piątek, 6 listopada 2015

Tydzień

Ten tydzień zmęczył mnie bardzo. Wyssał ze mnie wszystkie soki, zostawił wysuszone i puste wnętrze, które muszę wypełnić.
Oczy przekrwione, jak u trunkowego osobnika mam. Sińce pod nimi takie, że nic, tylko dzieci straszyć niegrzeczne. Apetyt diabli już jakiś czas temu wzięli i ubyło mnie ze trzy rozmiary, tak na oko.

Wystroiłam się dzisiaj w czarne, sztruksowe spodnie, rankiem wczesnym, jak zwykle. Kręcę się po mieszkaniu, nagle czuję, że te spodnie ze mnie spadły. Najzwyczajniej w świecie opadły mi do kostek. Szlag jasny by to trafił. Wsunęłam w szlufki pasek, ściągnęłam, falbanki mam w pasie. Upchnęłam sweter w te spodnie, niewiele pomogło, falbanki prześliczne takie dalej są. Ee tam... mam to w nosie - pomyślałam i pojechałam tak do pracy. Koleżanki zaniemówiły. No, co? - pytam. Coś się paniom nie podoba? Cóż... mnie też nie bardzo.

Niby dobrze, gdy się tak samo chudnie. Ale, z drugiej strony, zimno i kłopot, bo garderoba do wymiany. A co, jeżeli przytyję? A wydatki już poniosę? No, nie wiem, nie wiem...

Ziąb przeokrutny, może dlatego, że izolacja się skurczyła na mnie. Zawsze to, gdy warstwa tłuszczyku jest, cieplej jakoś.

A może by tak jutro udać się jednak do pracy? Nadgonić ociupinkę? Czy lepiej SPA zarządzić wieczorową porą? Ot, babskie dylematy...

Wyśpię się, jutro się zobaczy.




Brak komentarzy: