czwartek, 10 grudnia 2015

gdy nie wiadomo o co chodzi

w całym tym życiu
chodzi tylko o to,
by rozum mieć, albo
choć nie być jedynym idiotą...

Jadąc rankiem do pracy, wysłuchałam niewiarygodnej ( dla mnie!) informacji jakiejś dziennikarki z Trójki, że Dawid Podsiadło czołowym artystą pieśni i tańca... nie, sorry tylko -pieśni, się został. W tym kraju nadwiślańskim, naszym, kochanym. I uszom własnym nie wierzyłam byłam. Bo my, z mężem moim, ślubnym zresztą, omal się nie zabijamy, gdy "przebój" owego artysty zapodają nam codziennie. Wielokrotnie. Upierdliwie. Tak spieszno nam zmienić kanał, czyli częstotliwość.
W firmie jest wypisz wymaluj identycznie: pan Dawid rozpoczyna swą pieśń wątpliwej urody, o tym, jak to mama mówiła, że takie rzeczy tylko po ślubie, czy jakoś podobnie, a wszystkie trzy zrywają się jak na komendę i rwą się do odbiornika, żeby zakończyć męki pana Dawida, a przede wszystkim własne, osobiste.
Od czasu, gdy katują nas niezmiennie tym "przebojem" na siłę, boimy się w ogóle otwierać  odbiornik. I, jakoś tak wyszło, że ratuje nas Youtube. Utworzyłam naszą, osobistą listę odtwarzania i z głośników mojego kompa płynie miód na nasze uszy.

I dzisiaj nie wytrzymałam i zadałam głupie pytanie: Dziewczyny, czemu kiedyś było tylu znakomitych autorów muzyki, tekstów i - co najważniejsze - byli wykonawcy, którzy naprawdę potrafili zaśpiewać tak, że nogi miękną. Albo, że przysłowiowe "majtki spadają"? Akurat Procol Harum zapodałam byłam, The Cute of Pandors. A takie I put a spell on You, w wykonaniu Kredensów (CCR), albo nawet Bang Bang Sony&Cher... że nie wspomnę o Soldier of Fortune, czy Brothers in Arms... albo Nothing else matters Methalica...
Mmmmm...
Koleżanka na to: Eee tam... nie znasz się, oni nawet do pięt. Nie dorastają. Dawida znaczy, pięt.
Ale wiesz, Agrafko, dobrze, że nas rozpieszczasz. To daj teraz Po niebieskim niebie, Małgośki Ostrowskiej.
Nie musimy być trendy, prawda?

Brak komentarzy: