niedziela, 20 marca 2016

Pierwszy dzień wiosny

Może nawet nie jest zimno, ale pochmurny ten pierwszy krok ku powitaniu wiosny. W pokoju ciemno, jakby zmrok zapadał właśnie.

Za tydzień Wielkanoc. Wcale nie czuję. Porządki świąteczne? Cóż... nigdy nie lubiłam akurat na tę okoliczność szaleć  w tym temacie. Zakupy? Nic nie kupiłam. Pisanek też rodzina nie uświadczy. Rozczarowany będzie pewnie też nasz pan M., trudno! Może wezmę jedno farbowane jajo i pomaluję specjalnie dla niego? Dla dobra firmy, zresztą lubię go naprawdę, bo to bardzo miły pan. Niech ma, a tradycji stanie się zadość. Na  konsumpcyjnym, przedświątecznym spotkaniu firmowym dekoracji własnoręcznej roboty nie będzie, nic nie poradzę.

W tym roku wyjątkowo kiepski humor mam, ale to akurat ustalono niejako odgórnie. Nerwy nadszarpnięte też odgórnie. I zanosi się na kilka co najmniej sezonów w tonacji depresyjno-nostalgicznej, eh...

Jestem kobietą, tak mówią. A kobieta potrzebuje od czasu do czasu pocieszki. No, to po tygodniowym debatowaniu, cóż na tę pocieszkę nadaje się najakuratniej, kliknęłam wreszcie "zamów" i dokonałam zakupu kiecki, biało-czarnej, obcisłej sukienki. Przed tygodniem nabyłam czółenka, czarne, zamszowe, na niebotycznie wysokim ( według moich standardów!) obcasie, coś około 9cm... bo, niestety, w sklepie byłam z Panem Monszem, a ten, to zawsze mnie do takiego zakupu ni w pięć, ni w dziewięć namówi!

Zakupy w towarzystwie mężczyzny to nieszczęście, jak dla mnie w każdym razie. Nigdy jeszcze nie wróciłam do domu z przedmiotem zadowolenia, bo moje upodobania i męskie gusta, to zbiory rozłączne. Zdaniem dowolnie wybranego faceta, kobieta powinna nawet w łóżku przebywać w szpilkach, pończochach z koronką, gorsecie erotycznym, itp. Wychodząc z domu winna posiadać mini, oczywiście do tych pończoszek i szpilek, nawet, gdy mróz -30C! Nic to, że sina, nieważne, że zakatarzona, że potem chore to i owo, grunt, że się panu podoba!

Otóż, drodzy moi panowie, mam w głębokim poważaniu, czy się wam podoba, czy się nie podoba! Ważne, żeby podobało się mnie i żebym czuła się w ubraniu swobodnie. Wasze uwagi na temat, są dla mnie jak brzęczenie much!

Niejedne zakupy w męskim towarzystwie zaowocowały nabytkiem kosztownym, za to zupełnie nieprzydatnym. Jestem już dzięki takim wypadom w posiadaniu sukni koktajlowej, czarnej, długiej, może nawet ładnej, ale... no, właśnie, właśnie - ALE! Ale suknia spoczywa w czeluściach szafy od 13 lat, ani razu w niej nigdzie nie byłam. Primo - bo nie bywam, secundo - bo gdybym nawet bywała, to suknia na ramiączkach to dla mnie to samo, co wyjść z domu topless. Jednak suknię mam, Pan Monsz zadowolony. Ja mniej, bo za tę suknię mogłam kupić pewnie pokaźną kolekcję ciuszków, w których czułabym się sobą.

Tak to wygląda, gdy do sklepu udaję się z facetem. Jeszcze gorzej, gdy facet kocha i miłość jego materializuje się w podarkach, nabywanych ukradkiem dla wybranki serca. No, to potem kolekcja złotych pierścioneczków w puzdereczku spoczywa, czyścić co jakiś czas trzeba, przystroić się czasem chociaż, bo poczuje się niedowartościowany. Znaczy - Pan Monsz w moim przypadku.

Raz omal nie przypłaciłam urwanym palcem  takiego dowodu uczuć mężowskich, zaczepiwszy pierścioneczkiem o klamkę. Jakoś tak, chyba po trzecim podarunku, poczyniłam delikatne starania ukierunkowujące myśl mężowską na właściwie tory. Próbowałam zawrócić z manowców, ale bez skutku. Przybył czwarty. Podjęłam próbę ostateczną, wyciągnęłam to swoje nieszczęście na zakupy, zatrzymałam się przed wystawą miejscowego jubilera i tak łopatologicznie, jak tylko umiałam dałam do zrozumienia, że złota nie lubię dla zasady, srebro lubię wyjątkowo jeno, a najmilsze są mi ozdoby w stylu etno, a jeszcze lepiej indian. Kolorowe, niedrogie.

Ku mojemu zdziwieniu - nic nie pomogło. Zadziałało zupełnie tak, jak w kwestii roślinnej. On kupuje róże, w kolorze bordo, którego nie cierpię nie tylko w kwiatach, a ja sobie kupuję żółte tulipany i żonkile, bo kocham żółć i najbardziej lubię żółte kwiaty.  Ale światełko w mózgu mężczyzny się nie zapala.

Dobrze, że ta kiecka dotrze za jakieś 2 tygodnie, może zdążę się nauczyć chodzić w tych szpilkach...




3 komentarze:

Anonimowy pisze...

Ja tam też ze wszystkim w lesie! I chyba nie zamierzam wychodzić z tego lasu. Mam to w ...

agrafka pisze...

Wiesz, moja kochana Be, od tego się nie umiera! A święta będą czy posprzątamy, czy nie! Prawda? Zresztą, co to za święta... I ty się nie przejmuj porządkami, bo w firmie to dopiero Armagedon zastaniesz i ochota na domowe cokolwiek przejdzie ci jak ręką odjął! Do jutra :)

Anonimowy pisze...

Wiem, wiem coś nie coś słyszałam. Najbardziej wkurza, że kolega M. w niczym nie zastępuje mnie a ja już na początku kwietnia jego zastąpić muszę... Ot! mężczyźni!