piątek, 1 kwietnia 2016

Kobietą być

Nie jest łatwo. Starasz się. Troszczysz. Uśmiechasz, chociaż chce ci się wyć. Głaszczesz, choć dłoń ci się w pięść zaciska. Przemawiasz czule, mimo, że słowa więzną ci w gardle. I co dostajesz w zamian?
No, powiedz! Przyznaj, kobieto!

Kopa. Oczywiście w przenośni, ale jednak.
Mężczyźni uważają, że kapłanka domowego ogniska musi być idealna - wierna, czuła, a dobrze, żeby jeszcze przy tym - głupia. Dostanie klapsa w pupę - ma być wniebowzięta, a tylko udawać przestrach. Przecież my uwielbiamy być klepane po tyłku, prawda? To jest dowód zainteresowania nami, jako samicami, w każdym razie tak myślą panowie. Ile z nas skacze wtedy z tej radości naprawdę? Bardzo chciałabym to wiedzieć... I, czując tę męską dłoń na swoim tyłku czujesz się, jak klacz, a nie jak kobieta. Jakby nie było innych metod okazywania uczuć, tylko ta! o, nie przepraszam, są też i inne, także stosowane z zapałem przez naszych facetów - macanie cycków na przykład. I to akurat wtedy, gdy ty masz ręce po łokcie w cieście, albo wykonujesz precyzyjne, chirurgiczne cięcie kotletów. To przecież najodpowiedniejszy moment, lepszych nie ma! Ja to nawet rozumiem, bo żadna z nas nie odepchnie, nie odtrąci, bo jej wyobraźnia pracuje i widzi perspektywę prania, ledwie co wyprasowanej koszulki męskiej. I zaciskamy szczęki, gryziemy się w język, a nadto uśmiechamy do naszego bożyszcza. Niech się raduje, niech myśli, że nam przyjemność robi. Robi, ale tylko we własnym mniemaniu! Ale nigdy w życiu nie uwierzy, gdy mu powiesz, że cię to złości. Z wyrazem niedowierzania na twarzy zapyta: Jak to???

A tobie przypomni się dowcip o tym, jak to facet dobiera się do żony, gdy ta grzebie w lodówce i wyciąga z niej kurczaka. Ona wali go tym kurczakiem po głowie, a on zdziwiony wielce pyta: Jak to? To już nie lubisz szybkich numerków przy lodówce??? Na co ona: Owszem, lubię, ale dlaczego w Tesco?

I też byś chętnie go tym kotletem z kością, albo drożdżowym, co jeszcze nie wyrosło po tym zakutym łbie zdzieliła. Nie robisz tego. Znowu się uśmiechasz, dodając w bonusie: Kochanie, nie teraz, widzisz, że jestem zajęta?

Zdarza się, że brak stosownej reakcji wywołuje focha u mężczyzny, który niezwłocznie zyskuje poczucie niedowartościowania. Jeżeli próbujesz się bronić przed tymi czułościami, to efekt jest odwrotny od zamierzonego, bo facet obronę odczytuje następująco: Nie chcę, znaczy chcę, ale muszę udawać, żebyś mógł kochany poczuć się, jak Wilhelm Zdobywca.

Wieczorem boli cię głowa. Boli całkiem serio serio. Jesteś zmęczona, w pracy był armagedon, w domu zdążyłaś z 10 tysięcy km wychodzić chyba, ostatek sił poszedł był na tusz. Wleczesz obolałe nożęta do tego raju, do miejsca, w którym przyjmiesz wreszcie (z ulgą niewysłowioną) pozycję horyzontalną, czyli do łóżka. Marzysz o ramionach, ale Morfeusza, a tu szanowny samiec twój, po kilkugodzinnym nicnierobieniu, zamierza namówić cię na zestaw ćwiczeń na drążku.

Co wtedy robisz, moja droga? No, właśnie, właśnie - co?

Są tacy, którzy twierdzą, że kobieta ma wyjątkowo rozwinięty instynkt samozachowawczy. Wie zawsze, co powinna zrobić, bo jej się to w ostatecznym rozrachunku opłaci. I robi, co należy. Bez względu na to, co sama o tym myśli. Albo czego pragnie. Robi i kropka.

Tylko ja się teraz zastanawiam, czy instynkt samozachowawczy, to przypadkiem nie powinien podpowiedzieć kobiecie czegoś zupełnie innego? Że nieustanne działanie wbrew własnej, nieprzymuszonej okolicznościami woli, w tym ostatecznym rozrachunku odpowiada za destrukcję totalną, za żal do całego świata, za powolne wyzbywanie się własnych potrzeb i ogólne poczucie bezsensowności babskiej egzystencji!

Mam dołek. Właściwie, to spadłam na dno. Muszę się odnaleźć i potrzebna mi lina ratunkowa.  I mam jedno marzenie, malutkie... tydzień samotny, gdzieś, z dala od wszystkiego, co mi dopiekło. Od pracy, od polityków, od domu i od rodziny. Nie jest potrzebny mi luksus, tylko izolacja, żeby przemyśleć i zgromadzić siły do życia. Bo chwilowo przepadły. I mówię do swojego mężczyzny, szczerze mówię. Że muszę, że tak strasznie muszę gdzieś wyjechać...

Ależ oczywiście, już jedziemy, a dokąd chcę, żebyśmy pojechali? - pytanie pada.
Ale... ja chcę wyjechać sama! - nieśmiało zauważam.
Jak to???? Sama, BEZE MNIE???? - i tu nastąpił foch. I obraza majestatu.

Bo - skoro bez niego, to nie kocham. Inaczej nie może być.

Odechciało mi się wyjazdu. Poryczeć sobie i pogrzebać na tym dnie mogę po taniości. We własnym mieszkaniu. Po namyśle - przecież i tak muszę wrócić, a to prawdopodobnie grozi kolejnym dołkiem. Skoro już w nim jestem, mam na myśli dołek, to może lepiej nie szukać tej liny ratunkowej? Chyba, żeby się powiesić na niej!




2 komentarze:

katy:-* pisze...

Agrafko zapraszam do siebie. ;-)
Możesz sama przyjechać, lub z mężem jak wolisz, tak jak Ci dusza podpowiada.

katy:-* pisze...

Aaaaa, tak wogóle, to masz rację. Irytują mnie takie sytuacje. Kobieta potrzebuje trochę romantyzmu, by jej się chciało. A nie tak "z buta" od razu do rzeczy w najmniej pożądanej chwili i miejscu.
Brrrr....