wtorek, 3 maja 2016

S.J. Watson "Drugie życie"

Znakomicie napisana książka. Na dodatek, podobnie jak u Robina Cooka, aktualna aż zanadto. Epoka cyfrowa w całej swojej, obrzydliwie natrętnej okazałości.

Abstrahując od intrygi, którą autor rozwija wyjątkowo dynamicznie, jak przystało w czasach, gdy pośpiech zdominował wszystkie dziedziny naszego życia, zdumiewa mnie czysta prawda, zawarta w tej powieści. Prawda o nas, o ludziach, którzy mają wszystko i którym to nie wystarcza. Obnażone pragnienie, by mieć więcej, albo inaczej, albo... intrygująco pierwotnie.

Czy jesteśmy zmęczeni komfortem, łatwością, z jaką możemy przemieszczać się, kontaktować z innymi? Dzięki wynalazkom końca ubiegłego wieku, będąc na końcu świata niemalże, możemy widzieć i słyszeć siebie nawzajem. Wystarczy otworzyć komputer.

Portale społecznościowe, serwisy randkowe, czaty, Facebook, GG, czy Skype? To tylko mały wycinek tego, co oferuje nam globalna sieć. Kusi. I mami.

Jedno zdanie z książki, którego nie będę cytować, ale odnotuję jego sens, niezwykle wymowny i adekwatny do status quo:

Każdy z nas nosi maskę. Chcemy, by inni widzieli nas takimi, jakimi chcielibyśmy być tu i teraz. Nie znaczy to, że jutro, za chwilę, kiedyś, nie będziemy nosili innej maski. Zakładamy zawsze najodpowiedniejszą do okoliczności i oczekiwań innych.

Spoza maski nie widać nas. Nie widać prawdziwych nas.

W sieci każdy może być tym, kim zechce. Przebierać się w dowolny kostium. To niebezpieczne. Dla innych, którzy nas nie znają, nic o nas nie wiedzą. Tworzymy dla nich obraz taki, jaki chcemy. Tak łatwo jest oszukiwać. A tak chętnie nasza wyobraźnia uczepia się tego fałszywego obrazu. To podobnie, jak z celebrytką, której zdjęcie na okładce mówi nam: widzisz, jestem taka piękna, nieskazitelna, jak Venus, wyłaniająca się z morskiej piany. Celebrytka rano, gdy stoi przed lustrem jest wcale nie piękniejsza od większości z nas. Lustro nie jest z reguły wyposażone w Photo Shopa, ani nie wychyli się z niego wizażystka, fryzjer i gromada innych speców od image! Celebrytka wygląda w nim, jak wypłosz, jak każda kobieta, gdy wstaje rano zaspana, rozczochrana, bez makijażu i całej tej otoczki "na piękność".

I tak jest w sieci. Tu, z miejsca wróciłam myślami do A.J. Gabryela, czy raczej kogoś, kto kryje się za tym pseudonimem. Troszkę wgryzłam się w jego wypowiedzi tu i tam. Intrygujący jest, fakt! On się bawi znakomicie, prawdopodobnie fantazjując i ubierając w słowa swoje imaginacje. Kim jest? Nie mam pojęcia. Może, podobnie, jak Watson, albo Irving kimś innym z zawodu, a pisanie to jego druga, może większa pasja? Nie wiem.
Dlaczego wciąż wracam myślami, w różnych kontekstach do tego akurat autora, to akurat wiem. Przede wszystkim to zdanie z Faceta na telefon: Nikt nie jest tym, za kogo uważają go inni. Jakby sam ostrzegał swoich czytelników przed szufladkowaniem go. Nic nie osiągnął, czytelniczki swoje wiedzą i wiedzą lepiej. Ale mnie najbardziej zastanawia, czemu ja jestem odporna na treść jego pisarskich popełnień? Zimna jakaś jestem, czy jak? Pewnie tak. Czemu, jak bohaterka "Drugiego życia" nie tracę z oczu realnego świata, nie daję się porwać emocjom? Może jestem po prostu realistką, albo nie ma we mnie wystarczająco dużo seksualności, czy czegoś podobnego... A może jest we mnie mnóstwo niespełnionych marzeń, pragnień, niepokojących i niegrzecznych, tylko ja jestem ciut zaskorupiona, o, to pewnie bliższe prawdy jest. Zresztą, czy to takie istotne - dlaczego coś się dzieje, albo nie dzieje? Nie będę teraz dumać nad przyczynami. Nie wzruszają mnie sceny erotyczne, nie pobudzają we mnie żadnych ośrodków. I tyle. I nigdy nie opuszcza mnie świadomość, że ludzie spotykani w sieci, to przeważnie nie są żywe, prawdziwe istoty, tylko te maski. A pod maskami może kryć się wszystko. I każdy. Pedofil. Erotoman. Albo inny amator kwaśnych jabłek. Trzeba być ostrożnym. I nie uruchamiać wyobraźni, żeby nie wpaść we własne sidła.

Julia, która wskutek doskonale zaplanowanej intrygi, daje się zwieść wirtualnemu światu pozorów, wpada w matnię, z której się już nie wydostanie. Nigdy. Zdrada małżeńska, podwójne życie, wyrzuty sumienia, to wydaje się być najmniejszym złem. Gdyby to był jedynie spontaniczny skok w bok, pewnie nie byłoby problemu.

Podstawy naszych indywidualnych, prywatnych światów, są wyjątkowo kruche.  Zbyt często te światy się walą, zbyt łatwo.

Ale skutek wirtualnych, a przeniesionych w realia emocji Julii, dopiero, gdy dobrniemy do końca lektury staje się dla nas widoczny. Świadomość totalnej destrukcji jest dla Julii objawieniem, które najwyraźniej spóźniło się na umówione spotkanie.

Naprawdę warto przeczytać, choćby zapobiegawczo, bo któż wie co w nas samych drzemie? Książka będąca przestrogą dla tych, którzy czasami zapominają o granicy pomiędzy rzeczywistością i wyobraźnią. Czasem trzeba postawić wzdłuż niej mur, lepszy guz, niż the end.

2 komentarze:

katy:-* pisze...

Książka warta przeczytania. Melduję Agrafko lektura zaliczona.
Dobrze mieć świadomość tych zagrożeń, tych o których jest w książce mowa.
Nasz zwariowany pęd, ciągły brak czasu, dążenie do tajemniczości, łatwa ufność, pragnienie przygody na podłożu potwierdzenia swojej niezwykłości, przeżycia czegoś, by się wydawało niesamowitego. Tylko, że tam na końcu jest jedna niewiadoma. A świat wirtualny doskonale wpasował się w zaspokajanie naszej iluzji i fantazji.
Ciekawi mnie, ile na świecie jest takich lub zbliżonych nieszczęść. Pewnie dość sporo.

agrafka pisze...

Prawda, że znakomita, Katy? Kończę drugą, debiut tego autora. I już się zastanawiam, która jest lepsza? Niesamowity pisarz! Gorzej, Katy, bo wypatrzyłam księgarnię, w której jest więcej książek, o których marzę. Każda, to kilkadziesiąt złotych...a na dodatek już nawet w firmie brakuje miejsca na moje książki. Ale co tam! :) to i tak nie jest najgorszy nałóg!