środa, 11 maja 2016

Małe tęsknoty

Świt. Jadę do pracy. Uchyliłam okno. Wiatr przyniósł woń świeżo rozkwitłego bzu. Obudził we mnie skrywaną głęboko tęsknotę za zapachami mojego dzieciństwa. Maj. I dziadek, który o świcie ścinał w ogrodzie, wilgotny od porannej rosy bez. I słodki aromat liliowych kwiatuszków rozlewał się po całym domeczku...Eh... wspomnienia...Muszę znowu zajrzeć do starych postów, ile ich było w tym cyklu "Zapachy dzieciństwa"? Dwanaście, czy może więcej? Już nie pamiętam.

Wiosną nostalgia dopada mnie wyjątkowo często i boleśnie. Zastanawiam się - dlaczego akurat o tej porze? Może dlatego, że wiosna pachnie dzieciństwem? Albo na odwrót, to dzieciństwo ma dla mnie zapach wiosny. Miało. Troski ot, tycie. Właściwie żadne. A ciekawość świata nie do zaspokojenia. Tyle się działo... Ogród dziadkowy dosłownie pęczniał w oczach. Wszystkie rośliny małe i duże rozpychały się łokciami, walcząc o palmę pierwszeństwa. Brzozy, przy pompie suszyły swoje długie włosy na wietrze, po kąpieli w majowym deszczu. Ciepłym i ożywczym. Mama zbierała deszczówkę i myła nam w niej krótko strzyżone czuprynki. My też pachniałyśmy potem deszczem i szarym mydłem. I octem, bo do płukania dodawano octu. Darłam się wniebogłosy przy tym płukaniu, bo zawsze, ale to zawsze jakoś ta kwaśna woda dostawała się do oczu. Mimo, że zaciskałam powieki, jak tylko potrafiłam. A może nie zaciskałam, nie pamiętam już...

Bzy rosły wszędzie. Niektóre były ogromne, wysokie, jak dziadkowy, piętrowy, pomalowany na zielono domeczek. I liszki rogate, olbrzymie, które złośliwie spadały na nas, gdy przechodziliśmy przez zielona wrota wierzby, zamiatającej pędami schodki...dzisiaj nikt nie kocha ani brzóz, ani tym bardziej zielonych wierzb. Bo śmiecą jesienią. Prawda, śmiecą, ale nie ma wiosną piękniejszych, bardziej przytulnych drzew. Brzoza koi smuteczki, leczy udręczone ciało, trzeba się tylko do niej przytulać, obejmować ją, jak kochankę. Odwzajemni uczucie na pewno!

A wierzby... może mniej przytulaśne, ale równie piękne, powykrzywiane, pochylone, nieczesane włosy zapraszają gestem: chodź, skryj się pod moją koroną! Mam dla ciebie cień i ciszę. Nikt cię  tu nie będzie niepokoił.

Dziadku, tak bym chciała, żebyś choć raz jeszcze ściął dla mnie gałązki bzu...żebym mogła zanurzyć twarz w kiści pachnącej tak słodko, tak odurzająco, że w głowie zamiast mózgu gnieżdżą się słowiki.

Mamuś, a ty przypnij mi tę pachnącą różyczkę do sukienki. Obiecuję, że tym razem nie ruszę się z miejsca, nawet pójdę do tego kościoła, gdy to konieczne, tylko weź mnie za rękę i bądź. Wszyscy po prostu bądźcie blisko.

Tak smutno mi bez Was, życie już nie pachnie wiosną, nawet w maju.
*************************
I znowu wydałam ostatni grosz na książkę.  Kupiłam "Zanim zasnę", Watsona. Była też druga, Donny Tartt, ale udało mi się powstrzymać. Z trudem co prawda, z wielkim trudem i bólem. Jeszcze nie czytam, odłożyłam sobie na weekend, oczekiwanie na lekturę też jest pełne emocji. Muszę zatopić się w lekturze, bo otaczająca mnie rzeczywistość coraz mniej mi się podoba.

Brak komentarzy: