piątek, 27 maja 2016

Google i prawa autorskie

Wojna o prawa autorskie. Google digitalizuje miliony książek, udostępniając je w wyszukiwarce. Autorzy masowo protestują. W zasadzie mają rację.
Google przejmuje kontrolę nad naszym życiem. Sama chciałam dołączyć do Google+, ale na szczęście zauważyłam, z czym to się wiąże. Google+, to utrata resztki, i tak już niewielkiej, anonimowości. To jest tak, jak otworzyć na oścież wszystkie drzwi i położyć się spać, zażywszy wprzód silny środek nasenny. Każdy, kto zechce, może splądrować nasze mieszkanie, przetrząsnąć szuflady, kąty, obejrzeć nasze pamiątki.

Czy ja tego pragnę? Nie. Potrzebny mi margines bezpieczeństwa, coś takiego, jak bikini - niby zakrywa niewiele, ale jednak nie czujemy się do końca nadzy. Zamiast spaceru gołą plażą, wolę jednak spacerować dziką plażą. W przyodziewku.

Jednak kopiowanie książek i udostępnianie ich w Internecie budzi we mnie mieszane uczucia. Przypomina mi "Obłok Magellana" S. Lema. Futurystyczne wizje tego autora. Świat, w którym każdy dostaje to, czego w danej chwili potrzebuje. Niczego się nie kupuje, bo obowiązuje zasada "każdemu według potrzeb". Pamiętam - czytałam tę powieść w czasach, gdy globalnej sieci nie było, a o komputerach wiedzieliśmy tyle, że ich język opiera się na systemie zero-jedynkowym. Bo w szkole krótko wspomniano nam tylko o języku Algol, a nie każdy z nas posiadał nawet zwykły kalkulator. Komputer był czymś, czego nawet nie znaliśmy. A jest takim wspaniałym narzędziem, bez którego dzisiaj trudno wyobrazić sobie świat.

Wyobraźnia Lema wybiegała daleko w przyszłość, a pomysł, że będziemy taką międzynarodową wspólnotą, obywatelami świata, podobał mi się, ale podeszłam do niego dosyć sceptycznie. Według Lema, wszystkie dzieła, jakie stworzył człowiek będą dostępne w wersji cyfrowej, to jasne, ale dla każdego, w dowolnym momencie. Kiedy będzie miał na to ochotę. Domy, praca, żywność, ubrania - będą na życzenie. Nie będzie biedaków, bezdomnych, głodujących. Wspaniała perspektywa, fakt!

Tylko nierealna. I ta książka jest o tym, że człowiek potrzebuje czegoś nieprzewidywalnego, nadzwyczajnego, łaknie swobody wyboru i nie oczekuje w gruncie rzeczy, że spełnią się jego wszystkie marzenia. Człowiek, który ma zbyt wiele, jest nieszczęśliwy. Świat, który zaspokaja wszystkie ludzkie potrzeby, jest przerażający i okrutny. Tak przerażający, że wielu doprowadza do obłędu. Są tacy, którzy wolą umrzeć, niż żyć w idealnym otoczeniu, przypominającym, komfortowe wprawdzie, ale jednak tylko więzienie... Więzienie pozbawione krat i strażników.

Kto jednak dzisiaj czytuje Lema? Kogo bawi np. "Powtórka"? Konstruktorzy Trurl i Klapaucjusz?
Czy jest jeszcze ktoś, poza mną, zaintrygowany pomysłem stworzenia świata lepszego, niż ten, który znamy? Pewnie niewielu.
Lem, to jeden z tych, których umieściłam w swoim, prywatnym całkiem, panteonie WIELKICH LUDZI, KTÓRZY ZMIENILI MÓJ ŚWIAT.





środa, 25 maja 2016

Demonstracje KOD

Jak rozwiązać problem z demonstracjami, które są solą w oku obecnej władzy? Sposób jest bardzo prosty - zarządzić 4 czerwca dzień roboczy.
Same korzyści! Policja z liczeniem uczestników może mieć przecież problemy, więc, gdy wszyscy przyjdą do pracy, to jakoś wspólnymi siłami się doliczą do tych 40 tysięcy, prawda? Bo powyżej 40 tysięcy, to już matematyka nie przewiduje żadnych liczb. Inne służby, uziemione w swoich zakładach pracy, udziału wziąć ewentualnego nie będą mogły. Może więc ta ciżba do przeliczenia spadnie poniżej tych 40 tysięcy, kto wie?

A może członkini PiS z odzysku, czyli pani BK, zaproponuje ustawowy zapis o następującym brzmieniu:
"1. W tygodniu, w którym przypada demonstracja organizowana przez KOD lub inną, dowolną partię opozycyjną, dzień wyznaczony na te demonstrację jest dniem roboczym we wszystkich instytucjach i innych zakładach pracy.
  2.  Jeżeli demonstracja organizowana jest przez partię PiS, dzień, w którym odbywać się będzie demonstracja, jest dniem ustawowo wolnym od pracy."

I będzie po sprawie.

piątek, 20 maja 2016

Jędzą być

Spotkało mnie coś niezwykle sympatycznego tak bardzo, że rogal na buzi trzyma się już 5 dni, mimo intensywnych zabiegów polityków.

Od moich najmilszych koleżanek dostałam cud urody miotłę czarownicy, koszulkę z ekstra napisem:
"JESTEM JĘDZĄ I DOBRZE MI Z TYM", a na potwierdzenie komisyjnie podpisany przez wszystkich Certyfikat Jędzy.

Wszyscy w wielkim napięciu czekali, aż otworzę paczuszkę z koszulką, bo miotłę wreczono mi w charakterze tak zwanego "warzywka", czyli kwiatka. Kolega wręczył, jako jedyny lokalnie zasiadający rodzynek.

Gdyby nie to, że miałam na nogach szpilki, podskoczyłabym z radości wysoko :). Ale łzy zakręciły mi się w oczach, a nie były to łzy smutku! Wydusiłam z siebie w końcu, że takiej przyjemności nikt mi dotychczas nie zrobił żadnym prezentem.

Oczywiście, nie omieszkałam pochwalić się tymi prezentami wszystkim pozostałym pracownikom firmy. I, ciekawa sprawa, nikt jakoś nie rwał się zaprzeczać! Że skądże, że absolutnie nieprawda, żem jędzą!

Zatem doszłam do wniosku, że jędzą być mi trzeba, skoro za nią i tak wszyscy mnie uważają. Domalowałam sobie na koszulce autoportret, kota i miotłę odrzutową, co to chwilowo napędu jonowego nie posiada, ale gdy tylko Wielki Konstruktor znajdzie czas i siłę, to uzupełnioną o ten brakujący napęd zostanie w mig.

A ja udam się edukacją czarodziejską uzupełnić, a potem spróbuję eliksirem z łajna nietoperzy co nieco temu i owemu zaszkodzić. Politykowi.

Dzienniczek obywatelski (rozpacz)

Mam w głębokim poważaniu PO. PSL- nawet wspominać nie mam ochoty. Kukiz? Dno.

Ale tego, jak się wstydzę tego, co robi obecny rząd, to ja nawet wyrazić nie umiem...

Wojna z resztą świata? A wszystko na kiwnięcie palcem jednego paranoika. Boję się myśleć, jakie czekają nas reperkusje, jakie koszty poniesiemy? Czy damy radę się dźwignąć? Potem? Potem może nie zostać już nic do dźwignięcia.

Nawet Papieża nie szanują, nikogo. Czuję się jak śmieć. Jestem obywatelką państwa, które znamiona państwowości traci, niczym drzewo liście jesienią.

Chciałoby się krzyczeć: Ratunku!!!! Tylko kto na ratunek przybęcie?

Ja wiem, że naród ma to, na co zasłużył sobie, ale nie czuję, że ja sobie na to zasłużyłam, naprawdę nie czuję! Najgorsze, że nigdy w życiu nie czułam do nikogo nienawiści, a teraz to się zmienia.

Czarna rozpacz, to delikatne określenie na stan mojego ducha.
SUWERENNOŚĆ??? Pani Premier, czy pani w ogóle wie, o czym mówi?

środa, 18 maja 2016

Zanim zasnę (2)

Skończyłam czytanie w niedzielę, ale trudno mi było zebrać myśli. A musiałam przetrawić i przemyśleć.

Książka napisana świetnie. Akcja rozwija się dynamicznie, autor po kropelce wsącza w nas napięcie.
Aż do kulminacji. I po tej eksplozji grozy, emocje zostają z nam na długo po zamknięciu książki. Bo, podobnie, jak w "Drugim życiu", Watson zawiesza głos, pozwalając nam snuć domysły na temat tego, co mogło wydarzyć się dalej? Czy bohaterka odzyska równowagę pamięci? Czy już do końca będzie szukać siebie, uczyć się każdego dnia od nowa?

Dobry pisarz, świetne pióro, jedno tylko mnie uwiera u Watsona... czemu tak koncentruje się na zdradzie kobiety? Czyżby był szowinistą? W Drugim życiu pojawia się wprawdzie wzmianka o jednorazowej zdradzie  ze strony męża, ale zbagatelizowana, zmarginalizowana, nawet przez żonę.

Druga książka o konsekwencjach niewierności małżeńskiej kobiet nie może być przypadkowa.

Właściwie nie wiem, czy Watson napisał jeszcze coś. Jeżeli tak, to muszę przeczytać, żeby znaleźć potwierdzenie albo zaprzeczenie.

A filmu, to chyba nie chciałabym oglądać. Nie lubię naruszać swoich wyobrażeń dotyczących książek.




niedziela, 15 maja 2016

Zimna Zośka

Oj, dała się we znaki, dała! Nie dosyć, że wyziębiła, to jeszcze przewietrzyła z całą mocą. Poszłam sobie pogadać z Rodzicami, znaczy na cmentarz. Kurteczkę przyodziawszy skórzaną, ramoneskę, wysiedziałam ledwie kwadrans, obawiając się, że nie oderwę się od ławeczki, o ile zostanę jeszcze 5 minut. Słońce próbowało ogrzać atmosferę, ale Zośka uparła się, że figa z tego będzie. A jak ona się uprze, to nie ma przeproś!

Dostałam od chłopaków swoich prezent. A właściwie dwa. Pachnącą, rzeźbioną świecę w stylu retro i... no, właśnie - i? Bardzo przydatne pudełeczko na różne różności, jak w książeczce o Winnie the Pooh :)

Pięknie podziękowałam, dodając, że moja kochana Mama miała takie. Na co latorośl, która nabywała owe upominki osobiście, odpowiedziała mi tak:
- No i tylko dlatego, że babcia takie miała, ty teraz dostałaś to!

I to mnie wzruszyło do łez, a jeszcze bardziej rozbawiło. Mówię ci ja do Pana Monsza zatem tymi oto słowy:
- Widzisz... i to jest dowód namacalny, że babcia ważniejszą osobą w życiu dziecka jest, niż matka.

I potem się zamyśliłam, że właściwie to nie wiem, czy powinnam się cieszyć, czy na odwrót?
Doszłam do wniosku, że jednak się cieszę, bo to znaczy, że chyba nie wychowałam najgorzej tego ludzia...skoro pamięta do dziś, co babcia miała, co lubiła. Mam w domu całą kolekcję pamiątek po rodzicach, bo Pijawka je zagarnął pod hasłem: To było Babci, a to było Dziadka. I, czy ci się to podoba, czy nie lubisz takich rzeczy, to ma tutaj wisieć, stać, dekorować. Bo to są pamiątki.

Czasami jestem z Pijawki dumna, chociaż zwykle doprowadza mnie do szału.

sobota, 14 maja 2016

S.J. Watson, Zanim zasnę

Czytam. Niesamowita jest. Kolejna książka, którą przytulam i głaszczę. Sam pomysł jest rewelacyjny - życie bez wspomnień, Amnezja totalna, każdy dzień jest poszukiwaniem własnej tożsamości. Perfekcyjna konstrukcja, napięcie rośnie z każdą stronicą. I ta niepewność, towarzysząca lekturze. Niewiele oglądam, wiem, że na podstawie książki zrobiono film, ale nie widziałam. Na szczęście, bo teraz mogę smakować lekturę bez sugestii reżysera.

Strasznie jestem ciekawa, jaki będzie epilog, bo nie spodziewam się, że happy end nastąpi. Ale co też autor wymyślił?

piątek, 13 maja 2016

Epitafium dla Marii Czubaszek

Zmarła Maria Czubaszek. Wczoraj. Smutno mi. Zawsze najtrudniej pogodzić się z odejściem tych, którzy nas w jakimś sensie ukształtowali.
Pani Maria miała znaczący wpływ na moje życie. Nauczyła mnie, że satyra i dobry humor to gwarancja dobrego dnia.
Pani Mario... będzie mi Pani brakowało. Pani odwagi w wyrażaniu własnych, kontrowersyjnych poglądów też.

środa, 11 maja 2016

Małe tęsknoty

Świt. Jadę do pracy. Uchyliłam okno. Wiatr przyniósł woń świeżo rozkwitłego bzu. Obudził we mnie skrywaną głęboko tęsknotę za zapachami mojego dzieciństwa. Maj. I dziadek, który o świcie ścinał w ogrodzie, wilgotny od porannej rosy bez. I słodki aromat liliowych kwiatuszków rozlewał się po całym domeczku...Eh... wspomnienia...Muszę znowu zajrzeć do starych postów, ile ich było w tym cyklu "Zapachy dzieciństwa"? Dwanaście, czy może więcej? Już nie pamiętam.

Wiosną nostalgia dopada mnie wyjątkowo często i boleśnie. Zastanawiam się - dlaczego akurat o tej porze? Może dlatego, że wiosna pachnie dzieciństwem? Albo na odwrót, to dzieciństwo ma dla mnie zapach wiosny. Miało. Troski ot, tycie. Właściwie żadne. A ciekawość świata nie do zaspokojenia. Tyle się działo... Ogród dziadkowy dosłownie pęczniał w oczach. Wszystkie rośliny małe i duże rozpychały się łokciami, walcząc o palmę pierwszeństwa. Brzozy, przy pompie suszyły swoje długie włosy na wietrze, po kąpieli w majowym deszczu. Ciepłym i ożywczym. Mama zbierała deszczówkę i myła nam w niej krótko strzyżone czuprynki. My też pachniałyśmy potem deszczem i szarym mydłem. I octem, bo do płukania dodawano octu. Darłam się wniebogłosy przy tym płukaniu, bo zawsze, ale to zawsze jakoś ta kwaśna woda dostawała się do oczu. Mimo, że zaciskałam powieki, jak tylko potrafiłam. A może nie zaciskałam, nie pamiętam już...

Bzy rosły wszędzie. Niektóre były ogromne, wysokie, jak dziadkowy, piętrowy, pomalowany na zielono domeczek. I liszki rogate, olbrzymie, które złośliwie spadały na nas, gdy przechodziliśmy przez zielona wrota wierzby, zamiatającej pędami schodki...dzisiaj nikt nie kocha ani brzóz, ani tym bardziej zielonych wierzb. Bo śmiecą jesienią. Prawda, śmiecą, ale nie ma wiosną piękniejszych, bardziej przytulnych drzew. Brzoza koi smuteczki, leczy udręczone ciało, trzeba się tylko do niej przytulać, obejmować ją, jak kochankę. Odwzajemni uczucie na pewno!

A wierzby... może mniej przytulaśne, ale równie piękne, powykrzywiane, pochylone, nieczesane włosy zapraszają gestem: chodź, skryj się pod moją koroną! Mam dla ciebie cień i ciszę. Nikt cię  tu nie będzie niepokoił.

Dziadku, tak bym chciała, żebyś choć raz jeszcze ściął dla mnie gałązki bzu...żebym mogła zanurzyć twarz w kiści pachnącej tak słodko, tak odurzająco, że w głowie zamiast mózgu gnieżdżą się słowiki.

Mamuś, a ty przypnij mi tę pachnącą różyczkę do sukienki. Obiecuję, że tym razem nie ruszę się z miejsca, nawet pójdę do tego kościoła, gdy to konieczne, tylko weź mnie za rękę i bądź. Wszyscy po prostu bądźcie blisko.

Tak smutno mi bez Was, życie już nie pachnie wiosną, nawet w maju.
*************************
I znowu wydałam ostatni grosz na książkę.  Kupiłam "Zanim zasnę", Watsona. Była też druga, Donny Tartt, ale udało mi się powstrzymać. Z trudem co prawda, z wielkim trudem i bólem. Jeszcze nie czytam, odłożyłam sobie na weekend, oczekiwanie na lekturę też jest pełne emocji. Muszę zatopić się w lekturze, bo otaczająca mnie rzeczywistość coraz mniej mi się podoba.

niedziela, 8 maja 2016

Dzienniczek obywatelski (no number)

7 maja, w Warszawie zgromadziła się cała opozycja parlamentarna i obywatele bez politycznego przydziału ochoty też. I szli, szli, szli, z uśmiechem na ustach, mieszkańcy z okien im machali radośnie, choć ocierając łzy wzruszenia niekiedy.

I co? I znowu mamy manifestację sprężoną, jak gaz w butli. Z 240 tysięcy, według organizatorów i obserwujących z lotu ptaka, do 30, w porywach 40 tysięcy zdaniem, najwyraźniej zastraszonej do granic Policji. Ciekawi mnie, jakiego ciśnienia trzeba, żeby ścisnąć tak bardzo? Biedni protestujący zapewne oddech tracili i padali niczym muchy...

Gdy na stadionie Narodowym kibice, na co dzień zwaśnieni, jednomyślnie wygwizdali Prezydenta, to też jakoś TV narodowa zamilkła, nie zająknęła się nawet. Ja wprawdzie propagandę sukcesu znam doskonale, pamiętam, owszem, ale myślałam, że przeszła do historii. Ale - nie! Jest i ma się dobrze, a pan, panie Rosiewicz śpiewałeś, że "spoczęła w Alei Zasłużonych? Czyli co jest teraz? Propaganda- zombi?

Dla równowagi i odwrócenia uwagi, Jego wysokość udzielał odpowiedzi na wybrane pytania internautów. Znaczy imć prezes czatował! To ci dopiero nius jest! Jego Ekscelencja robił wrażenie lekuchno wystraszonego, jakby obawiał się, że od tego czatu zaczadzieje. Bardzo udany był ten czat. Pytania, na które odpowiedzi łaskawie udzielono, znane były  zawczasu, teksty odpowiedzi znane na wyrywki, a ci, którzy mieli w zanadrzu pytania trudne, albo niewygodne, zamiast wyjaśnień dostali figę, bo gest Kozakiewicza byłby niestosowny na wizji i mógłby zachwiać wizerunkiem Jego Ekscelencji.

Zatem czat był wyraźnie w stylu Putinowskim. Co jest o tyle dziwne, że miłościwie nam panujący dyktator, dyktaturą Putina się podobno brzydzi wyjątkowo.

sobota, 7 maja 2016

piątek, 6 maja 2016

Kwanty, struny i fraktale

Czym jest czas? Tyle teorii, nie wiem, która jest mi najbliższa? Czy to film, podzielony na kadry, plasterki, z których każdy to jedynie migawka, chwila zatrzymana w kadrze? czy możliwe jest, że istnieję jednocześnie, w różnych wymiarach, że jestem jednocześnie niemowlęciem i staruszką? A wszystko zależy jedynie od punktu odniesienia? Czy deja vu, to świadectwo tego, że czas jest kwantowy? Albo, że w ogóle nie istnieje jako miara czegokolwiek, a jest jedynie tworem naszej wyobraźni, naszego umysłu?

Ja sobie wyobrażam czas jako wstęgę Mobiusa, po której odbywa się podróż... jak nie kończąca się opowieść. Rondo, pętla, która się zamyka, a my wędrujemy wraz z nim, nie wiedząc, że nie ma góry, ani dołu. Nie ma kierunku, ani żadnego punktu odniesienia. Wędrujemy po powierzchni tej wstęgi, by w jakimś momencie stwierdzić, że jesteśmy pod spodem? Nie, na wstędze Mobiusa, to jest niemożliwe! Wyobrażam też sobie, że Wszechświat jest jak butelka Kleina, a my, przekonani, że jesteśmy wewnątrz, nie mamy pojęcia, że wewnątrz i zewnątrz to jedno i to samo. I, tak, jak nie wiemy, że idąc do przodu, w gruncie rzeczy zmierzamy też  do tyłu, kręcimy się w tej pętli czasu, tak nie zdajemy sobie sprawy z tego, że nie ma w ogóle nas, a przynajmniej akurat tu i teraz. Bo nie ma ani tu, ani teraz... I te, nasze kwanty wyobrażeń o własnym, osobistym istnieniu, mieszają się, zazębiają z innymi, tworząc najcudowniejsze struktury - fraktale.

Eh, jakby to było cudownie rozumieć Wszechświat w całej jego potędze, rozumieć czas i rozumieć siebie...

wtorek, 3 maja 2016

S.J. Watson "Drugie życie"

Znakomicie napisana książka. Na dodatek, podobnie jak u Robina Cooka, aktualna aż zanadto. Epoka cyfrowa w całej swojej, obrzydliwie natrętnej okazałości.

Abstrahując od intrygi, którą autor rozwija wyjątkowo dynamicznie, jak przystało w czasach, gdy pośpiech zdominował wszystkie dziedziny naszego życia, zdumiewa mnie czysta prawda, zawarta w tej powieści. Prawda o nas, o ludziach, którzy mają wszystko i którym to nie wystarcza. Obnażone pragnienie, by mieć więcej, albo inaczej, albo... intrygująco pierwotnie.

Czy jesteśmy zmęczeni komfortem, łatwością, z jaką możemy przemieszczać się, kontaktować z innymi? Dzięki wynalazkom końca ubiegłego wieku, będąc na końcu świata niemalże, możemy widzieć i słyszeć siebie nawzajem. Wystarczy otworzyć komputer.

Portale społecznościowe, serwisy randkowe, czaty, Facebook, GG, czy Skype? To tylko mały wycinek tego, co oferuje nam globalna sieć. Kusi. I mami.

Jedno zdanie z książki, którego nie będę cytować, ale odnotuję jego sens, niezwykle wymowny i adekwatny do status quo:

Każdy z nas nosi maskę. Chcemy, by inni widzieli nas takimi, jakimi chcielibyśmy być tu i teraz. Nie znaczy to, że jutro, za chwilę, kiedyś, nie będziemy nosili innej maski. Zakładamy zawsze najodpowiedniejszą do okoliczności i oczekiwań innych.

Spoza maski nie widać nas. Nie widać prawdziwych nas.

W sieci każdy może być tym, kim zechce. Przebierać się w dowolny kostium. To niebezpieczne. Dla innych, którzy nas nie znają, nic o nas nie wiedzą. Tworzymy dla nich obraz taki, jaki chcemy. Tak łatwo jest oszukiwać. A tak chętnie nasza wyobraźnia uczepia się tego fałszywego obrazu. To podobnie, jak z celebrytką, której zdjęcie na okładce mówi nam: widzisz, jestem taka piękna, nieskazitelna, jak Venus, wyłaniająca się z morskiej piany. Celebrytka rano, gdy stoi przed lustrem jest wcale nie piękniejsza od większości z nas. Lustro nie jest z reguły wyposażone w Photo Shopa, ani nie wychyli się z niego wizażystka, fryzjer i gromada innych speców od image! Celebrytka wygląda w nim, jak wypłosz, jak każda kobieta, gdy wstaje rano zaspana, rozczochrana, bez makijażu i całej tej otoczki "na piękność".

I tak jest w sieci. Tu, z miejsca wróciłam myślami do A.J. Gabryela, czy raczej kogoś, kto kryje się za tym pseudonimem. Troszkę wgryzłam się w jego wypowiedzi tu i tam. Intrygujący jest, fakt! On się bawi znakomicie, prawdopodobnie fantazjując i ubierając w słowa swoje imaginacje. Kim jest? Nie mam pojęcia. Może, podobnie, jak Watson, albo Irving kimś innym z zawodu, a pisanie to jego druga, może większa pasja? Nie wiem.
Dlaczego wciąż wracam myślami, w różnych kontekstach do tego akurat autora, to akurat wiem. Przede wszystkim to zdanie z Faceta na telefon: Nikt nie jest tym, za kogo uważają go inni. Jakby sam ostrzegał swoich czytelników przed szufladkowaniem go. Nic nie osiągnął, czytelniczki swoje wiedzą i wiedzą lepiej. Ale mnie najbardziej zastanawia, czemu ja jestem odporna na treść jego pisarskich popełnień? Zimna jakaś jestem, czy jak? Pewnie tak. Czemu, jak bohaterka "Drugiego życia" nie tracę z oczu realnego świata, nie daję się porwać emocjom? Może jestem po prostu realistką, albo nie ma we mnie wystarczająco dużo seksualności, czy czegoś podobnego... A może jest we mnie mnóstwo niespełnionych marzeń, pragnień, niepokojących i niegrzecznych, tylko ja jestem ciut zaskorupiona, o, to pewnie bliższe prawdy jest. Zresztą, czy to takie istotne - dlaczego coś się dzieje, albo nie dzieje? Nie będę teraz dumać nad przyczynami. Nie wzruszają mnie sceny erotyczne, nie pobudzają we mnie żadnych ośrodków. I tyle. I nigdy nie opuszcza mnie świadomość, że ludzie spotykani w sieci, to przeważnie nie są żywe, prawdziwe istoty, tylko te maski. A pod maskami może kryć się wszystko. I każdy. Pedofil. Erotoman. Albo inny amator kwaśnych jabłek. Trzeba być ostrożnym. I nie uruchamiać wyobraźni, żeby nie wpaść we własne sidła.

Julia, która wskutek doskonale zaplanowanej intrygi, daje się zwieść wirtualnemu światu pozorów, wpada w matnię, z której się już nie wydostanie. Nigdy. Zdrada małżeńska, podwójne życie, wyrzuty sumienia, to wydaje się być najmniejszym złem. Gdyby to był jedynie spontaniczny skok w bok, pewnie nie byłoby problemu.

Podstawy naszych indywidualnych, prywatnych światów, są wyjątkowo kruche.  Zbyt często te światy się walą, zbyt łatwo.

Ale skutek wirtualnych, a przeniesionych w realia emocji Julii, dopiero, gdy dobrniemy do końca lektury staje się dla nas widoczny. Świadomość totalnej destrukcji jest dla Julii objawieniem, które najwyraźniej spóźniło się na umówione spotkanie.

Naprawdę warto przeczytać, choćby zapobiegawczo, bo któż wie co w nas samych drzemie? Książka będąca przestrogą dla tych, którzy czasami zapominają o granicy pomiędzy rzeczywistością i wyobraźnią. Czasem trzeba postawić wzdłuż niej mur, lepszy guz, niż the end.

niedziela, 1 maja 2016

Krzyk rozpaczy i sztuka wiązania krawata


Warto przeczytać list do Papieża Franciszka. Ciekawa jestem, ilu katolików się pod nim podpisałoby? Ilu mamy prawdziwych chrześcijan, rzeczywistych miłosiernych? Wciąż obserwuję ze smutkiem, że o prawa mniejszości, o demokrację i równość, o poszanowanie prawa upominają się głównie ci, o których kościół mówi, że to ludzie, którzy miłości bliźniego w sercu nie mają, bo niech uczęszczają na mszę.

http://jolantasacewicz.natemat.pl/178677,upomnij-sie-o-nich-ojcze-swiety


Co za czasy... żeby miłosierni byli ci, którzy sami tego miłosierdzia nie oczekują? Czy to dobry, czy zły znak naszych czasów?

*************************
Profesor Rzepliński, Przewodniczący TK, przyszedł na zaprzysiężenie nowego członka TK bez krawata. Wywołał burzę komentarzy, bo zaprzysiężenie to, jak wiadomo, Prezydent!

Panie prof. Rzepliński, gdy ktoś mi o tym mówi, to ja odpowiadam, że na wizytę szykował się Pan sam, a do zawiązania krawata, jak do głosowania w sejmie przez niektórych posłów, potrzebne są cztery ręce.