czwartek, 31 marca 2016

Dzienniczek obywatelski (12)

Brakuje pieniędzy na program 500+. Rząd postanowił uzupełnić ten brak z FRD, czyli z pieniędzy na nasze emerytury.

Najbogatsi obywatele, czyli emeryci, dostali podwyżkę. Prezent rządowy można powiedzieć. Z tego, co widziałam, to coś około 3zł/m-c. Rodzice w patologicznych rodzinach dostaną z wyrównaniem z programu 500+ kupę forsy za  płodzenie bachorów w pijanym widzie. Brawo!
Oczywiście dostaną jakieś pieniądze i normalne rodziny, tyle, że jakby mniej. A ci, których dochody są wysokie bardzo, też wezmą, bo pieniądz podobno nie śmierdzi, żaden. Tyle, że nie bardzo wiadomo, po co dostaną? Jeżeli mają dwoje dzieci, to dlatego, że więcej nie mają ochoty mieć. A 500+ przyda się na kieszonkowe dla nastolatka, może postawi kumplom piwo? Albo wyda na prezerwatywy? Cieszę się, że mam okazję mu to zafundować. Doprawdy, cieszę.

Gram czasem w Lotto, w życiu nie wygrałam nawet trójki, takie mam już zezowate szczęście w życiu.
Nigdy mi się nic na dziecko nie należało, 3 miesiące urlopu macierzyńskiego płatnego, potem bezpłatny wychowawczy. Zero zasiłków rodzinnych, chociaż jedyny żywiciel rodziny zarabiał wówczas najniższą krajową. Za dużo. Żadnych odliczeń od podatku, żadnego becikowego, jakieś grosze na urodzenie dziecka od firmy, jednorazowo. I koniec. I kartki na wołciela. I wpisy w książeczce, że wydano na dziecko 2 jajka, 2 litry mleka. Z pieczęcią. Nie za darmo wydano. I kartka, którą mi ktoś ukradł na samym początku miesiąca... i rodzina, która dzieliła się z nami tym 1,5kg wołciela, żeby przetrwać.

I dzisiaj - społeczeństwo, które sprzedało kraj dla tych marnych 500zł na nie każde dziecko. Oczywiście - moim ( między innymi!) kosztem. Wpadłam w depresję, bo myślę, dlaczego znowu ja? Czemu wciąż ja? My, którzy mieliśmy dzieci wtedy, gdy ich posiadanie wydawało się nonsensem? A my na złość gnębiącej nas ówczesnej władzy - produkowaliśmy w pocie (niekoniecznie czoła) te bachorki. Dzisiaj, jak sądzę, to się okaże po jakimś czasie, wskutek tego poronionego programu dzieci będą się rodziły tylko tam, gdzie akurat powinno się kastrować rodziców. Normalni ludzie już wiedzą, że to 500 oddadzą z nawiązką. A dzieci zostaną i trzeba będzie o nie zadbać. Na przyrost bym nie liczyła.

"Obyś żył w ciekawych czasach" ma dzisiaj wydźwięk przekleństwa.


środa, 30 marca 2016

Zez abp Michalika

Właśnie się zastanawiam... czyżby cierpiał na zeza? Targowicę widzi nie tam, gdzie ona jest, tylko gdzieś zaKODowaną w pobliżu? Ktoś zapytał, czy pan Michalik uczył się historii? Bo to, jako żywo, nie ci, którzy bronią Konstytucji są Targowicą, a ci, którzy się na nią zamachnęli! I, o ile mnie pamięć nie myli, to w zamachu na Konstytucję sprzed tych kilku już set lat, czynny udział brali hierarchowie kościelni. Podobnie, jak teraz zresztą.

I przypominam, że wtedy też się Targowiczanie dogadali z Rosją, sprzedali kraj. Stąd mój wniosek zezowaty.

Zauważyłam, że emocje po przeciwnej stronie, czyli ruchu oporu, słabną. Coraz mniej zaangażowania, coraz więcej rezygnacji. Gorzej, bo język tych, którzy wciąż jeszcze się wypowiadają na forach, wyostrza się. I zawodzi pamięć. A PO rządziła tak niedawno. Peany na cześć Tuska wprawiły mnie w osłupienie nie dalej, jak wczoraj. "Prawdziwy mąż stanu"... "Tusk na prezydenta", "Wspaniały polityk"...

Najpierw mnie zatkało. Potem zastanowiło. Prowadząc dialog wewnętrzny sama ze sobą, doszłam do zgodnego wniosku, że ludziom potrzebny jest ktoś, kogo mogą przeciwstawić znienawidzonemu. I pamięć upiększa im obraz. Wady znikają, zalety pojawiają się znikąd.

Nie wytrzymałam i napisałam, że nie rozumiem, dlaczego mam się zachwycać Tuskiem?
Bo nas bezczelnie okłamywał?
Bo mówił jedno, a robił drugie?
Bo na uwadze miał wyłącznie własny interes, a kraj w ...?
Bo pozwolił wejść do rządu ludziom, o których z góry wiadomo, że nie będzie im się chciało nic robić, oprócz dobrego wrażenia?
Bo zostawił ten kraj, gdy mu zaproponowano ciepłą i intratną posadkę w Unii?
Bo pozwolił, żeby Ewa Kopacz wzięła na swoje barki całą odpowiedzialność za jego krętactwa?
Bo nas okradł z OFE?
Bo nie próbował nawet zlikwidować KRUS, ani emerytur mundurowych, nie zlikwidował nierentownych kopalń, a wszystko ze strachu?

I to ma być MĄŻ STANU????
Mężem stanu to była Margaret Thatcher, drodzy państwo! Kobieta odważna i przekonana o słuszności tego, co robi. Złożyła w ofierze, na ołtarzu politycznym, swoją karierę i dobre imię, likwidując kopalnie. Bo Ona nie robiła tego dla swojego dobra, ale dla dobra kraju. Wiedziała, że zapłaci za to najwyższą polityczną cenę. A Tusk? Nie zrobił nic. Tak, jak Kaczyński, który kieruje się wyłącznie nienawiścią, osobistą dintoirą. Ja w naszym kraju żadnego męża stanu nie widziałam jeszcze. W każdym razie u władzy. Bo mężowie są, stanu też, ale nie rwą się do tego gnoju, wiedząc, że się przylepi.

poniedziałek, 28 marca 2016

Wiosna




Wiosna już jest, w ogrodzie u mojej kochanej Siostrzyczki :)

I koty się wygrzewają na tarasie.
Cudownie było... spotkanie świąteczne z tak wspaniałymi ludźmi, ładuje akumulatory na długo! I świat jakiś taki piękniejszy się robi, mimo wysiłków obecnej władzy, która robi wszystko, żeby nam obrzydł. Nie damy się!

niedziela, 27 marca 2016

Wielkanocne życzenia

Papież w orędziu wielkanocnym zaapelował o pokój w Syrii i oddał hołd uchodźcom, a nasz abp Michalik wezwał przegranych w ostatnich wyborach, żeby poparli program dla dobra ogólnego, czyli obecną władzę. I dowiedziałam się z tego przemówienia, że jestem naprawdę gorszym sortem, sortem nienawiści i donosicielstwa, sortem wzywającym do tego, żeby cały świat nienawidził nasz kraj.

Nie komentuję, nie wypada.

Ale czuję się dumna.





Bo ja potrafię robić jeżeli nawet nie lepsze, to na pewno ładniejsze... jaja


piątek, 25 marca 2016

Wielkanocna tolerancja


"Czarna Madonna z wielkim cycem" w wykonaniu mojej kochanej Siotruni :) Arcydzieło, nie mazurek! Ciekawe, czy Reni zauważy, że jej ceramiczne panny wiosenne są podobne do niej? Widać, że  stres narodowy przenosi się na sztukę.

Śmiać mi się chce :) :) :) Siostrzyczko, wszystkie robimy na złość! Niech wiedzą, że z babami się nie zadziera! Wesołych Świąt wszystkim Wiedźmom!


czwartek, 24 marca 2016

Mazurek na złość



W zasadzie święta już u mnie są. Pisanki pomalowane i mazurek gotowy. No, prawie - zastyga sobie. Panowie krążą wokół stołu, pilnując siebie nawzajem.

Jego Ekscelencja złagodziwszy, zwykle piorunujące i bazyliszkowate, spojrzenie ócz swoich publicznie ogłosił, że przynajmniej do czasu zakończenia Dni Młodzieży w Polszcze winien zapanować spokój i cisza polityczna. Znaczy awantury należy zawiesić na kołku. I, co najważniejsze, nie wynosić naszej rodzimej wojenki na zewnątrz. Czyli, katolickim zwyczajem:
nawet wtedy, gdy w domu rodzinnym nienawiść, przemoc i kwieciste wiązanki, to Policji wzywać nie należy, bo wszak nasze prababki nad umywalnią miały wyhaftowane makatki z napisem mądrym "nie mów nikomu co się dzieje w domu". Tu mi się przypomniało i znowu skojarzyło dziwnie, że w pewnej miejscowości, całkiem ostatnio, pewien proboszcz stwierdził, że jak mąż bije żonę, to znaczy, że ona go prowokuje, zatem sprowadza na niego grzech i winna się z tego wyspowiadać. Ona. Nie on.

Cóż, jaki mamy cyrk, takie mamy małpy... Jutro upiekę sernik. Też na złość.

Dostałam dzisiaj buziaka od latorośli. W towarzystwie: dziękuję, mamuś!

Nie bardzo wiem za co to "dziękuję", ale nie dociekałam, tym bardziej, że zatkało mnie doszczętnie. No, coś podobnego... dzień dobroci dla matki?

Okna wprawdzie nie umyte, ale mam to gdzieś. Święta i tak się odbędą, a na oknie nie jadam.

Ciepłych i uśmiechniętych Świąt!


pisanki 2016 Agrafka


Kochani moi Przyjaciele i Wy, którzy zabłądziliście tutaj niechcący,
życzę Wam
żebyście na twarzach mieli uśmiech radośniejszy od tych pisanek,
a życie w naszym kochanym kraju niech odrodzi się z wiosną, 
odzyska smak
i znowu będzie
barwniejsze, niż te pisanki!

Naprawdę życzę tego i Wam,
 i sobie...
Agrafka

Katy*
takie były w ubiegłym roku... wiosną jeszcze miałam nadzieję, słabnącą, ale wciąż ją miałam.

pisanki 2015 Agrafka



środa, 23 marca 2016

Pisanki z awanturami w tle



Pisanki moje też w tym roku jakieś takie... nijakie? Chyba czuję się lekko wyjałowiona przez te awantury polityczne. Nie tylko zresztą...

Wczoraj w firmie "jajko". Dwa tygodnie przygotowań, a wczoraj 7 godzin na nogach, na obcasach. Dzisiaj zjechałyśmy wszystkie, jak jedna, w stanie wskazującym na wyczerpanie. Ledwie wdrapałam się wczoraj na to IVp., ostatkiem sił zrobiłam obiad, a potem godzina ze stopami w wodzie z morską solą i sodą. To wtedy popełniłam te pisanki i wyszły, można powiedzieć, kompatybilne. Z moim nastrojem i ogólnym niemaniem chęci do niczego. Pewnie bym ich nawet nie tknęła, ale VIP M. obiegł stół dookoła i podążył prościutko do mnie, stojącej przy kociołku z żurkiem z pretensją: Pani Agrafko!!! Gdzie jest pisanka dla mnie? I w ogóle dlaczego w tym roku nie ma na stole pisanek??? No, to chciał nie chciał... obiecałam, że zrobię i dam znać, że czekają. Cóż, zachwycony raczej tym razem nie będzie.

Troszkę poprawiła mi nadwerężony humorek lektura,  rozwijającej się od kilku dni pyskóweczki pod usuniętym jakimś tekstem A.G.  Co tam było, pojęcia nie mam, ale czytelniczki omal się tam nie pobiły, dyskutując zawzięcie i prowadząc dochodzenie: co było, kto był, czy w ogóle był i dlaczego autor usunął zdjęcie (film?) tekst. To coś dotyczyło zdaje się koncertu niejakiej Madonny, która śpiewać wprawdzie nie bardzo umie, ale show niezły robi na scenie, o ile mi wiadomo. A, że dzisiaj wystarczy goło-leć, zdolności wokalne są zbędne, to gromadzą się liczne rzesze. I mnie nic do tego, niech się gromadzą, byle beze mnie.

O ile zdołałam coś z awantury zrozumieć, to chyba na tym zdjęciu, czy filmiku ( nie wiem, bo raz tak, a za chwilę inaczej piszą) był nie kto inny, a AUTOR we własnej osobie.

I tak, zerknąwszy, a nawet prześlizgnąwszy się po sporej części komentarzy, nabrałam ochoty na dumanie i stwierdziłam, że muszę zweryfikować swoją opinię w pewnych kwestiach.

S.J. Lec napisał dawno temu coś tak cudownie prostego, a tak oddającego rzeczy sedno, że to aż boli:

"Dno jest dnem. Nawet, gdy jest obrócone do góry nogami"

Teraz rozwijam myśl mojego Mistrza.

wtorek, 22 marca 2016

niedziela, 20 marca 2016

Pierwszy dzień wiosny

Może nawet nie jest zimno, ale pochmurny ten pierwszy krok ku powitaniu wiosny. W pokoju ciemno, jakby zmrok zapadał właśnie.

Za tydzień Wielkanoc. Wcale nie czuję. Porządki świąteczne? Cóż... nigdy nie lubiłam akurat na tę okoliczność szaleć  w tym temacie. Zakupy? Nic nie kupiłam. Pisanek też rodzina nie uświadczy. Rozczarowany będzie pewnie też nasz pan M., trudno! Może wezmę jedno farbowane jajo i pomaluję specjalnie dla niego? Dla dobra firmy, zresztą lubię go naprawdę, bo to bardzo miły pan. Niech ma, a tradycji stanie się zadość. Na  konsumpcyjnym, przedświątecznym spotkaniu firmowym dekoracji własnoręcznej roboty nie będzie, nic nie poradzę.

W tym roku wyjątkowo kiepski humor mam, ale to akurat ustalono niejako odgórnie. Nerwy nadszarpnięte też odgórnie. I zanosi się na kilka co najmniej sezonów w tonacji depresyjno-nostalgicznej, eh...

Jestem kobietą, tak mówią. A kobieta potrzebuje od czasu do czasu pocieszki. No, to po tygodniowym debatowaniu, cóż na tę pocieszkę nadaje się najakuratniej, kliknęłam wreszcie "zamów" i dokonałam zakupu kiecki, biało-czarnej, obcisłej sukienki. Przed tygodniem nabyłam czółenka, czarne, zamszowe, na niebotycznie wysokim ( według moich standardów!) obcasie, coś około 9cm... bo, niestety, w sklepie byłam z Panem Monszem, a ten, to zawsze mnie do takiego zakupu ni w pięć, ni w dziewięć namówi!

Zakupy w towarzystwie mężczyzny to nieszczęście, jak dla mnie w każdym razie. Nigdy jeszcze nie wróciłam do domu z przedmiotem zadowolenia, bo moje upodobania i męskie gusta, to zbiory rozłączne. Zdaniem dowolnie wybranego faceta, kobieta powinna nawet w łóżku przebywać w szpilkach, pończochach z koronką, gorsecie erotycznym, itp. Wychodząc z domu winna posiadać mini, oczywiście do tych pończoszek i szpilek, nawet, gdy mróz -30C! Nic to, że sina, nieważne, że zakatarzona, że potem chore to i owo, grunt, że się panu podoba!

Otóż, drodzy moi panowie, mam w głębokim poważaniu, czy się wam podoba, czy się nie podoba! Ważne, żeby podobało się mnie i żebym czuła się w ubraniu swobodnie. Wasze uwagi na temat, są dla mnie jak brzęczenie much!

Niejedne zakupy w męskim towarzystwie zaowocowały nabytkiem kosztownym, za to zupełnie nieprzydatnym. Jestem już dzięki takim wypadom w posiadaniu sukni koktajlowej, czarnej, długiej, może nawet ładnej, ale... no, właśnie, właśnie - ALE! Ale suknia spoczywa w czeluściach szafy od 13 lat, ani razu w niej nigdzie nie byłam. Primo - bo nie bywam, secundo - bo gdybym nawet bywała, to suknia na ramiączkach to dla mnie to samo, co wyjść z domu topless. Jednak suknię mam, Pan Monsz zadowolony. Ja mniej, bo za tę suknię mogłam kupić pewnie pokaźną kolekcję ciuszków, w których czułabym się sobą.

Tak to wygląda, gdy do sklepu udaję się z facetem. Jeszcze gorzej, gdy facet kocha i miłość jego materializuje się w podarkach, nabywanych ukradkiem dla wybranki serca. No, to potem kolekcja złotych pierścioneczków w puzdereczku spoczywa, czyścić co jakiś czas trzeba, przystroić się czasem chociaż, bo poczuje się niedowartościowany. Znaczy - Pan Monsz w moim przypadku.

Raz omal nie przypłaciłam urwanym palcem  takiego dowodu uczuć mężowskich, zaczepiwszy pierścioneczkiem o klamkę. Jakoś tak, chyba po trzecim podarunku, poczyniłam delikatne starania ukierunkowujące myśl mężowską na właściwie tory. Próbowałam zawrócić z manowców, ale bez skutku. Przybył czwarty. Podjęłam próbę ostateczną, wyciągnęłam to swoje nieszczęście na zakupy, zatrzymałam się przed wystawą miejscowego jubilera i tak łopatologicznie, jak tylko umiałam dałam do zrozumienia, że złota nie lubię dla zasady, srebro lubię wyjątkowo jeno, a najmilsze są mi ozdoby w stylu etno, a jeszcze lepiej indian. Kolorowe, niedrogie.

Ku mojemu zdziwieniu - nic nie pomogło. Zadziałało zupełnie tak, jak w kwestii roślinnej. On kupuje róże, w kolorze bordo, którego nie cierpię nie tylko w kwiatach, a ja sobie kupuję żółte tulipany i żonkile, bo kocham żółć i najbardziej lubię żółte kwiaty.  Ale światełko w mózgu mężczyzny się nie zapala.

Dobrze, że ta kiecka dotrze za jakieś 2 tygodnie, może zdążę się nauczyć chodzić w tych szpilkach...




piątek, 18 marca 2016

Rozporek na łańcuchu

Piszesz, drogi mój Konstruktorze:

Proszę o rozwianie moich wątpliwości w sprawie:
Niedawno widziałem u pewnego męskiego celebryty ozdobę w postaci
kontrastującego łańcuszka, który był zaczepiony w środku ROZPORKA i
kończył swój bieg na lewym biodrze

W pierwszym momencie pomyślałem, że ten sposób ekspozycji to głupota
ale po chwili, że to może jakaś prowokacja? Ale w jakim kierunku, że
np. mam hotdoga, na dodatek na uwięzi, zaobrączkowany. Jestem jak
byczek itp. itd.
Myślę, że jako Blog(i)erka moję wątpliwość rozwiejesz i myśli moje na
poprawną drogę skierujesz, bo póki co błąkają się nie wiadomo gdzie.


 Ponieważ że ja nie bardzo wiedziałam, o czym ty, mój drogi Konstruktorze do mnie rozmawiasz, zasięgnęłam byłam języka u lepiej poinformowanych w temacie rzeczonym. Niestety, ani moje osobiste zdziwienie od tego zasięgania nie zmniejszyło się było, ani Twoje uwętualne wątpliwości nie rozwieją się raczej. Jedyne, co udało się ustalić, to, że ów celebryta zwie się jakoś tak od pierożka, czy cóś... ale nie zapamiętałam dokładnie.

Na trzymaniu hotdogów na uwięzi, to ja, mój drogi, mało się znam, choćby z powodu braku rzeczonego doga. Ostatnia nasza nadzieja, że zajrzy tu ktoś, kto wie! I zechce się podzielić wiedzą... Jedyne, co mnie przychodzi do głowy, to, że celebryta ów myć rąk może nie lubi, jak myślisz? Wody się boi może? A może to taka męska wersja pasa cnoty jest? Nie mam pojęcia...

Co tam rozporek na łańcuchu, czy sznurku, Konstruktorze! Grunt to mieć dzieci. Dzieci to przecież szczęście samo, pociecha i oparcie wszelakie.

Właśnie przerobiłam powiedzmy namiastkę tego szczęścia, z powodu nieoczekiwany kontakt z latoroślą. A dzieciątko, niebożę, 2 metry niemalże,  ogólnie takie sympatyczne posiadam. I właśnie nieszczęśliwym zbiegiem okoliczności powróciło do dom. I z miejsca poprawiło i tak nadwątlony do granic humor. Otóż, usłyszałam właśnie, że zamiast sprzątać, jak każdej przykładnej pani domu przystało, to ja sobie serfuję w sieci. I dodało, znaczy dzieciątko, że: A nie myślisz, że może wiek nie po temu, żeby na Facebooku urzędować?

Na moje pytanie, czy aby nie uważa, że powinnam się już ułożyć wygodnie i oczekiwać na wiadome, na gębusi pojawił się mało sympatyczny, a bardzo dwuznaczny uśmieszek. Czyli - powinnam.

Dzieciątko zapytało jeszcze, czy ja sobie przypominam swoja mamę siedzącą przy kompie?
No, nie przypominam sobie. Ale, czy wiesz, drogie moje dziecię, że babcia nigdy też nie pracowała przy komputerze? Czy to znaczy, że ja mam rzucić robotę? Bo też wiek nie po temu? A jeszcze zwracam ci uwagę, że babcia na emeryturze była już w wieku 55 lat, ja mam już ciut jakby więcej, a widoki na tę emeryturę raczej dalekosiężne, nazwijmy to oględnie. Więc ja sobie wypraszam wszelkie wytykanie, a jeszcze bardziej wtykanie mi. Nosa w nie swoje sprawy. Jeżeli mnie nie wypada na tym Facebooku, to tobie, skarbie też nie wypada bawić się grami! Zwracam uwagę, że z ciebie jest też taka młodzież, jak ze mnie śpiewaczka!

I tak to sobie ( w skrócie) przyjacielsko pogawędziliśmy w gronie rodzinnym, a Pan Monsz miał ubaw po pachy!

I humor popsuł mi się do reszty.


środa, 16 marca 2016

Dzienniczek obywatelski (11)

Piętrzą się te komisje, podkomisje i inne takie twory. A wszystkie polityczne.

Dzisiaj obradowała Komisja, w sprawie podkomisji zdaje się, zresztą nieistotne! To parlamentarne cóś będzie od badania aktu terroru w Smoleńsku. I wynik badania w zasadzie znany już jest, choć, gdyby komuś się wydawało, że od dawna, bo Komisja ds. badania wypadków lotniczych już raport opublikowała, to ten ktoś się myli!
Wyniki badania znane są ministrowi Macierewiczowi & Co. I on, ten wynik znaczy, obejmuje 18 przyczyn jednego wypadku, o którym nikt przy zdrowych zmysłach słuchać już nie chce. Wylewaliśmy morze łez, wszyscy, zjednoczeni nagle i niespodziewanie. Na moment zasypane zostały podziały, płakali zwolennicy PiS, rozpaczali wyborcy PO, SLD, a nawet nie popierający nikogo. Ale ten słodko-smutny obrazek namalowano na plaży...podczas odpływu. Przypływ gniewu, nienawiści i goryczy, który po katastrofie dotknął zaledwie kilka osób, rozlał się na cały kraj niczym ten biblijny potop. Zmył tę słodycz zjednoczenia i wypłukał sól z łez.
I 6 lat trwa już ta wojna narodowa... I gdy już się wydawało niektórym, że emocje przyschły i żałoba się wreszcie kończy, to wichrzyciele wzięli sprawy w swoje ręce i pazurami rozdrapują zabliźnione rany.
Są jak gangrena, nie spoczną dopóki nie strawią wszystkiego, nie uśmiercą tego wątłego organizmu, jakim jest nasza Ojczyzna.

Idą po trupach. Burzą, podpalają i niszczą wszystko na swojej drodze. W tej pożodze ginie nawet patriotyzm. Jeszcze podnosi się, wychodzi na ulice pod sztandarami walki o demokrację, ale resztką sił. Wyzywany, poniżany, obrzucany obelgami...

I ja też, wciąż jeszcze próbuję znaleźć w sobie siły i chęć do kochania. Polski. Ale pomału wypełnia mnie strach i opuszcza nadzieja i wiara. Wiara w sens. W głowie mam tylko jedno pytanie: Czy to wciąż jest mój kraj? Coraz częściej coś szepcze mi do ucha: NIE...

Modlitwa
Jeśli gdzieś jesteś, o mój dobry Boże!
Przybyć z odsieczą tu chciej!
Gdy naród rozumu odzyskać nie może,
Ty naród ten...
w opiece swej miej...

Aż trudno mi uwierzyć, że napisałam to w 2006 roku... a równie dobrze mogłoby być wczoraj...albo - dziś!

niedziela, 13 marca 2016

"Szczygieł", Donna Tartt

Kilku tygodni potrzebowałam, żeby doczytać tę książkę do końca. Utknęłam gdzieś około 700 strony i dalej nie mogłam się przebić. Zalągł się we mnie nieokreślony lęk. Przed czym? Próbowałam sobie na to pytanie odpowiedzieć, ale nie znalazłam odpowiedzi.

Wczoraj wzięłam głęboki oddech i przebrnęłam przez tych sto kilkadziesiąt ostatnich stron książki. I zrozumiałam swój lęk. Wiem teraz, że bałam się tego, co Autorka mi powie, jak zakończy tę opowieść.

Niczego, co mogłoby wzbudzić we mnie pozytywne uczucia, nie znalazłam na kartach tego dzieła.

Szczygiełek, ptaszek, którego tak często zimą obserwuję przez firmowe okno, ptaszek, uwieczniony na zdjęciu, przez okienną szybę, objadający się w naszej ptasiej stołówce. Ptaszek, który trafił do popularnego określenia kogoś z poczuciem humoru, kogoś pełnego wewnętrznej radości - wesolutki, jak szczygiełek!

Tu, na obrazie Fabritiusa, ptaszek uwięziony. Ma skrzydła, mógłby odlecieć, ale ktoś przykuł go do ściennej półki, krótkim łańcuchem. W maleńkich oczkach rezygnacja. I duma. Odebrano mu wolność, ale nie odebrano godności i wolności maleńkiego serduszka.

Theo, uwięziony w świecie, którego nie lubi, w którym nie potrafi się odnaleźć, świecie, którego się boi. Wszystko, co robi, jest moralnie, etycznie, powszechnie niemile widziane. Czasem otwarcie złe. Narkotyki, alkohol, oszustwa, kłamstwo - nic nie jest mu obce.

Ale czarna, nie jest do końca nawet czerń, gdzieś zawsze pojawi się błysk światła, jakiś promień, który ją rozświetli, odmieni, złagodzi.

Kilka cytatów, bo znamienne:

"Miejsce, gdzie rzeczywistość styka się z ideałem, gdzie żart staje się poważny, a każda poważna rzecz żartem. Magiczny punkt, gdzie każda idea i jej przeciwieństwo są tak samo prawdziwe"

" Jedyne prawdy, które mają dla mnie znaczenie, to te, których nie rozumiem lub nie jestem w stanie zrozumieć. Wszystko, co tajemnicze, dwuznaczne, niewyjaśnione. Co nie pasuje do opowieści lub co jej nie ma. jasny błysk na prawie niewidocznym łańcuchu. Plamka słońca na żółtej ścianie. Samotność, która oddziela każdą żywą istotę od każdej innej żywej istoty. Smutek nierozerwalnie związany z radością."

"I zrozumiałem to, choć jest to straszna świadomość. Nie możemy wybrać, czego chcemy, a czego nie chcemy, taka jest trudna, samotna prawda. Czasem chcemy czegoś, choć wiemy, że to nas zabije. Nie da się uciec przed tym, kim jesteśmy."

Walka z samym sobą, to walka z wiatrakami.

I na koniec jeszcze jeden fragment:

"I choć bardzo bym chciał wierzyć, że za iluzją kryje się prawda, z czasem doszedłem do przekonania, że tak nie jest. Albowiem między "rzeczywistością" z jednej strony a punktem, gdzie umysł styka się z rzeczywistością, istnieje strefa pośrednia, tęczowa krawędź, gdzie rodzi się piękno, gdzie dwie zupełnie różne powierzchnie mieszają się i stapiają, przynosząc coś, czego nie jest w stanie dać życie: w tej przestrzeni mieści się cała sztuka i cała magia."

Jest jeszcze coś, co sobie odnotować muszę, bo przywołało mi pamięć o innej książce, którą kilka miesięcy temu czytałam. Pippa, mądra dziewczyna, zwichnięta przez okrutny los w tych samych okolicznościach, co Theo tłumaczy mu, czemu, choć go kocha i wie, że on kocha ją, nie mogą być razem. Pippa wie, że dwoje naznaczonych piętnem ludzi nie może stworzyć szczęśliwego związku, szanse na to są prawie żadne.


"Szczygieł", to bardzo, bardzo dobra książka. Autorka, to wielka pisarka. Zasłużyła na nagrody. Wiem, że kupię teraz "Tajemną historię" i "Małego przyjaciela". Ja po prostu muszę je przeczytać.

I przytulić. Dzięki, Donno!



Jak za komuny

Niedzielny ranek. 13 dzień miesiąca. Jak wtedy, gdy w TV pojawiło się stado Wron. tak, to prawda, wtedy był grudzień...

Pan Monsz wstał pierwszy. Mówi: Obiecaj, że nie będziesz otwierać komputera, chociaż do południa!
Będę - odpowiadam - muszę popracować. A czemu mam nie otwierać, coś się stało, gryzie, czy co?
No, dobrze... zobacz - odpowiada Pan Monsz - wiesz, ile osób było na wczorajszej manifestacji?
Bardzo dużo - odparłam krótko.
Nie, mylisz się! Kilka osób. i pokazał mi Publiczną TV w sieci.

Zaspana jeszcze, ale przetarłam oczka, nadziałam drugie i zerkam w jego monitor. A to co????

No, to właśnie ma być ta manifestacja, Agrafko! Jak za Stalina mamy! Manipulujemy faktami, jak wtedy.

Hmmm... Wiesz, teraz widać wyraźnie, na jakich wzorcach opiera się nowa władza. Wielu, zwłaszcza starych ludzi, nie ma w domu komputera, Facebooka, kontaktów ze światem, mają tylko jedynie słuszną TV. I można im wmówić wszystko, co się tylko chce! Nawet trudno mieć do nich żal, czy pretensję, że potem głosują, jak głosują! I w ogóle, że myślą, jak myślą. Oni wierzą w media państwowe, tak ich nauczono i nic, ani nikt tego nie zmieni... Masz rodziców, wiesz. Nawet nie warto zaczynać dyskusji!

Dlatego, Panie Monszu, ja muszę zadzwonić. Oni są na każdej manifestacji. I popatrz... też emeryci, a jak różni...
No, tak, ale oni nie chodzą do kościoła, tylko kierują się rozumem. A to wymaga wysiłku, na który wielu jakoś nie stać.

A wiesz, co mnie cieszy najbardziej? To, że manifestacje w obronie demokracji i Konstytucji są pełne uśmiechu, radości, która płynie ze świadomości, że jest tak wielu Polaków, którzy nie wpisują się w tę dobrą zmianę na gorsze. I, co najistotniejsze, nikt nikogo nie tłucze parasolką, nie niszczy kamer, ani nie wyzywa! Nie ma w tym marszu nienawiści. Jest czasem szyderstwo, ale głównie wezwanie do poszanowania wszystkich, a nie jedynie wybranych.

Pan Monsz wysłuchawszy mojego przemówienia dodał tylko krótką puentę:

Sikorski mówił, pamiętasz?, że trzeba "dorżnąć watahy". Posypały się na niego gromy, bo słownictwo nie takie, bo nie można tak o przeciwnikach... Teraz PiS dożyna  watahy i wszyscy milczą.

A ja dodałam: Muszę przyznać ci rację, chociaż niechętnie, ale to prawda, że gdy ktoś artykułuje głośno groźby, to jest to łamanie dobrego obyczaju, brak kultury i podlega surowej karze, a gdy ktoś inny je wprowadza w czyn, to natychmiast znajduje się jakiś cel, który uświęca drastyczne środki...

Kolega Konstruktor napisał, że w tv Republika podano wyniki sondażu. 92% jest za odrzuceniem opinii Komisji Weneckiej, 8% za jej przyjęciem.

No, to kto jeszcze nie wie, dlaczego oni śpiewają "Nie rzucim ziemi, skąd nasz ród?". Jak się jest rodem z PRL-u, to się rozstać z nim nie sposób.

sobota, 12 marca 2016

Świecówki

Muszę rozwinąć wczorajszą notkę, bo coś mi nie daje spokoju. Olśnienie przyszło o świcie. Adam Grzesznik źle postawił pytanie, a właściwie oba, które zadał jakby jednym tchem.
I ja w tym czułam jakiś dysonans. Jak wtedy, gdy słucham jak jakiś lansowany na siłę artysta od siedmiu boleści wyje niemiłosiernie, nie śpiew słychać, tylko pojękiwanie, a muzycy dają czadu hardrockowo. I te jęki nie współgrają z rytmem.

Ale nie o tym miało być, wróć Agrafko do meritum.

Otóż, moim zdaniem pytanie powinno brzmieć tak:

"czemu, choć trzymam w dłoni świecowe, kolorowe kredki, moje obrazy wyglądają, jakbym szkicował węglem?"

Bo to nie o to idzie, że te kredki, to byle jakie narzędzie! To wspaniałe narzędzie, jak każde inne. Pod warunkiem, że w dłoni prawdziwego artysty. Ktoś, kto ma ten dar, umiejętność tworzenia obrazów, nawet patykiem na piasku stworzy arcydzieło. Jeżeli chce. I czuje taką potrzebę.

Wydaje mi się, że Adam trzyma w dłoni te świecówki, rysuje nimi swój świat, ale kolor blaknie i zostaje tylko szkic do obrazu. I dotyczy to obu pytań, bo efekt pisarski i życiowy jest inny, niż zrodzony w wyobraźni posiadacza kredek.


Tak... a jeżeli artyście się nie bardzo chce, to:

Poeta ( lamus, grudzień 2007)

zniszczone ma ręce
i umysł wytarty
zziębniętą szyję owija szalikiem

wierzył, że poezji
wnet zapełni karty
z czapką w dłoni stoi
pod cudzym pomnikiem


Nie pamiętam gdzie to wyczytałam, ani kto jest autorem, ale podobało mi się to:

Pisarz wie co chce powiedzieć, ale nie wie - jak to powiedzieć. Poeta wie jak powiedzieć, ale nie wie co chce powiedzieć.

Ja mam w sobie takie 2 w 1, czyli ani nie wiem do końca co, ani też nie wiem jak...

Wszyscy zachwycają się wspaniale dobraną fotografią Huhg Hefnera do tego posta. Czemu nikt nie napisała, że to zdjęcie jest ... martwe? jest jak zrobione w muzeum figur woskowych. Nie ma na nim żywych ludzi. Jest zimne. Tak, martwe w swojej wymowie. Brrr...

piątek, 11 marca 2016

Dlaczego mażemy świecówkami?

(...)I tylko teraz przyłapałem się na tym, że zastanawiam się dlaczego nie umiem, dlaczego zamiast w końcu nauczyć się pisać ja nadal tylko mażę świecówkami.

źródło tego tekstu: grzesznikadam.blog.onet.pl "Mażę świecówkami"


Nie zamierzam włączać się do dyskusji na tym blogu, ale tu mogę sobie poszaleć, prawda?

Odpowiem na to pytanie sobie, nie autorowi. Bo nie tylko on je sobie zadaje.

Dzielimy się na:

1. beztalencia, nieświadome tego faktu, więc przekonane, że jest przeciwnie i realizujące się w dziełach niepotrzebnych nikomu
2.  beztalencia, świadome tego faktu, ale wciąż podejmujące próby nauczenia się, mimo, że talent się ma, albo go nie ma. Kropka. Też realizują się w czymś, co psu na budę chyba...
3. utalentowanych, ale nieświadomych tego faktu, w związku z czym nigdy nie poznanych
4. utalentowanych,  świadomych, ale z przerośniętym ego, więc realizujących w nadmiarze, niekoniecznie udanym
5. utalentowanych, świadomych niby, ale nie mogących w ten swój dar uwierzyć, więc obdarowujących nas perełkami sztuki
6. utalentowanych, ale leniwych, zatem bez twórczej realizacji
7. utalentowanych, ale nie dysponujących czasem, więc bez twórczej realizacji
8. utalentowanych "zakaźnie", czyli stosujących metodę "zaraz", co, jak wiadomo, oznacza wielką bakterię.

Teraz trzeba tylko sprawdzić, którym się jest przypadkiem.

Ja jestem tym nr 2. Stanowczo.

A tu wiosną powiało znowu:

http://ceramika-reni.blogspot.com/

Reni, co Cię teraz naszło na te wietrznice? ładne zresztą :) bardzo!



wybrańcy narodu

Humor mam kiepski. Sytuacja jest przygnębiająca. Wybrańcy narodu przekroczyli już dawno wszelkie granice. Arogancji, nonszalancji i autorytaryzmu. Źle to wygląda, naprawdę bardzo źle.
Tym gorzej, bo ci, którzy teoretycznie myślą jak normalni ludzie, poddają się tej manierze lekceważenia przeciwnika i deprecjacji wszystkiego, co nie mieści się w granicach ich poglądów.
Ja wiem, rozumiem, że w takiej atmosferze, trudno utrzymać nerwy na wodzy. To niełatwe... Mnie też cisną się na usta bardzo nieporządne określenia, epitety też. Ale staram się, naprawdę się staram mówić i pisać tak, żeby nie obrażać, a wytykać tylko to, co negatywne jest, przynajmniej w mojej opinii. Na Facebooku jednak wrze... Ludzie, pozornie zjednoczeni w ruchu oporu, prześcigają się dosłownie w inwektywach pod adresem. Ktokolwiek napisze coś, co im nie pasuje, jest natychmiast wyzywany od trolli, pisiorów, etc... Czym to się różni od wyzywania nas przez przywódców i popleczników PiS? Niczym! Niczym i jeszcze raz - NICZYM!!!
Stop! Stop nienawiści i nietolerancji. Niech ścierają się argumenty, a nie wyzwiska.

Słuchaj, dzieweczko!
Ona - nie słucha...

Posłanka Pawłowicz napadła na emerytkę. Słownie napadła. W odpowiedzi na list emerytki w sprawie podwyżki emerytury o około 5zł. Pani posłanka, niby z pytajnikiem, ale jakby niechcący wstawionym (sądząc po treści całości wypowiedzi), zasugerowała emerytce lenistwo przez 50 lat pracy. Oczywiście, pani posłanka, to ciężko, "ręcamy i nogamy" przekopuje się przez tę górę problemów naszego kochanego ludu, więc zasługuje na wysokie dochody. To się przecież rozumie samo przez się.

Staram się. Rozumieć.

Wola narodu

Naród. Pani Beata Kempa wczoraj podniosła mi znowu ciśnienie. Jakby ono od 25 października w ogóle było niskie!
Pani Beata odpowiadając na pytanie o publikację wyroku TK odpowiedziała, że oczywiście publikacji nie będzie, bo to żaden wyrok, tylko opinia. A rząd postępuje zgodnie z wolą narodu. I teraz nie wiem, czy z wolą narodu, czy NARODU?

Bo, o tym, który wybrał Panią Beatę, to ja raczej myślę "naród". Mam prawo, a co? Ja mogę być dla nich gorszego sortu, w tych strzyżonych pijawkach, z marchewką w zębach i na rowerze, to oni mogą być narodem. Ja tam jestem NARODEM. A przynajmniej tak uważam JA. A JA, to dla mnie wcale nie byle kto, ani żaden gorszy sort!

czwartek, 10 marca 2016

Przedświt

Wiosnę czuć już wyraźnie. Około 6:00 rano, zanim jeszcze obudzi się na dobre słońce, ptaki zaczynają nieśmiałe trele. Pierwszy odzywa się kos. Nie mogę go wypatrzeć, kryje się gdzieś w starych lipach. Na razie ćwiczy. Najpierw pogwizduje cichutko, niepewnie jeszcze, próbuje znaleźć swoją tonację. Potem zaczyna przedrzeźniać innych, naśladuje kota. Zabawnie brzmi, gdy z czubka drzewa dobiega miauczenie, takie troszkę śpiewne. Ale całkiem udane! Troszkę później dołączają sikorki, te są jak dzwoneczki u sań. Dzyń dzyń...dzyń dzyń... nawołują się w starych świerkach. Nie podoba się to sójkom. Te, zaspane, z nastroszonymi łebkami, podskakują na łysych jarząbach, nerwowo trochę. I terkoczą zabawnie przy tym. Po drugiej stronie ulicy mieszkają drozdy, kwiczoły. No, te gdy się już obudzą, to dopiero zaczyna się awantura. Zdaje się, zadomowiły się tam cztery, płeć nie jest mi znana. Ale pierze sypie się, gdy wstaje świt. Cała reszta ptasiej menażerii czmycha, gdzie popadnie, najchętniej pod te świerki i siedzą tam, aż bijatyka się skończy. A hałas jest taki, że słychać przez zamknięte drzwi! Nie wiedziałam, że drozdy, to taki awanturniczy naród!?

Przypomina mi PiS. Gdzie się pojawią, tam wojna i blady strach. I ratuj się, kto może! I też chcą zawłaszczyć dla siebie całe terytorium miejscowe.

Z tą jednak różnicą, że gdy wiosna się na dobre rozgości, przyjdzie czas na ptasie miłości i awantury się skończą. Zapanuje powszechna zgoda, gdy już każdy pierzasty samiec dobierze się do samiczki. Seks będzie lekarstwem na ptasie niesnaski. Ciekawe... może te awantury polityczne PiS też wynikają z niedo... Moja była teściowa mawiała, że  wszystkie złe humory są z niedo. Może miała rację? Może władzy przydałby się taki Pantaleon  i baon wizytantek?

Rekrutacja

https://www.youtube.com/watch?v=WfYODSCAhy0


Wiceszef MSWiA. O rekrutacji protestujących Polaków. Oczywiste, że siły politycznych przegranych rekrutują, zwożą autokarami, bo społeczeństwo,o! społeczeństwo, to całe kocha obecną władzę! Od maluczkich do staruszków. Wszyscy kochają. Tylko ci przegrani nie dają kochać. A w dodatku jeszcze kuszą pieniędzmi za przybycie na manifestację. Tak w każdym razie mówi obecna władza. Bo, że tak nie myśli, to gołym okiem widać: oczka rozbiegane (jeden minister), uśmiech nr8 przylepiony  ( tu pani minister),  rumieniec, jak u 16-tki (jeden, ulubiony minister).
No, fajnie, fajnie...

Niezależne media niezwłocznie przypomniały widzom, jak PiS zwoziło autokarami protestujących krzykaczy, gdy np. Prezydent Komorowski gdzieś się pojawić miał. Cóż, na protesty KOD ludzie tłuką się kolejkami, autobusami, własnym transportem, ale autokarów akurat nie widać.

Pan A.D. oraz Jego Ekscelencja raczyli obrazić w swoich wystąpieniach wszystkich naszych sojuszników.

Jeszcze sympatyczniej, o, dużo lepiej się od razu zrobiło.

I pomyślałam, że - jak zwykle - patriotami okazali się w naszym kraju nie ci, którzy patriotyzm mają na ustach, ale ci, którzy ten patriotyzm mają w głowie!

A na Facebooku ktoś wrzucił cudny tekst odpowiedzi obywatela gorszego sortu. Odpowiedź dla w/w szefa MSWiA.

Do KOD rekrutowali mnie:
Jarosław K.
Andrzej D.
 Beata Sz.
Beata K.
Zbigniew Z.
Gdyby nie oni, w ogóle nie wiedziałbym, co to jest ten KOD.

I znowu uważam, że komentarz niepotrzebny jest. 

środa, 9 marca 2016

Wyroki o wyroku

Trybunał Konstytucyjny orzekł dzisiaj, że ustawa o TK autorstwa PiS jest niekonstytucyjna. Sobie orzekł. Zdaniem ministra sprawiedliwości to nie było formalne posiedzenie i orzeczenie, tylko spotkanie kilku sędziów, którzy sobie bezprawnie pogadali i wyrazili opinię, której władza nie akceptuje i nie zamierza respektować.

Koniec. Byłby koniec, gdyby wcześniej minister nie wzniósł się na krasomówcze wyżyny i powtarzając w trybie przypuszczającym, że jeżeli okaże się itd.., wyrażając przy tym swoje rzekome zaniepokojenie wyciekiem projektu wyroku do pewnego medium internetowego, nie zagnieździł w tępych umysłach wielu słuchaczy informacji tej, którą chciał, ale w trybie już twierdzącym. A to istotna różnica.

I ciąg dalszy niewątpliwie teraz nastąpi.

A czy jest ktokolwiek, rozsądny, kto wątpi, dlaczego ta informacja wyciekła?

Ja takiej osoby nie znam. Nikt nie był zdziwiony, a nawet - wszyscy się tego wycieku spodziewali.
Te metody już znamy. I pamiętamy.

Rząd wydał komunikat, że wyrok nie zostanie opublikowany, bo jest bezprawny.

I tyle w temacie.

Bez komentarza.

wtorek, 8 marca 2016

8 marca w kontekście

Pielgrzymów ci dzisiaj było dostatek. W firmie. Kochani panowie obdarowali nas dziesiątkami tulipanów, głównie żółtych, moich ulubionych. Oczywiście, nie obyło się bez słodyczy, naturalnej, czyli całusów i cukierniczej, czyli ciastek i ciasteczek przeróżnej maści. Najwyraźniej jesteśmy za chude. A faceci wolą apetyczne, krągłe tu i jeszcze ówdzie. Zwłaszcza ówdzie.

Śniadanie poszło w odstawkę, a teraz lekkie mdłości. Ciąża żołądkowa, ha ha!

Nic to, było miło.

Gorzej w polityce. PiS już zapowiedziało, że wyrok TK w sprawie TK, czyli nowelizacji z listopada ub. roku, uchwalonej i podpisanej na ulubionej ostatnio,  nocnej zmianie, będzie jedynie opinią, a nie prawomocnym wyrokiem.

I jeszcze nastąpiła uroczysta inauguracja inwigilacyjna. Będą badać, jak odbywa się nabór do KOD.

A w pewnej szkole podstawowej, przesłuchanie ośmiolatkom zrobiono. Bo w toalecie, na ścianie ktoś nabazgrał napis "Andrzej Dupa". I blady strach padł był na grono. Pedagogiczne zresztą. Szacowni gogowie przeprowadzili śledztwo, z grafologicznym badaniem charakteru bazgrołów. Autora nie ustalono, zdaje się. Ale gogowie zabezpieczyli się przed ewentualnymi konsekwencjami, gdyby jednak ktoś doniósł, że napis był.  A Andrzej to imię obecnie zastrzeżone powagą majestatu. Rodzice są oburzeni. A ja ich nie rozumiem. Wczesny komunizm, no dobrze - socjalizm, charakteryzował się tym, że na rodziców donosiły dzieci. Nieświadomie najczęściej, bo dzieci, jak to dzieci, różnicy między kłamstwem, a nie powiedzeniem prawdy, jeszcze nie znają. Więc chętnie opowiadały niewłaściwym uszom, o czym to rodzice rozmawiają w czterech ścianach zacisza domowego. I teraz mamy powtórkę z rozrywki. Czyli, kochani rodziciele maluczkich. Jak chcieliście 500+, to teraz buźka w kubeł. Nie ma tak, że panu bogu świeczkę, a diabłu ogarek. Siedzieć cicho i się cieszyć! Takie czasy. Sami chcieliście, narzekać teraz nie macie prawa. I narażać bachorki na te doświadczenia dochodzeniowe też.

Bezpieczeństwo

Koleżanka:
" No, kurza twarz! Co oni tu piszą? Napisali, że w szkole były wczoraj zajęcia pod hasłem "bezpieczny Internet"! A, o ile wiem, to bachorki cały dzień spędziły w kościele!
Agrafka:
No i dobrze! Jak dzieciaki w Necie nie serfowały, to na pewno Internet był bezpieczny! Bo, to jest, moja kochana, tak, jak z bezpiecznym seksem. Jak się nie używa, to jest bezpieczny, prawda?

niedziela, 6 marca 2016

Panny wiosenne

Ceramika. Autor: Renata Pieczonka

Podobają mi się. Zwariowane, niepoprawne i nieświadomie zalotne z tymi, rozwianymi wiosennym wiatrem włosami, na których przysiadły ptaki. Ta ceramika jest taka...krotochwilna i zaczepna. Postawiłabym je wszystkie na kominku, najlepiej takim tradycyjnym, wykończonym kamieniem, może alabastrowym? Eh, nie mam. Szkoda...

sobota, 5 marca 2016

Dzienniczek obywatelski (10)

Zamiast notatek, dzisiaj tylko zrzut widoku:





Czułość

Wczesnym rankiem, przeciągając się jeszcze pod kocykiem, nie uchylając jeszcze nawet powiek, poczułam, że ktoś bierze w dłonie moją zaspaną buźkę i szepcze mi do ucha:

Dziękuję ci, że wytrzymałaś ze mną tak długo. Ale sama jesteś sobie winna - gdybyś wtedy nie powiedziała "tak", to nie musiałabyś mnie znosić tyle lat! 

Na stole czekała na mnie kawusia, pachnąca i gorąca, na dobry początek dnia. Spojrzałam spod wpółprzymkniętych powiek w okno, pochmurny dzionek będzie. Ale, jakby w pokoju zaświeciło słońce. Specjalnie dla mnie...

Będzie dobry dzień. Politycy niech się nawet pozabijają, moja kadencja wciąż trwa i cieszę się 100% poparciem, ha ha!!! I co, panowie i panie posłanki? Można? Jasne, że można! Trzeba tylko się naprawdę postarać!

O rany...33 lata??? No, no... brzmi jak...wyrok?

piątek, 4 marca 2016

Dzienniczek obywatelski (9)

Minister Ziobro będzie naczelnym  inkwizytorem IV RP. Z władzą absolutną nad informacją publiczną na dodatek. Proponuję na tę okoliczność likwidację GIODO przeprowadzić, aż dziw, że jeszcze tego nie dokonano. Skoro pan Z. może od teraz linczować dowolnie wybrane osoby, ujawniać, co mu się żywnie podoba, to GIODO, jako instytucja, a co za tym idzie wszystkie, znane nam przepisy o ochronie danych tracą rację bytu. Ciekawe, kiedy my, jako społeczeństwo utracimy tę rację? Bytu, mam na myśli, bo rację, jako taką utraciliśmy już. I ja bardzo źle się z tym czuję. Tym bardziej źle, że - jak widać po sondażach i opiniach większości obywateli: Polacy, nic się nie stało!

Stało się. I obojętność na to zło, które się wokół nas dzieje, jest zawstydzająca. Szkoda tylko, że nie wstydzą się ci, którzy dają na to zło przyzwolenie swoją obojętnością. Przywołam trylogię o Władcy Pierścieni, przez wielu uważaną za bajkę. To nie jest bajka, a nawet jeżeli tak, to morał z niej ma wartość ponadczasową. Siła tkwi w jedności i solidarności. Nie tej, naszej obecnej, związkowej, bo ta aż kipi partykularyzmem. Ale, z tej bajki każdy rozumny człowiek wyczytać musi, że wobec potopu złych mocy, w cieniu destrukcji rodzić się powinno porozumienie ponad podziałami i interesem jednostek. Nie można skupiać się na pozorach wolności, gdy prawdziwa Wolność zagrożona jest. Frodo, który mógł przecież żyć sobie spokojnie, popijając z kumplami piwko i przyglądając się motylkom w ogrodzie, zostawił tę sielankę za sobą, dźwignął ciężar odpowiedzialności za Śródziemie. Nie żałuje się przecież róż, gdy płonie las, prawda?

Spece od  Public Relation partii rządzącej od kilku miesięcy, tak starannie przygotowują wszystkich medialnych lanserów, że aż dech zapiera. Wszyscy, oddelegowani do mediów posłowie PiS przemawiają tak, jakby klepali paciorek. Na dodatek z wielkim zaangażowaniem. Tak wielkim, że popadają w słowotok. Chyba bierze się to z lęku. Każda, choćby najkrótsza przerwa na głębszy oddech, że o wypowiedzi interlokutora nie wspomnę, wybija ich z rytmu i zapominają, na czym skończyli. Nie dopuszczają więc nikogo do głosu, wypluwając z siebie te, najczęściej obelżywe dla wszystkich myślących inaczej, treści wyuczone na pamięć. Od tego jadu mam już ogólne zakażenie organizmu.
I gangrena mnie zżera do trzewi.

Już nie jestem zwyczajną, nie wyróżniającą się specjalnie z tłumu, Agrafką. Ja teraz jestem:
- Polką gorszego sortu
- zaprzańcem
- donosicielem
- popłuczyną posocjalistycznych elit
- elementem wojny hybrydowej Putina
- zdrajczynią
- rowerzystką w futrze i z marchewką w zębach ( czyli homoseksualną wegetariańską dziwką, sprzedającą się obcym siłom za te futra)
- byłą UB-eczką
- żydokomunistką

Wszystko to zarezerwowano dla mnie odgórnie, jednogłośną uchwałą członków i sympatyków PiS.
Zatem - jak mam się czuć?

Dzisiaj wysłuchałam w "Piaskiem po oczach" pana Błaszczaka, ministra od wewnętrznych spraw zresztą. Wysłuchałam w milczeniu. Pan Monsz też nie wydał z siebie ani jednego dźwięku, nawet - jęku... Po kwadransie wyszeptać mi się udało tylko: Wiesz... jestem jak sparaliżowana. Mam wrażenie, że patrzy na mnie Oko Saurona, a na niebie widać cienie wysłańców Mordoru. Pan Monsz odpowiedział, patrząc mi w oczy: Wiesz, Agrafko... to jest gorsze, niż sekta... To jest fanatyzm w najgorszym, niewyobrażalnym dla normalnych ludzi wydaniu...

Jak długo pozostać trzeba będzie na wewnętrznej emigracji? I kiedy obudzą się ci, którzy mają ślepą wiarę? I - czy się obudzą? Nadzieja umiera ponoć jako ostatnia, ale...na moją urna już czeka.

czwartek, 3 marca 2016

Do Konstruktora MWO

 Podanie do Konstruktora Miotły Wiedźmy Odrzutowej

Zwracam się z prośbą.
Niezwykle zresztą uprzejmą.
By stanowisko mojej pracy
Wzbogacić o klawiaturę.
Jedną. Niedużą.
Bardzo w użyciu przyjemną.

Ja wiem, że miotła odrzutowa,
jako sprzęt dizajnerski,
nadto wysokiej klasy,
wyposażona w różne będzie
gadżety, opcje, i inne
takie tam – wygibasy.

Spodziewam się także, że aby
móc dać jej większego kopa,
nie zabraknie w ofercie sprzedaży
odpowiedniego laptopa.

Jako doświadczony sprzedawca
Szanowny Nasz Wynalazca,
dbając o koniunkturę,
winien w ofercie umieścić
także i klawiaturę.

Ażeby zapobiec kradzieży
szyfrować podpis należy,
na karcie, z czipem, który
wymaga odpowiedniej dziury!

Kartę do niej się wtyka,
a podpis już kablem pomyka,
i za chwil mało wiele,
wiadomo, kto właścicielem
tej miotły oldskulowej!

Lecz czytnik to wszakże nie winda!
Nie może na sznurku się dyndać,
lub w kieckę się wplątać, bowiem
wstyd i nieszczęście gotowe!

Pamiętasz, Mój kochany Konstruktorze to podanie?  Otóż, świadomą będąc białogłową, iż ponieważ Honorowy, jak mniemam, zadek waszmości podtruwa indagacjami nieustannymi, a samopoczucie doskwiera z powodów, które Waść znasz aż za dobrze, a ja rozumiem równie doskonale, nie będę zatem słać gołębi z listami do Waćpana, jeno pozwolę sobie tu zapodać w zarysie, co następuje:

Melduję, że staram się godnie zastępować Waszmość podczas nieobecności. Co znaczy, że firma sprawująca pieczę informatyczną zapewne w skrytości ducha śle pod moim adresem kwiecie rozmaite, we wiązankach wątpliwej urody. Jednakowoż, nie oglądając owych "bukietów" nie godnam wyrażać opinii na temat ich urody, bądź jej braku.  Zatem, jako że odebrałam staranne wychowanie, przymknąwszy ucho na ewentualne konsekwencje, a przymusiwszy zwiększenie nakładów energii ze strony Przywódcy oddziału informatycznego wsparcia, wymogłam wymianę klawiatury u znanej wszem z dobroci szczególnej, naszej potężnej Ochmistrzyni, tudzież u koniuszych nadzorujących ruch koni mechanicznych w zbrojnym ich, dwukolorowym przyodziewku. Powiem Waści na ucho, że argument, stosowany przez mnie w sytuacjach krytycznych działa bez zarzutu. Osobiście Kapitan Latającego Holendra pojawił się był o zaraniu z klawiaturami pod pachą. Oczywiście, nie raczyłam byłam poinformować Władcy naszego kochanego, że jakoby zamierzał urwać Kapitanowi czerep przy samej... niewymownej, o ile klawiatura u Ochmistrzyni działać nie zacznie. Ostatecznie, ja chyba wiem lepiej, o czym nasz Władca przemyśliwać raczy. A wszystko zaczęło się od tego, że onegdaj Ochmistrzyni złamał się klucz do spichlerza, zwanego RAKS, w którym przechowywane są najcenniejsze klejnoty rodzinne ( aczkolwiek nie te klejnoty, które po Waści kudłatej głowie od razu, niczym wszy chadzają!). I Ochmistrzyni wpadła w rozpacz czarną, zalewając się... łzami, a przy okazji wszystkich dworzan doprowadzając do ticków nerwowych. Znając skutki takich stanów naszej Och, imaginujesz sobie acan, co się działo we dworze? Szczęściem Król podejmował był akurat delegacją Honorowego i przebywał w nieświadomości. Mając zatem na względzie dobro i spokój, podjęłam osobiście próbę zażegnania nieszczęścia i dobyłam owe sole trzeźwiące, próbując zaprowadzić umiłowany ład i porządek we dworze, nim się Władca dowie. Jako, że podjęte przeze mnie próby zastosowania wytrycha spełzły były na niczym, przeto podjęłam stosowne działania, zamknąwszy się w tym celu w komórce wraz z załogą Latającego. Holendra zresztą.

Ciekawam teraz, ile z tego Waści udało się wyrozumieć?

Dla pewności przekładam na nasze: pogoniłam IT, bo Głównej zawisły środki trwałe, a Szef czekał na raport. Główna wpadła w szał,  jak to ona, a mnie znudziło się bieganie w tę i z powrotem, żeby rozmontowywać i montować tę cholerną klawiaturę, a program powiesił się na serwerze na amen, w tak zwanym międzyczasie. Wykonałam telefon do R. Ostrzegłam, że Szef przy samej d... im pourywa, jak Główna tego raportu nie zrobi na czas. Majtek IT niby coś zdalnie pogrzebał, ale pomogło tylko do kolejnego zawisu tejże klawiatury. Zatem dzisiaj był osobiście kapitan, wymienił. Na razie jest OK.

Śpij i odpoczywaj spokojnie. Opieprzać potrafię kogo trzeba, spokojna głowa.
SMS o treści: OK mile widziany będzie przez nas wszystkie, które Cię tutaj serdecznie, wiesz, itd...


Dzienniczek obywatelski (8)

MSZ wystosowało do Komisji Weneckiej niezbyt uprzejme pismo, w którym napisano, że Polska przeciek z Komisji uważa za gest polityczny i straciła zaufanie. Do Komisji Weneckiej straciła, to zaufanie. I oczekuje, że raport Komisja zatwierdzi dopiero w czerwcu, a nie w marcu, jak planowano.

Dlaczegóż dopiero w czerwcu? Bo będzie już po szczycie NATO. A USA zapowiedziały, że ich decyzje będą zależne od raportu w/w Komisji.

Reprymenda, zapewne ostra, czyli tzw. op...ol od Jego Ekscelencji, jest tak wyraźnie wymalowana na twarzach posłów i ministrów PiS, że aż miło popatrzeć. Siedzą teraz takie biedulki, przygaszone liczka, usteczka w podkówki, "albowiem prysły pomysły".
Ja bym powiedziała tak: Jak ktoś  przystąpił do mafii, to potem niech się nie dziwi, że szef tej mafii oczekuje ślepego posłuszeństwa.

środa, 2 marca 2016

Katy* pisze cd.

Tak, Agrafko przeczytałam ostatni post A.. owszem, pierwszy raz ciężko było mi przeczytać, ale przebrnęłam. Teraz mogę już nawet piąty raz przeczytać i powiem Ci, że treść za każdym razem wyostrza mi inne spojrzenie na daną sytuację.
Zwróć uwagę, że w opowiadaniu wcześniejszym, jak i w tym A. pełni rolę obserwatora, i też takimi oczami nam przedstawia daną sytuację. Nikogo nie ocenia, nikogo nie bierze pod lupę. Oprócz wyglądu zewnętrznego kobiet. Czyli tego, co ulotne, przemijające. Czy coś nam chce pokazać? Myślę, że tak. Pokazuje nam rzeczy, które sam niekoniecznie rozumie, ale takie są, prawdopodobnie tak jest, tak się dzieje. Powiedziałabym, że podświadomie A. je rozumie, tylko nie o to mu chodzi w tym co pisze, nie chce brać swojego rozumowania pod lupę. Zachowuje się trochę jak badacz socjologii konkretnej sfery intymnej.
Autor nie usprawiedliwia takich postaw, jakkolwiek wie, że ich istota i potrzeba zaspokojenia jest na tyle silna, że człowiek spore sumki zostawi, by w sposób niekonwencjonalny je ostatecznie zaspokoić. Może to jest dobry materiał do badań pewnych zachowań współczesnego człowieka XXI wieku. Nie wiem? Naturalnie, że nie generalizowałabym, to, co opisuje Adam, nie dotyczy całej populacji.
Mnie zastanawia fakt dostępności do zaspakajania takich potrzeb, do takich usług, że są osoby, które za dużą kasę są skłonne zaspokoić takie i inne dewiacje, a po drugiej stronie są osoby, które nie widzą nic złego w tym, co robią. Autor jednak co innego pokazuje nam. Zwraca uwagę,  że nie musisz krzywdzić kogoś, by zaspokoić swoją „wynaturzoną” chciwość... Popatrz, jakie jest to proste. Idziesz do odpowiednich osób, płacąc im za to i owo, dostajesz to co chcesz, nie ranisz przypadkowych osób, masz przy tym pełną anonimowość. Rzekomą anonimowość. Tego nie jestem pewna (ale tą kwestię zostawiłabym na inny temat do rozważania)
Wiesz Agrafko, dla mnie, jak i większości ludzi (mam taką nadzieję), kontakt seksualny jest ściśle związany z uczuciem fascynacji osobą, potem zakochania, a potem trwałego związku - jeśli jest to odpowiedni człowiek. Czyli cielesność traktuję jak osobiste sacrum. Nie patrzę na seks jak na sport, jako upust złym uczuciom. Wiadomo, że podczas seksu, podobnie jak i ciężkich ćwiczeń fizycznych, w organizmie ludzkim wyzwala się związek chemiczny podobny do działania narkotycznego, tzw. endorfiny.
Naturalnie, że źródłem pragnień jest nasze najbliższe środowisko, w którym się wychowaliśmy, dorastaliśmy. Ale chyba stres jest takim silnym czynnikiem, który nas rozbija wewnętrznie, z którym ludzie sobie nie radzą. Osoby zajmujące wysokie stanowiska, szefujący dużym firmom, mający ogromną odpowiedzialność za dobra osobiste, finansowe, materialne i jeszcze inne, na pewno są narażone na ogromną dawkę stresu i jak sobie z nim radzą? „Wielkość” ich patrzenia na innych z góry, z tytułu swojej możliwości kupienia za pieniądze niemalże już wszystkiego, tego co oferuje im Świat Uciech, pcha ich w jakąś potrzebę udowodnienia sobie sensowności tego czym się zajmują? Szukając potwierdzenia siebie w doznaniach już takich, które takie zwyczajne nie wystarczają? Przypomina to zachowanie….danie sobie w inny sposób, swojemu egoizmowi, pożywki. Sprawdza się, jak daleko jest granicę niemoralności, o przepraszam.. przyjemności, w stanie przekroczyć? Zachowania, zadawanie cierpienia, strach i ból połączony z dewiacjami seksualnymi. Brrrrrr….
Był taki dobry film „Osiem milimetrów” z 1999 r. z Nicolasem Cage, który pokazywał silną potrzebę czerpania przyjemności z doznań poza moralnością na tle dewiacji seksualnych (gwałty, bicie, śmierć). Nie chcę tej sceny, opisanej przez Adama, porównywać z tym filmem, bo daleko jej do tego. Ale coś jest na rzeczy.

i dalej:
2 marca 2016 09:44

Blogger katy:-* pisze...
W poście ostatnim i nie tylko tym ostatnim, a właściwie od początku 2015 r. , nie było takiego wpisu Adama, w którym by potwierdził, iż był z jakąś kobietą prywatnie czy zawodowo. Z mojego punktu widzenia, może ta jego postawa jest ważna, może za tym kryje się jakiś przekaz. Zwróć uwagę Agrafko, on kontroluje się i pokazuje, że można, że nie warto się poddawać pokusie, oddala tę przyjemność, choć sam podkreśla "bardzo chciałem", ale jednak powiedział NIE. I to jest wymowne. Pomimo że A. mocno powiązany jest z tym światem, w którym seks i inne zaspokajania, na tle seksualnym się kupuje, owszem czerpie korzyści finansowe choćby z faktu, że uczestniczy w tego typu grach, ale On zachowuje dystans, choć wprost nie mówi, że to złe, ale jednak nie korzysta dla swojej przyjemności, bo wie, że nie o taką przyjemność mu chodzi.
Autor nauczył się nie wszystko pokazywać. Ile jest prawdy o nim samym w tych wydarzeniach? Główną jego myślą jest, byśmy to MY mu uwierzyli, że to jest prawdą, bo to się dzieje naprawdę, ale jak jest? Może, może kiedyś prawda ujrzy światło dzienne...
Agrafko to są moje jedne z wielu myśli…co Ty na to? Mogę się mylić.
Ps. Hmmm… w ostatnim poście kobietę nazwał bardzo anonimowo literą A. om
Jak Anonimowa, jak Agrafka, jak…. ? ;) Myślisz, że może nas czytać? Manipuluje?

*******************************
Agrafka:

Katy... zacznę od końca - nie sądzę, że Adam w ogóle czyta inne blogi, ale - oczywiście - też mogę się mylić. Ważne, że chce  żebyśmy myśleli, że nie czyta. To, rzeczywiście, może być znamienne, jednak niech tak będzie. Ale jestem pewna jednego: mojego bloga nie czyta! Na 100%. O to, to ja jestem spokojna. Do mnie chyba tylko mój Konstruktor płci męskiej zagląda, bo mnie zna i lubi. Ale to zupełnie inny typ mężczyzny, jak przeciwny biegun w odniesieniu do Adama. Wyobrażasz sobie, że ktoś o takim usposobieniu, jak Adam, jest zainteresowany babskimi wynurzeniami, albo takimi czytelnikami, jak ja? Nieee...To raczej nie ten typ faceta... Ale, że manipuluje, to  pewne, jak dwa razy dwa cztery. Wiesz, tę A., to ja chyba pamiętam z jego książki, chyba z Faceta na telefon 1? Też tam był w Londynie chyba, zdaje się, że tam nawet poznał Jacka? Tego też nie jestem pewna. Ale była tam scena seksu homo i zbiorowego, czy coś w tym rodzaju... nie starałam się zapamiętać, bo próbowałam odnaleźć myśl w tej książce, a nie seks. Coś mi w meandrach pamięci błysnęło, że tę postać spotkałam już.

Sorki, troszkę podszlifowałam Twój tekst, bo widać, że pisałaś w ekspresowym tempie :), chwytając własne myśli na gorąco i parę literówek się wkradło. Ale w żaden sposób w sens wypowiedzi nie ingerowałam, przysięgam!

Muszę Ci powiedzieć, że na taką wiwisekcję to nawet ja bym się nie porwała. Brawo, Katy! Zrobiłaś to perfekcyjnie i tym razem to Ty mnie inspirujesz do "kontemplacji lewym kątem". Zanim przemyślę dokładnie, powiem Ci tylko, że chyba lepiej rozumiesz A. Może to kwestia wieku, jesteś ... no wiesz, młoda, w przeciwieństwie do mnie. Chyba bagaż doświadczeń mi uniemożliwia właściwą ocenę status quo. Pomyślało mi się, że jest tak:
Najpierw człowiek JESZCZE nie rozumie, a później JUŻ nie rozumie.

I tę myśl sobie zanotuję w swoim zbiorku "Myśli zawinięte w sreberko".

A propos, chowam w tym zbiorku takie swoje pomyślunki:

" diabeł, to też anioł, tylko w opozycji"
" w krzywym zwierciadle tylko rzeczywistość zyskuje na urodzie"
" cisza, to dźwięk, który stracił głos"

Wracając do meritum, ponieważ myślenie ma podobno przyszłość, pogadam ze sobą i zobaczę, jak teraz ja widzę Adama. Na razie zauważyłam tylko, że jego stosunek do czytelniczek się zmienił. Na lepszy. Już bez lekceważenia jawnego. Jest grzeczny, odpowiedzi są personalne, a nie do tłumu nieznanych ludzi. Nie śledziłam komentarzy do wcześniejszych postów na blogu, ale chyba z ciekawości detektywistycznej, porównam sobie, jak się zmieniał stosunek ( aj, dwuznacznie zabrzmiało :)) Autora do czytelników.

Tymczasem pa, Katy! Czekam na dalszy ciąg Twoich wniosków, są jak się zdaje - trafne bardzo!






Dzienniczek obywatelski(7)

Pan Andrzej D. napisał na Twitterze:

Lecha Wałęsa przez całe trudne lata siedemdziesiąte wygrywał z funkcjonariuszami SB. W Totka.


Ku pamięci odnotowuję sobie, ku  pamięci... Przecież nie chodzi o to, żeby pamiętać, tylko nie zapomnieć!

wtorek, 1 marca 2016

Dzienniczek obywatelski (6)

TVN, Tak jest, A. Morozowski zaprosił posła Neumanna i europosła Czarneckiego. Dyskusja o projekcie opinii Komisji Weneckiej.

Złotousty europoseł ogłosił, że jakiś minister z Kancelarii Prezydenta raczył był wyrazić pogląd następujący:
Gazeta Wyborcza opublikowała "przeciek" z Komisji Weneckiej specjalnie po to, żeby zablokować sporządzenie tegoż raportu w wersji przyjaznej dla działań PiS.

Obumarły mi chyba komórki mózgowe, bo nawet skomentować tego nie potrafię...
***************

Poszukiwania niewygodnych dokumentów trwają. Przeszukano dom gen. Jaruzelskiego. Znaleziono jakieś dokumenty. Nikt nie pisnął słowa, na czyj temat dokumenty owe są. Śledztwo w toku, nie można ujawniać zanim nie zostaną dokładnie zbadane. Obowiązuje zasada - spiesz się powoli. Dokładnie odwrotnie, niż w przypadku pewnej teczki, która tego śledztwa najwyraźniej nie wymagała przed jej udostępnieniem. Tak, ale tamta była takim stoliczkiem, do którego ktoś powiedział : nakryj się! I na życzenie pobożne stoliczek podał na tacy akurat to, na co ten ktoś miał apetyt przeokrutny.

***********************
Tak sobie myślę, że lepiej nie dopuszczać do głosu Wałęsy, bo on się na adwokata nie nadaje w ogóle, nie tylko w swojej sprawie.

***********************
Prof. Zybertowicz powiedział, że marsze KOD prawdopodobnie stanowią kolejną odsłonę tzw. wojny hybrydowej, prowadzonej przez Rosję. O matko!
Wyjaśniając, o co mu idzie, powiedział, że podczas takiej wojny nie zatruwa się wody, nie zabija, ale zatruwa się umysły.

KOD zatruwa umysły, znaczy...
Ratunku! Chociaż jedna szara, maleńka komóreczka! Po taniości, może być z secondhandu... dla mnie!

Miłość

Miłość nigdy nie jest prosta. I na receptę. Nie da się jej zażywać trzy razy dziennie po posiłku, albo przed. Miłość jest jak kwaśne jabłko, które pachnie i kusi, a nagryzione, sprawia, że cierpnie skóra.

I, jak z tym jabłkiem zielonym, lepiej poczekać aż dojrzeje, tak miłości trzeba dać czas, żeby wypełniła nasze życie swoim aromatem. Czasem bywa za późno, by się nim zachwycić, nacieszyć. Nawdychać.

Pewien, bardzo mądry ksiądz, ksiądz Twardowski powiedział: "Śpieszmy się kochać ludzi, tak szybko odchodzą." Szkoda, że zaczynamy to rozumieć, gdy już odejdą.

W tym roku minie 13 lat od czasu, gdy odeszłaś, Mamo... I pięć od twojej śmierci, Tato. Byliście przy mnie, ze mną. Tyle długich lat. A ja myślałam, że będziecie zawsze. Pamiętam cierpienie, Wasze. Moje było wtedy nieistotne, chociaż wygryzało, niszczyło mnie od środka. Dopiero wtedy, gdy widziałam, jak powoli oddalacie się, wtedy, gdy rodziła się we mnie złość, gniew, bezsilność wobec ogromu waszego cierpienia, zrozumiałam, jak bardzo Was kocham. I, że już nie zdążę...

Staram się. Kochać tych, których mam. Chociaż czasem wszystko się we mnie buntuje. Zapiera, broni przed tym kochaniem. Jakiś chochlik szepcze do ucha: Nie kochaj, nie zasługują na to. Wykorzystują to twoje głupie uczucie, wysysają cię, jak pająk swoją zdobycz.
Ale ja wiem swoje. Trzeba kochać dziś, bo jutro może być za późno na miłość. Może nie być żadnego - jutro! Nie odkładam na lepsze czasy. One nie nadejdą.

Wczoraj tuż przed świtem, gdy samotnie paliłam papierosa, a słońce jeszcze ziewało, niezdecydowane, czy wstać, czy jeszcze pospać, nakryte kołderką chmur, we wciąż jeszcze uśpionych lipach rozśpiewały się znienacka kosy. Przedrzeźniały się, pogwizdując dźwięcznie, jakby ćwiczyły grę na flecie. Ich radosne przekomarzanie w ciszy poranka było niczym najpiękniejsza pieśń, wyśpiewana ku chwale życia. I ku chwale miłości.



Wierszyk banalny

Miłość to nie są tylko puste słowa,
Nawet złożone w zgrabne wiersze.
To widzieć wciąż i wciąż od nowa,
Że dnie kolejne są jak pierwsze.

Miłość to także  jest tęsknota,
To uśmiech z rana, to odkrycie,
Że płyną lata, lecz nie ochota
Żeby z kimś dalej iść przez życie.

Miłość to troska, to staranie,
By wątły płomyk  ciągle płonął,
Nieważne przy tym, drogi panie,
Czy on jest mężem, ona żoną.

Miłość to czasem także cisza,
Milczenie, które nie jest pustką.
Czasem fałszywy dźwięk klawisza,
Oczy otarte czyjąś chustką…