wtorek, 26 stycznia 2016

Jubilatka

Dzisiaj podumam o pętli czasowej w kontekście babskiego żywota. Bo z babami to jest tak:

Malutka taka kruszynka, torcik urodzinowy z jedną świeczką dostaje. A dmuchać w ten płomyczek próbuje nieporadnie jeszcze, a upaskudzi się po czubek głowy kremem, aż miło popatrzeć. I tak 18 razy. Co roku. Z każdym, kolejnym jubileuszem mniej upaskudzona. Potem dorosła już, ale młoda wciąż, imprezuje, a i owszem, ale jakoś tak coraz mniej ochoczo. Z każdym, kolejnym jubileuszem mniej hucznie. 

Jeżeli w tak zwanym międzyczasie baba zostanie mamą, to jubileusze osobiste zmienia na te pojedyncze świeczuszki na torcie urodzinowym dzięcięcia. I jest OK. Dzieciątka mają jednak to do siebie, że dorastają. I bliscy, w tym owe bachorki, przypominają sobie, że mama też miewa swoje jubileusze. I, żeby poprawić samopoczucie sobie ( bo 18 lat też już za nimi), wpędzają w depresję mamusię. Mamusia wolałaby, żeby wszyscy zapomnieli o tej dacie w kalendarzu, żeby zdjęli kartkę nie wnikając w szczegóły ani w historyczną wartość tego akurat dnia. Kto delikatniejszy, wypowiadając te swoje wytarte: wszystkiego najlepszego, zdrowia, szczęścia, spełnienia marzeń kochana Jubilatko! nie doda z okazji których urodzin, ale koleżanki? O, te to sprawdzą dokładnie, które i nie omieszkają głośno, wszem i wobec ogłosić. Szczególnie, gdy same są młodsze. Choćby o rok, ale zawsze - młodsze...

I jubilatka szczerzy te zęby w uśmiechu, a łzy dławią jej gardło. 

Bo ze wspomnieniami tak już jest, że przez cały rok ani widu ani słychu, a w dniu urodzin zawsze, ale to zawsze wystawią swój niechciany łeb. 

Urodzinowa gehenna baby zaczyna się tak około czterdziestki. I trwa pi razy oko 30 lat, w rzadkich przypadkach 40, ale to dotyczy celebrytek poddawanych zabiegom chirurgicznym.

Reszta bab mniej więcej od 60-70 roku życia na okoliczność jubileuszu słyszy zawsze:
Kochana, jak ty to robisz, że tak się świetnie trzymasz? W ogóle się nie zmieniasz! 

I jubilatka szans na wyjście z dołka nie ma. Najpierw nie miała, bo jej wiek przypominano, dzisiaj nie ma, bo życzliwi sugerują, że całe życie była pomarszczona i ogólnie mało urodziwa. Lustro przecież ma, prawda? Zmarszczki widzi, jak okulary nadzieje. Obwisłe tu i tam też ukryć się nie da. I w uszach brzmi: Nic się nie zmieniasz?! Jak tu humor mieć?

Pocieszające to bardzo, bardzo!

A gdy już przekroczy tę granicę nicniezmieniania się, to już do końca życia będzie słyszeć, jakie to ona ma szczęście, że taka stara, a wciąż jeszcze żyje!

I to powinno, logicznie biorąc, wpędzić ją w najgorszą ze wszystkich dotychczasowych, chandrę. Ale ona już, nareszcie, nabiera dystansu do siebie, do ludzi, do świata.  
I uśmiecha się do swoich zmarszczek. Zdążyła je polubić.

Brak komentarzy: