niedziela, 7 lutego 2016

Pamięć i 500+

Kiedyś, gdy w naszym kraju wszystko było społeczne, czyli jakby wspólne, w ramach teoretycznego dostępu do wszystkiego, większość z nas nie miała dostępu do niczego. Oczywiście, jak w każdym utopijnym ustroju, tak i w socjalizmie ci, którzy ochoczo garnęli się do przewodzenia narodowi wraz z władzą dostawali kluczyk do Sezamu. Reszta społeczeństwa musiała kombinować. Żeby mieć namiastkę choćby.
I ja też, od najmłodszych lat uczyłam się radzić sobie w morzu niemania. Moja kochana Mama...
ona mnie uczyła. To dzięki niej, gdy sama zostałam matką, czyli pod koniec stanu wojennego, mogłam przetrwać ten stan, nie tylko zresztą wojenny.

Pamiętam. Wyprawki wtedy były na kartę ciążową. Po wyprawkę ciężarne stały w gigantycznych kolejkach w Domu Dziecka, w Warszawie. Dobrze im się stało, bo w ciąży przecież lubimy stać. I, jak już dowieźli te wyprawki, to było  w nich to:
1. śpiochy na wzrost 86cm
2. kaftanik  flanelowy na podobny wzrost maluszka
3. śliniaczek
4. czapeczka
5. 2 pieluchy flanelowe
6. 10 pieluch z tetry

Koniec. To było wszystko, co mogłam nabyć w ramach przyszłego posiadania niemowlęcia.
Wózków dla dzieci - brak. Butelek do karmienia - brak. Pościeli - brak. Kocyk? Niestety - brak.

I tak:

Kocyk przywiózł mąż koleżanki, który pracował akurat w NRD. Lepiej nie wspominać, jaki ten kocyk był... rozpacz, akrylowy, elektryzujący się i sztywny, jak pal Azji. Ale - był. Pościel też przywiózł.
Butelki, sztuk dwie,  dostałam z darów, na Plebanii. Wózek, upolowany przez szwagierkę, jechał pociągiem, ale dziecię miało wtedy już 3 miesiące, wcześniej się nie udało nabyć, ani odkupić używanego. Stosy pieluch uciułały babcie po znajomych. Ubranka też były sprane do granic możliwości, co najmniej po trójce cudzych dzieci, ale cóż... nowych nie było.

Kiedy dzisiaj słucham młodych mam, przebierających w ciuszkach, akcesoriach dla dzieci, jak w ulęgałkach, to sobie myślę... jak byście sobie poradziły, gdyby trzeba było zawijać w tetrowe pieluchy, zamiast w te jednorazowe? Gdyby trzeba było już nawet nie prać, ale płukać i suszyć każdą żelazkiem? Żeby było co pod pupę podetknąć? Bo dziecię płci męskiej, to tych pieluch potrafi w ciągu doby zasiusiać 60 sztuk. A w waszym posiadaniu jest 10, albo góra 20! Pampersy, to coś, na co żadna normalna mama nie mogła sobie pozwolić. A karmienie, gdy nie masz pokarmu... to dopiero wyzwanie było. Milupa, tak się nazywało to coś, czym kazali ci karmić, ale było wyłącznie w Pewexie. A ty zarabiałaś 7 dolarów na miesiąc. W przeliczeniu na "konika", bo oficjalnie kupić dolców nie mogłaś. 7 dolarów, to były jedne spodnie Rifle.

Skutek tych cudownie przyjaznych matkom warunków był taki, że dziergało się i szyło wszystko, co dziecku było niezbędne. Patrzę na zdjęcie swojej pociechy... od stóp do głów ( z wyjątkiem bucików) jest przyodziany w rękodzieło... mojej roboty, albo babcinej. Hmm... za to stroje były niepowtarzalne. Ja i tak miałam łatwiej, bo dostęp do szmuglowanej Burdy z wykrojami. A znajomości w sklepie z tzw. resztkami tkanin też nie w kij dmuchał!

Przeglądam kolejne zdjęcia: mąż w dzierganym w norweskie... ja modne bąbelki i warkocze... dziecię w białym sweterku, zapinanym na ramionach na guziczki i z wrobionym, kolorowym, już wtedy ukochanym autem na froncie.

Później. Worek na kapcie domowej roboty, z prześlicznym haftem. Kamizelka dżinsowa z Moby Dickiem w aplikacji... jest do dzisiaj, schowana razem z ręcznie szytym batystowym kapturkiem. Trzeba policzyć in plus tym czasom, że nieustannie produkująca coś mamusia, stanowiła atrakcję dla maluszka taką, że chciał to wszystko robić też. Skutkiem tego - też umiał szyć, robić aplikacje. Zostały pamiątki - fartuszek kuchenny uszyty przez 6-latka i serwetka z aplikacją. Ciekawa jestem, czy kiedyś wykorzysta nabyte umiejętności? Bo teraz nie ma takiej potrzeby, wszystko może kupić, ale po 4 latach rządów PiS kto wie, co będzie?

Transformacja. Kilka trudnych bardzo lat, gdy firmy padały niczym muchy. Bezrobocie ponad 20%, średnie, bo lokalnie o wiele wyższe bywało. Bieda aż piszczała, w każdym zanjomym domu. Kartki na 1,5kg "wołciela" na miesiąc... Ale było warto przetrwać. Gospodarka opornie tu i ówdzie, ale jako całokształt rozkręcała się, sklepy zapełniały się towarem, a ludzie dostawali amoku od tej oferty handlowej. Normalność. Każdy bierze swoje sprawy w swoje ręce. Wzięliśmy, odbiliśmy się od dna, by wypłynąć na powierzchnię i udało się!

Maszyna do szycia, kupiona kiedyś na raty poszła w kąt. Nie mogłam patrzeć nawet na nią. Wiele, wiele lat nie chciałam jej tknąć.
Aż do wczoraj. Wyciągnęłam zakurzoną, Pan Monsz przystąpił do rozebrania, oczyszczenia wewnątrz i naoliwienia gdzie trzeba. Bo Agrafce się zachciało uszyć zasłonki do kuchni.

Zakupiona piękna tkanina w motywy lawendy i takie tam, lamówka przyfastrygowana, będzie szycie. Czy pamiętam, jak tę nić poprowadzić przez te wszystkie oczka i haczyki? Pamiętam.

I co? I g... z wierzchu piękny, równiutki ścieg, pod spodem starej szmatki, podłożonej na próbę, naplątane do niemożliwości. Co jest? Pewnie jednak się zepsuła. Pan Monsz razem z Agrafką oglądają, próbują raz jeszcze - nic z tego. Trudno, chyba na śmietnik... nie opłaci się naprawiać starocia. Maszynę zapakowano do torby, jeszcze pomyślimy, może jednak ktoś naprawia?

Z nosem nieco na kwintę, bo się nafastrygowałam tej lamówki, tak około  6m pewnie, poszłam sobie porobić zaległe porządki. Sprzątam i dumam. O tej maszynie. Coś mi po głowie chodzi. Hej, kochanie, przypomniałam sobie coś - wiesz, tam, w tym koszyczku, to powinien być bębenek, do którego wkłada się tę małą szpuleczkę! Szycia bez bębenka próbowałam, cholera! Nie ma go, gdzież on się mógł podziać?
Poszukiwania zaowocowały nieplanowanymi porządkami w gromadzonych przeze mnie od lat materiałach do dekoracji rozmaitych i na przykład własnoręcznej produkcji bombek choinkowych.

Dawno mieszkanko nie było tak wysprzątane, jak dzisiaj. Po bębenku ani śladu.

I tak jakoś mnie nostalgicznie to nastroiło... Pomyślałam sobie, że program 500+ jako akcja propagująca produkcję licznej dziatwy, sensu żadnego nie ma.

Moje dziecko urodziło się w roku 1983, roku z najwyższym wskaźnikiem urodzeń. I biedy społeczeństwa. Pieniądze, to nie wszystko. Dzieci się nie kupuje. Póki co!

2 komentarze:

Anonimowy pisze...

Agrafko Kochana! Dawaj jutro te zasłonki do pracy... Damy radę...

agrafka pisze...

Mała, jeżeli możesz, to przywieź jutro bębenek. Żebym mogła sprawdzić, czy ta piekielna machina będzie działać. Oczywiście, jeżeli też masz Łucznika. Jeżeli nic z tego nie będzie, to przywiozę tę zasłonkę we wtorek, OK? I dziękuję za ofertę pomocy fachowej :)Buziaki i do jutra!