niedziela, 15 listopada 2015

Zagubione niebo, gdzieś nad Krakowem

K.Grochola, Zagubione niebo. Kupiłam, przeczytałam, niewiele mam do powiedzenia.

Opowiastki, zebrane w książkę pod wspólnym tytułem. Zbiorek lekki, łatwy i ogólnie wzruszająco przyjemny. Czyli do łez. Jednym słowem harlekin. Co tu jeszcze na ten temat dodać? Chyba nic... Jak ktoś nie lubi się wysilać umysłowo, to książka w sam raz.

Teraz czytam Achillesa w pułapce przeznaczenia. Dobrze napisana opowieść epicka, osnuta na literaturze starożytnej, ze źródłami w Homerze i Wergiliuszu.

Coś dla tych, którzy kochają mitologię grecką, czytali np. Iliadę, ale trzynastozgłoskowiec poplątał im wątki. Tu autorka ruszyła wyobraźnię i spróbowała przedstawić krótki żywot najsłynniejszego wojownika, greckiego herosa, z bliska. Uśmiechnęłam się czytając, bo Achilles jest przedstawiony jako homoseksualista, zakochany w swoim towarzyszu Patroklosie. Kiedyś tu napisałam, że w Iliadzie to nie było wprawdzie powiedziane wprost, ale odniosłam wrażenie, że uczucie Achillesa do Patroklosa było czymś więcej, niż przywiązaniem przyjacielskim.

Ucieszyło mnie, że nie tylko ja tak odczytałam Homera.

A w ogóle  to jeszcze czytam, miałam przerwę na wycieczkę do grodu Kraka. Spacer wzdłuż nabrzeża Wisły do murów Wawelu, w delikatnej poświacie latarń byłby wspaniały, gdyby nie to wietrzysko szalejące nad Polską. Ale o tym napiszę sobie później.

Kraków. Kulturalna stolica Polski. Piękny, stary gród, pamiętający czasy, gdy cywilizacja słowiańska tkwiła jeszcze w powijakach.


Wyjechaliśmy rano, około 9:30, drogą, prowadzącą nas głównie trasami szybkiego ruchu. Do hotelu dotarliśmy w porze obiadowej, chyba o 14:30, a na pewno nie później. Hotel Adler mieści się w przebudowanej starej kamienicy, o krok od Wisły, przy pylonowym moście "z rurą", jak go nazwaliśmy zgodnie.

Rezerwując w piątkowy wieczór nocleg, pytaliśmy o parking, czy jest? Tak, jest - padła odpowiedź. Parking, to chodnik przy ulicy Piwnej, przy której mieści się hotel. No, trudno, nasz czterokołowy, czarny rumak znalazł na szczęście swój box i spokojnie zasnął. Obroku nie chciał.

Adler serwuje wyłącznie śniadania, na życzenie klienta i za dopłatą. Trochę drogo nam wyszło, nawet bez tego śniadania, bo prawie 380zł za tę jedną noc, ale w dwu pokojach. Trudno, lokalizacja wynagrodziła nam ten wydatek. Pokoje ładne, wygodne, godne polecenia. Wszelkie wygody. Nawet sejf w szafce.

Pijawka nie lubi wędrować, wziął ze sobą konsolę. Zaopatrzył się w piwo i zadekował w swoim pokoju. My ogarnąwszy się co nieco, pomaszerowaliśmy przez ten most "z rurą" prościutko do dzielnicy Kazimierz.


Kazimierz... straszliwie nadgryziony zębem czasu, zaniedbany, łuszczące się elewacje, odpadające tynki. Kamieniczki, drewniane domy, ulice są w bardzo złym stanie. Kolejny raz myślałam, że my o swoje dziedzictwo kulturowe dbać nie chcemy, albo nie potrafimy, sama nie wiem, czemu?

Żal mi się zrobiło tych krążących w arteriach uliczek wspomnień, tych odgłosów przeszłości, tej starej, zapomnianej, żydowskiej dzielnicy.

Westchnąwszy sobie do siebie, pomaszerowaliśmy szukać drogi do zamku. Informacja, jak to informacja - żadna. Drogowskaz był, owszem, na jednym skrzyżowaniu. Że w prawo. Poszliśmy w to prawo. Po godzinie  daremnego wyglądania kolejnej wskazówki zawróciliśmy. Przy katedrze maleńka mapka na latarni. Wyszło, że zamiast się zbliżać, oddalamy się od Wawelu.

Wróciliśmy do mostu i poszliśmy wzdłuż nabrzeża. Primo - żeby w ciemności łatwiej znaleźć drogę powrotną. Noc zapadła już około 16:00, latarnie dawały tylko odrobinę światła. Turystów, głównie obcokrajowców mnóstwo, mimo silnego wiatru. Maszerowaliśmy chyba ze 4km, ale widok podświetlonego zamku wynagrodził nam wędrówkę. Zamek, potężny, okolony murem wznosi się tuż nad brzegiem rzeki. Obeszliśmy go dookoła, rejestrując widoki na fotografiach. Zabawne... na zdjęciach widać wszystko wyraźnie, a my, stojąc tuż obok nie widzieliśmy nawet siebie nawzajem...

Z ciemności ulicy nagle wyłoniła się kawalkada powozów, każdy zaprzężony w dwa wystrojone kolorowo konie. Zrobiło nam się weselej, chociaż troszkę żal, że tym razem nie zdążymy skorzystać z uroczej przejażdżki.


Wróciliśmy do hotelu tą samą drogą, wiatr postanowił znowu z nami rozmawiać twarzą w twarz, zmienił kierunek.

Jeszcze mała wycieczka do pobliskiej pizzerii, pachnącej naprawdę znakomitymi wypiekami i do hotelu dotarliśmy około 18:30. Zmęczeni, ale zadowoleni.

Prysznic i do łóżeczek. Próbowałam poczytać, ale zdaje się, że "centusie", to doprawdy adekwatny przydomek Krakowian. Światło w pokoju, podobnie jak na ulicach takie, że widać tyle, o ile.

Pijawka obudził nas wcześnie, zwinęliśmy się szybko i powrót. Oj, organizmy przywykłe do porannej kawusi, z trudem odnalazły się w kolejnym dniu. deszcz siąpił przez całą drogę, chmurzyska kłębiły się nad naszymi głowami, nie pozwalając słońcu nawet na moment ożywić tej płaczliwej aury. Przystanek na kawę i jajecznicę w przydrożnym barze "Sarenka", niedaleko za Częstochową, w stronę Warszawy. Po taniości, ale bardzo smacznie było, naprawdę.


1 komentarz:

Anonimowy pisze...

Szczerze powiem... zazdroszczę!