niedziela, 1 listopada 2015

1 listopada

Nie byłam dzisiaj. Na cmentarzu. Byłam wczoraj, bladym świtem, szłam we mgle, otoczona jedynie mroźnym o tej porze powietrzem. Handlarze dopiero przeciągali się, ziewali, ledwie wyszedłszy z furgonetek, w których zdaje się nocowali. Moja ulubiona kwiaciarnia przy samej bramie była już otwarta, o 6:00.

Właściwie nie miałam czego sprzątać, wiatru nie było, liśćmi nie usiał grobów. Chociaż, jak dla mnie, to akurat szkoda, bo je bardzo lubię. Podoba mi się, gdy tak tańczą na kamiennych nagrobkach, szeleszczą i szepczą mi do ucha.

Wyobrażam sobie, że to moi bliscy rozmawiają ze mną i chociaż ich nie rozumiem, to czuję, że są wtedy blisko, otaczają mnie i próbują mnie rozbawić. Uśmiecham się.

Do takich nostalgicznych i intymnych bardzo rozmyślań i rozmów niezbędna jest cisza. 1 listopada tej ciszy mi brakuje i obrazy odpływają w niepamięć. Nie umiem w tym ludzkim, żywym gwarze przywołać wspomnień, żadnych. A przecież to dla nich, dla tych wspomnień, chodzę czasem na cmentarz. Żeby trwały.

Zresztą, moi bliscy, przyjaciele i znajomi, którzy odeszli, wciąż żyją we mnie, nie muszę chodzić na cmentarz, żeby ich odnaleźć. Pamiętam o nich codziennie. Każda niemal czynność, czasem czyjś uśmiech, albo rzucone słowo, przywołują z mojej pamięci obrazy i zdarzenia. I uczucia, które im towarzyszyły.

Nie potrzebuję wyznaczać sobie jednego dnia w roku, ONI też chyba tego nie chcą, tak myślę.


Brak komentarzy: