niedziela, 17 stycznia 2016

Piedestały polityczne

Nienawidzę piedestałów, cokołów, pomników. Nie lubię, gdy się je stawia gdzie popadnie, albo komu się spodoba. Historia pokazuje, że wichry dziejów bardzo często obalają te monumenty. Nawet Kolos Rodyjski padł był w jakiejś zawierusze. Epoki mijają, ich bohaterowie często stają się wichrzycielami, patrząc z perspektywy czasu. Kronikarze robią, co w ich mocy, by pamięć o władcach przetrwała. Jaka ta pamięć będzie? Czy to istotne? Zależy od tego, kto pamięta i jak chce pamiętać.

Czuję lekki niesmak, czytając komentarze, niektóre, na skądinąd bardzo pozytywnym forum. Ja wiem, że z wrogiem walczyć trzeba, ale że zawsze jego własną bronią, to już się do końca zgodzić nie mogę! Epitety, często wyzwiska, szyderstwo, wydają mi się niegodne walki o słuszną sprawę. Nie wystarczy kpina, żart i obnażanie groteskowości poczynań przeciwnika? Albo punktowanie potknięć i złych posunięć? Czasem trudno odróżnić tzw. "trolla" od kolegi ideologicznego.

I to lizusostwo, całkiem niepotrzebne, świadczące, że widzimy źdźbło w oku przeciwnika politycznego, a belki we własnym nie! Czy koniecznie trzeba od razu wznosić modły do swojego przewodnika? Szanuję Ryszarda P., jestem wdzięczna Mateuszowi K. , ale to nie są bogowie, tylko ludzie. Ludzie ze swoimi,  wszystkimi ułomnościami i wadami. I błędami, które, jak każdy inny obywatel popełniają. Ale - nie! Na siłę trzeba tworzyć nowych guru, z miejsca, bo inaczej się nie da! Skrajna prawica ma swoich bożków, to my nie będziemy gorsi.

Gorsi, być może nie będziemy, ale będziemy tacy sami... Czy tego chcemy?

Gdyby historia rzeczywiście czegoś ludzi uczyła, to może patrzylibyśmy trzeźwo na siebie nawzajem. Na swoich przewodników duchowych, czy innych też.

Trzeba nie tylko patrzeć, ale i zobaczyć. Nie tylko słuchać, ale i usłyszeć.
I mieć własne, a nie cudze, zdanie.

Brak komentarzy: