środa, 25 listopada 2015

Ochłodzenie

Księżyc przed świtem zawisł tuż nad wieżą antenową. Cygańska patelnia, mosiężna, błyszcząca, ze śladami szorowania.  Kilka gwiazdozbiorów, rozrzuconych tu i ówdzie, w artystycznym nieładzie. Czerń wchłonęła świat, aż po horyzont, a auta na parkingu wszystkie były białe. Ha! W nocy wszystkie koty są czarne, w przeciwieństwie do aut, gdy przymrozek złoży na nich swój pocałunek.

Paliłam w oknie, kuchennym. Cisza, miasto uśpione wciąż. Myślałam sobie o rzeczywistości, w której tkwię zanurzona po same uszy. Dumałam o tym, jak aura personifikuje się. Jest wściekła, jak ja. I zamiera ze strachu przed zimą, też jak ja. Z tą różnicą, że ja zamieram ze strachu przed przyszłością. Przed konsekwencjami demokratycznego wyboru mniejszością głosów. Dlaczego mniejszością, skoro niby większość? Zresztą, to bez znaczenia. Gorzej wybrać się nie dało. Wszystko jest na opak, a będzie - chociaż trudno to sobie wyobrazić - jeszcze gorzej. Stałam i rozmyślałam sobie o zaniku szarych komórek i instynktu samozachowawczego, w ogólnospołecznym sensie. Dla doraźnych korzyści, w dodatku wirtualnych, ludzie uwierzą we wszystko, co im się obieca, mimo, że te obietnice są warte funta kłaków. Oj, społeczeństwo jest tak ufne, tak pozbawione minimum trzeźwości myślenia, jak zakochana kobieta. Można je omamić byle czym, pustosłowiem, nic nie znaczącym w ustach faceta "kocham cię". Facet mówiąc o dozgonnej miłości, myśli o kwadransie seksualnym, politycy PiS mówiąc o trosce o ukochane społeczeństwo, mają na myśli 4 lata władzy.

W jednym i drugim przypadku ufna strona daje dupy, a "kochanek" dostaje to, czego chciał i na pożegnanie woła: Ciao, bambina, tam są drzwi!

I ja czuję, że epoka lodowcowa w moim samopoczuciu potrwa dłużej, niż zima. Co najmniej cztery, najbliższe lata.

Brak komentarzy: