatrzonej księgarni, w której przyuważyłam liczne perełki ulubione. Tylko, cholerny świat, czemu książki takie drogie są? I potem narzekają, że Polacy nie czytają? W bibliotekach stały repertuar, większość czyta e-booki. Jak nauczyć bachorki, ze książka jest do przytulania, jak przytulanka pluszowa? Przytulankę można za grosz przysłowiowy nabądnąć, a książka to poważny wydatek. I często służy do jednorazowego użytku, w przeciwieństwie! Do tej przytulanki.

No, dobrze, koniec narzekań na dziś, idę przytulić pranie. Z łazienki dociera podejrzana cisza.


środa, 22 czerwca 2016

Nowy rozdział

Nowy rozdział życia. Bez Konstruktora. Bez Przyjaciela. Zawsze będzie wielką literą, bo to był prawdziwy przyjaciel, a nie taki - ot, na niby, czyli według interesu.

****************************************

Nie mieliśmy żadnego interesu w tej naszej przyjaźni.
Wczoraj, najpierw w kościele... tak, wiesz, że ja nie czuję bluesa. Ty też nie czułeś.  Ale Karolina śpiewała tak pięknie, grała równie doskonale, że jej ojciec gdzieś tam, po drugiej stronie światła, musiał być z niej bardzo dumny. A my, wszyscy bez wyjątku, zachwyceni. Na pożegnanie, na tę ostatnią drogę swoją, wyprawiono Cię przy akompaniamencie tego, co lubiłeś najbardziej. Chciałabym wiedzieć, czy się podobało? Myślę, że tak.

Będziesz spał pod dębem, starym, rozłożystym dębem. Piękny ten cmentarz, groby kryją się w cieniu. Cisza, tylko ptaki. Kochałeś ptaki. Będą ci nucić kołysanki. To miłe.

Gdy wróciliśmy, pociągnęłam za sznurek voodooludka, chciałam przegonić złe myśli.



Czy mi się udało, czy zaklęty duszek będzie teraz nade mną czuwał, w Twoim imieniu?
Zaglądaj do nas, kiedy chcesz, nie będziemy się bali. Byłeś dobrym człowiekiem, nie możesz być złym duchem.
Pamiętam, dyskutowaliśmy o zasadzie zachowania energii w przyrodzie i o duchach. Że to tylko ta energia, która się nie ma gdzie podziać. Wiem, że miałeś w sobie tej energii tak wiele, że starczy na długo. I dobrze!

Spokojnych snów, Konstruktorze!


poniedziałek, 20 czerwca 2016

Jutro

Jutro Cię złożą na wieczny spoczynek, Przyjacielu mój...
Czuję, że nie możesz się już doczekać, chcesz wreszcie ciszy i spokoju. Wszędzie Cię pełno, spadają obrazki, przychodzisz do nas w snach, zamykasz i otwierasz drzwi... gasisz zapalone na twoją intencję świece...

Piterek powiedział, że kręcisz się po naszej firmie, jakbyś sprawdzał, czy wszystko uprzątnąłeś?

Mojej Napalonej koleżance też się przyśniłeś. Komu jeszcze?

Wytrzymaj jeszcze chwilkę, do jutra.

Już czas. Widzisz? machamy ci chusteczką na pożegnanie? Może się spotkamy wkrótce, kto wie?

sobota, 18 czerwca 2016

Sen

Spałam niespokojnie, dręczyły mnie jakieś niepokojące myśli. Obudziłam się nagle, w środku nocy, z myślą, że muszę napisać Konstruktorowi, że nie żyje...On nie żyje... Bo nikt Mu pewnie nie powiedział.

Sny rządzą się własnymi, wcale nie logicznymi prawami. I bywają dołujące.

Wczoraj rozejrzałam się po służbowym pokoju. Wszędzie pełno pamiątek po Konstruktorze... Gdzie nie spojrzę, odcisnął swój ślad.

piątek, 17 czerwca 2016

Przypadek

Przypadkiem, jakimś niepojętym zrządzeniem losu, na pogrzebie Konstruktora będzie grała córka innego, też zmarłego pracownika naszej firmy.

Jeżeli coś może w dniu pogrzebu być miłe, to akurat to będzie. Dziewczyna gra pięknie, pięknie też śpiewa. Ojciec był z niej dumny. Bardzo dumny. Już grała na pogrzebie innego naszego kolegi, wiemy, co potrafi. Zagra Ave Maria Schuberta. Konstruktor lubił tę wersję, często grał ją sobie na klawiszach...

Tylu nas już ubyło. Kiedyś porwałam się na liczenie procentów. Wyszło mi, że pochowaliśmy kilkanaście procent załogi. I jakoś tak większość nie nadużyła kont ZUS... Umierali zwykle albo tuż przed, albo zaraz po osiągnięciu wieku stosownego.

Jakby śmierć dogadała się z ZUS-em...


środa, 15 czerwca 2016

Epitafium dla Przyjaciela

Tyle chciałam Ci jeszcze powiedzieć. Na tak wiele tematów porozmawiać, poskakać sobie do oczu w ferworze rozgorączkowanych dyskusji. Już nie będę miała okazji.
Przepraszam. Przepraszam za zołzowatość i moje wrodzone wredziostwo. I przepraszam Cię, Konstruktorze, za to, że tak długo brakowało mi odwagi, żeby ci powiedzieć: Tak, wiem, że umierasz. Udawałam, krążyłam i omijałam temat. Dopiero w ostatnim liście, o którym nawet nie wiem, czy go przeczytałeś...nie dowiem się już... powiedziałam ci, że teraz ważne, żeby nie bolało i trwało krótko.  Pięć dni. Tak długie w cierpieniu, a zaledwie chwila wobec wieczności...
I już. Nie odpisałeś na ostatni list. Wiedziałam, że odpowiedzi nie będzie, zastygłam w oczekiwaniu na niemożliwe.

Przeczucie. Tak, miałam przeczucie. Małpiszon z naszymi podpisami pojechał do Ciebie kilkanaście godzin wcześniej, nim udałeś się w swoją podróż do Krainy Wiecznych Snów. W nocy nie mogłam zasnąć. Ty umierałeś.

Wiesz, kochany Konstruktorze, że byłeś wyjątkowy? Czemu Ci tego nikt z nas nie mówił, gdy był czas? Myślę, że wiedziałeś! Chcę wierzyć, że wiedziałeś doskonale, jak wielu masz przyjaciół. Dokuczliwych, jak natrętne muchy, ale wiernych, jak psy.

Może nawet wiesz, jak wiele osieroconych bratnich dusz zostawiłeś za sobą, tutaj, na Ziemi.
Odpoczywaj. Teraz już możesz.






poniedziałek, 13 czerwca 2016

Gdy znów pęka serce

Mój kochany Konstruktor odchodzi. Nie wiem, jak długo to potrwa, ale sądząc z wieści - nastąpi lada chwila.

Tak bardzo smutno. Jestem przygotowana. Nie muszę widzieć, żeby wiedzieć, jak wygląda ta ostatnia droga. Mama. Przeszła przez to samo. I też myślałam tylko o jednym - żeby to było już, teraz, zaraz, gdy ja jestem blisko. Nie byłam. Był telefon. Nigdy, naprawdę nigdy nie daruje sobie, że zmęczona do granic wytrzymałości poszłam nad ranem do domu. I to się stało akurat wtedy.

Mój  Przyjaciel jest w domu, wśród bliskich. To dobrze. Nie będzie sam, gdy wyłączą światło na zawsze.

Chciałyśmy mu coś dać, co mógłby przytulić, poczuć, że oprócz rodziny ma też przyjaciół. Małpka z podpisami została dostarczona. I sms od kuriera: Ucieszyłby się, ale nie ma już świadomości.

Chciałam powiedzieć, że ma podświadomość. I fakt, że jest znieczulony morfiną, nie oznacza, że nie wie, co się dzieje. Pamiętam, rozpłakałam się przy łóżku Mamy, nie reagującej na nic, niekontaktowej po tej morfinie serwowanej co rusz, żeby nie cierpiała. Nie powstrzymałam łez...usłyszałam ciche: nie płacz. Jednak wiedziała, że jestem. Pani doktor powiedziała mi, że nikt nie wie, co chorzy słyszą, trzeba okazywać miłość, czułość. Być. Bo, nawet nie wiedząc, czują. Na pewno!

Czekam. To trudne oczekiwanie. Ale wiem, że tak musi być... Konstruktorze, nie zwlekaj. Zaśnij już.

sobota, 11 czerwca 2016

J.Chmielewska "Gwałt"

Nie wszystkie książki Chmielewskiej są naprawdę dobre. Ale "Gwałt" to jedna z perełek.  Jak "Lesio".
Oczywiście, nie jest to wiekopomne dzieło, tylko - jak to u tej autorki - coś dla rozrywki. I rozrywka gwarantowana! Uśmiałam się do łez. No, ale jak się nie śmiać, czytając uzasadnienie wyroku skazującego za rzekome popełnienie gwałtu, ogłaszane w imieniu PRL?

"nie mając doświadczenia, pojona była wódką z premedytacją bez zakąski. Oskarżony w to graj, upatrzył ją sobie, wywiózł na oddaloną daleko działkę, chociaż miało być do domu. Tam ciągał za rękę i mijał się z prawdą, że boi się psa. Uderzył ofiarę w twarz o kapustę i zakrwawił. Okłamał o furtce, że zamknięta, a była otwarta, przez to zaciągnął ją do piwnicy. Pokrzywdzona krzyczała i od początku odmawiała zgody na stosunek cielesny aż spuchła..."

i kawałek dalej, z tegoż uzasadnienia wyroku:

"trzymając ją silnie za ręce, zdjął swoje spodnie i zmusił pokrzywdzoną zdjąć dolną garderobę bez swetra bo było zimno. O przemocy świadczy, że urwał guzik. Jest to dowód rzeczowy w posiadaniu sądu. "

Dość powiedzieć jeszcze, że oskarżony o gwałt - wedle tego uzasadnienia - odwiózł pokrzywdzoną do domu taksówką.

I tak jest od początku do końca książki. Okulary też miałam mokre od łez.


Jeszcze głośniej śmiałam się czytając historię innego gwałtu:

" ofiara miała 47 mocno zaniedbanych lat i wracała do domu po pracy z zakupami. Napadł ją straszny bandzior, jako gwałciciel całkiem sprawny, i właściwie nie żywiła do niego żadnego żalu. Wcale by go nie oskarżyła, gdyby nie to, że wśród zakupów znajdowało się 2 kilo kiełbasy, które napastnik zeżarł...
- w trakcie gwałtu? - zdziwił się mecenas."

Nie chce mi się cytować więcej, ważne, że mąż pokrzywdzonej rwał się do bicia żony, z powodu tej kiełbasy, która przepadła i dowiedziawszy się o gwałcie, popędził na  milicję, domagając się stanowczo schwytania bandyty i zwrotu rzeczonej kiełbasy w ilości zakupionej przez pokrzywdzoną, czyli 2 kilo.

I zaskoczyło mnie teraz, że to, co dla mnie dzisiaj jest zabawne, wcale zabawne nie było. W czasach zamierzchłych, socjalistycznego dobrobytu znaczy.

Wyroki skazujące, na życzenie aparatczyków, bo trzeba było ukryć partyjne świństewka. Sędziowie, którzy nie byli niezawiśli, bo mianowani przez władzę. Mało tego, bywali awansowani ze stanowisk woźnego sądowego do rangi sędziego. Bo ktoś komuś coś, za coś.

I jeszcze pomyślałam, że "Gwałt" trafił mi się w czasie, gdy trwa w kraju walka o niezawisłe sądownictwo. Zdobycz RP. Walka o Trybunał Konstytucyjny. Są tacy, którym marzy się powrót do tamtej epoki. Czy niektórych z nas czeka powtórka z rozrywki? Młodzi, zanim oprzytomnieją, obudzą się w innym świecie. Trochę czasu minie, zanim zrozumieją, że ten nowy świat im się wcale nie podoba...

Polak mądry po szkodzie? Czy też: Polak sobie nową przypowiastkę kupi, że i przed szkodą i po szkodzie głupi?




piątek, 10 czerwca 2016

Przebieranki

Poczyniłam spostrzeżenie. Dla mnie niezwykle ciekawe. W dyskusji na temat crossdressingu jakaś kobieta napisała, że straciła całkowicie zainteresowanie wyjątkowo przystojnym chłopakiem, gdy zobaczyła go w obcisłej sukience i makijażu. Mimo, że ta przebieranka była autorstwa koleżanek, po studenckiej imprezie. Mocno zakrapianej trunkami odbierającymi świadomość.

I napisała, że to instynkt, taka reakcja. Być może, ale mam wątpliwości. 

Kupiłam perukę, prześliczną, różowiuchną. Zawlokłam toto do firmy. Głupie pomysły miewam i ja i moje przesympatyczne koleżanki. Był kapelusz czarownicy, miały być jakieś super focie incognito. 

Jakoś tak samo się zrobiło, że w tej peruce obfotografowano wszystkich kolegów, z dyrektorem włącznie. Prezes jeno darowane miał, ale pewnie tylko z powodu, że akurat nieobecnością świecił.  
I powstała galeria pamiątkowa coś tak z dziesięciu chłopa z krwi i kości. 
Ale na tym zdjęciu, to głowę daję, że kto nie wie, to połowę z nich weźmie za kobiety. Szczególnie zważywszy, że panowie wczuli się w role i w kadrach ujęte zostały trzepotania rzęskami, inne takie, podkreślające seksapil  różowowłosych lasek.

I żaden nie stracił nic ze swojej męskości. Stuprocentowi faceci bawili się świetnie, a dokuczanie na temat wyjątkowej słodyczy buziaczków uwiecznionych na wielu zdjęciach trwa już od zimy. I nikogo to nie obraża, nie deprecjonuje. 

Bo to jest jakoś tak, że facet może być samcem w dowolnym stroju. Podobnie jak kobieta, która w zbyt obszernej, skrywającej kształty, męskiej koszuli może być kokieteryjna i kobieca. Wszystko zależy od tego, jak, a nie co się na sobie nosi.

Męskość, kobiecość, to nie są "widoczki", tylko cechy usposobienia, naturalne, kształtujące indywidualne widzenie świata. 

Tym bardziej zdziwiło mnie, że kobiety w dobie powszechnego zniewieścienia mężczyzn, swoim przekornym zwyczajem szukają partnera macho, ale w charakterze niańki do dziecka, zmywarki, kucharki, prasowaczki, etc... Nie, moje panie, albo macho, albo Maryśka. Chcecie stłumić męskość, to akceptujcie także babskie ciuchy. Ktoś mężczyzną być musi, pora na was, drogie panie.

czwartek, 9 czerwca 2016

Urlopik

Malutki. Czterodniowy urlopik. Od pracy zawodowej, nie domowej. Domowej, to wręcz przeciwnie. Rozejrzałam się okiem jednym po mieszkanku, omiotłam pobieżnie wzrokiem kąty, konstatując ze zgrozą, że omiatanie niezbędne jest, ale w wersji hardcorowej. Krótko mówiąc - wszystko rośnie, a jeżeli nawet nie rośnie, to ma gdzie, bo podłoże jest przygotowane.

Pomyślałam sobie, że Maryśka, to jest to! Maryśka, która uwolni od wyprysków na sumieniu, że zaniedbuję. Bo- zaniedbuję...

Chwilowo jednak Maryśki brak, więc zakasanie rękawów mnie nie ominie. Niby w ramach wypoczynku urlopowego tu i ówdzie przejaśniało jakby, ale przy okazji ujawniły się kolejne cele zakasania.

Kohoutek wypucowany, suszy się. W garnku bąbluje zupka. A ja piszę i rozmyślam nad kolejnością zakasywania. I zdecydować nie mogę jakoś, co priorytetowo potraktować?

A w ogóle, to po jaką cholerę mi taki urlop? Pan Monsz przebywając na urlopie, budzonym przeze mnie nie był o bladym świcie. Nawet nie to, że mnie on budzi, nie! Tyle, że nie budzi sam siebie nawet. Zatem ja muszę obudzić jego. I wstaję, jak co dzień, o 4:00... Szykuję to śniadanko, kawusię, przyodziewek. Gdy już wyekspediuję  ku "katorżniczej" pracy, to zaraz wstanie drugi wrzód na d...

I tak marzenia o wyspaniu się przepadają w moim niedostatku uczuć asertywnych. Bo wiem, że ostatecznie mogłabym szturchnąć łokciem, albo i zepchnąć nogą z łóżka o właściwej porze. Mogłabym też nie szturchać wcale. W końcu jestem na urlopie i  wstawać nie muszę o godzinie, której wielu nie ma w ogóle na zegarku. A jeżeli ma, to jest to raczej godzina powrotu, niż pobudki.

Tak... asertywność... piękna sprawa, szkoda, że mi obca.

Zanim się rozpędzę na dobre, odnotuję sobie pokątnie, że skończywszy lekturę "Byczków w pomidorach" Chmielewskiej, uczuć mieszanych pełna jestem. Czytało się lekko, łatwo i w ogólności sympatycznie, ale jakoś tak - z podkładem myśli wszelakich, aczkolwiek nie związanych z tematem książki bezpośrednio.

W kontekście ostatnich zawirowań politycznych, zafundowanych ogółowi przez pi razy oko ćwierć narodu sobie rozmyślałam. Obrazki socjalistyczne zalęgły mi się pod powiekami, wygarnięte skądś, niechciane. Sprawiedliwe w mniemaniu polityków niemanie niczego. Znakomita większość narodu nie miała nic, ale owo NIC rozdzielone sprawiedliwie i zgodnie z prawem. Obowiązującym i dopasowanym stosownie do zamierzeń.

Skumbrie w tomacie. Byczki w pomidorach. Paprykarz szczeciński i konserwa turystyczna.

I siedzą sobie ci Polacy w Danii, wygodnie bardzo, przy szampanie, wcale nie sowietskoje igristoje, wyśmiewając byczki. W pomidorach. Bo tam łatwo wyśmiewać...

I pomyślało mi się, że autorka zapomniała, że w tym naszym, dzikim kraju, ludzie wyboru nie mieli. Niektórzy, to i owszem, ale większość nie! Większość nie miała nawet cienia szansy na wyjazd do Danii, ba dokądkolwiek za granicę. Pani Chmielewska miała, jej przyjaciele też. Czy te książki pisała żeby czytelnicy dokładniej, jak pod lupą, widzieli jak bardzo ich egzystencja różni się od tej, charakterystycznej dla bloku wschodniego? Kaszanka, pasztetowa - rarytasy!

Wszystko się zmieniło. Sklepy pełne towarów. W TV płaczą "biedacy" potrzebujący wsparcia od widzów. Bo im ciężko. Płaczą na tle nowiutkich mebli, siedząc na mięciutkich kanapach. Nie starcza im na nic, podobno. Płaczą, bo im ukradli samochód, a tymże pojazdem wożono chorego na rehabilitację. Ukradli samochód? Hmmm... Było co kraść w takim razie.

Nic to, wkrótce znowu nie będzie. Czego kraść. Najwyraźniej jednak takie prawo i sprawiedliwość obywatele wolą. Wolą, gdy okrada ich majestat prawa.



poniedziałek, 6 czerwca 2016

Garstka

Ja wiem, że można skompresować plik z mega do kilobajtów, ale żeby TV narodowej udało się skompresować ludków maszerujących 4 czerwca i zajmujących główną arterię stolicy, jak długa i szeroka, do zaledwie 2,5 tysiąca łebków, to doprawdy niesamowite!

Ciekawe, że gdy niewielka grupa demonstruje na zlecenie jedynej prawomyślnej, to ulega rozmnożeniu, jak drożdże.

środa, 1 czerwca 2016

36%

Takim poparciem cieszy się PiS w ostatnim sondażu CBOS.

Tak, wiem, zaraz podniosą się głosy, że to naciągane. Nie. Nie naciągane, prawdziwe.
I smutne. Chociaż wcale nie zaskakujące. Jedni już dostali jałmużnę, drudzy są przy nadziei.

Poparcie rośnie. I myślę, że ta tendencja wzrostowa się utrzyma. Jakoś nie słyszałam, żeby ktoś się wzbraniał, gdy mu coś za darmo dają. Może dlatego ja nie popieram, bo rozumiem, że to dawanie odbywa się jedną ręką, podczas gdy druga wyciąga z kieszeni obdarowanego jeszcze więcej. Głupota ludzka granic wszakże żadnych nie ma, więc naiwnych nie brakuje.

I tak się ta naiwność rozlała na społeczeństwo, że nawet nie widzi, jak bardzo populistyczne działania ta władza podejmuje. Konsekwencje rozdawnictwa powinny być łatwe do przewidzenia, ale kogo to obchodzi?!

Wczoraj ogłosili już, że do rachunku za energię doliczą nam w sumie w roku około 300zł. To dopiero początek... Będzie więcej rozrywki. Pielęgniarki maja dostać po 400zł średniej podwyżki płac, a skoro nawet na to 500+ już brakuje pieniędzy, to wiadomo, kto się złoży. Wszyscy! Co cieszyłoby mnie, bo gdy ktoś pcha się w paszczę lwa z własnej nieprzymuszonej woli, to mi go wcale nie żal. Ale, gdy ciągnie za sobą tych, którzy tego robić nie chcą, to cieszyć się ma z czego, prawda?

Coraz więcej znajomych myśli o emigracji. I ja też.