piątek, 6 maja 2016

Kwanty, struny i fraktale

Czym jest czas? Tyle teorii, nie wiem, która jest mi najbliższa? Czy to film, podzielony na kadry, plasterki, z których każdy to jedynie migawka, chwila zatrzymana w kadrze? czy możliwe jest, że istnieję jednocześnie, w różnych wymiarach, że jestem jednocześnie niemowlęciem i staruszką? A wszystko zależy jedynie od punktu odniesienia? Czy deja vu, to świadectwo tego, że czas jest kwantowy? Albo, że w ogóle nie istnieje jako miara czegokolwiek, a jest jedynie tworem naszej wyobraźni, naszego umysłu?

Ja sobie wyobrażam czas jako wstęgę Mobiusa, po której odbywa się podróż... jak nie kończąca się opowieść. Rondo, pętla, która się zamyka, a my wędrujemy wraz z nim, nie wiedząc, że nie ma góry, ani dołu. Nie ma kierunku, ani żadnego punktu odniesienia. Wędrujemy po powierzchni tej wstęgi, by w jakimś momencie stwierdzić, że jesteśmy pod spodem? Nie, na wstędze Mobiusa, to jest niemożliwe! Wyobrażam też sobie, że Wszechświat jest jak butelka Kleina, a my, przekonani, że jesteśmy wewnątrz, nie mamy pojęcia, że wewnątrz i zewnątrz to jedno i to samo. I, tak, jak nie wiemy, że idąc do przodu, w gruncie rzeczy zmierzamy też  do tyłu, kręcimy się w tej pętli czasu, tak nie zdajemy sobie sprawy z tego, że nie ma w ogóle nas, a przynajmniej akurat tu i teraz. Bo nie ma ani tu, ani teraz... I te, nasze kwanty wyobrażeń o własnym, osobistym istnieniu, mieszają się, zazębiają z innymi, tworząc najcudowniejsze struktury - fraktale.

Eh, jakby to było cudownie rozumieć Wszechświat w całej jego potędze, rozumieć czas i rozumieć siebie...

Brak komentarzy: