poniedziałek, 30 listopada 2015

Satysfakcja

Patrzyłyśmy dzisiaj, jak na korytarzu rośnie góra. Wypiętrza się, niczym prawdziwa, wynoszona na powierzchnię oceanu wstrząsami tektonicznymi. Też przeżyłyśmy wstrząs. Przez dwa, długie tygodnie wyglądało na to, że nasi koledzy nie bardzo się rwą do dzielenia się z rodziną, którą nam wybrano w ramach tegorocznej Szlachetnej Paczki. Nie to, że w ogóle nie dawali nic, ale najczęściej były to kwoty drobne i bałyśmy się, że nie wystarczy nam nawet na najpilniejsze potrzeby tej rodziny, nie mówiąc o reszcie, czyli o tych marzeniach.

Nie powiem, trochę wymuszałyśmy udział, nieustannie świdrując i podtykając pod nos świnkę-skarbonkę.

Uzbierało się coś około 900zł w gotówce. Ale ostatnie dni, to wędrówka Świętych Mikołajów... Do ustawionych przez nas wielkich kubików, oklejonych logo Szlachetnej Paczki, znoszone są różne różności i nie są to rzeczy stare, albo zbędne. Przemyślane zakupy, dokonywane zgodnie z tym, co wypisałyśmy na liście. Wygląda na to, że obdarowani będą mieli roczny zapas niektórych asortymentów. Teraz mamy nowe zmartwienie w związku z tym - gdzie oni to pomieszczą, skoro żyją w jednopokojowym lokum we czworo?

I wyszło na to, że od przybytku jednak głowa może rozboleć. W każdym razie nas, czyli mnie i moje koleżanki w pracy.

Spełnienie tych drobnych marzeń, też już czeka. Mamy nadzieję, że choć przez chwilę na twarzach rodziców i ich dzieci zagości uśmiech, a Święta będą radośniejsze, niż zwykle. Tak cudownie jest dawać...

niedziela, 29 listopada 2015

Ten, który czeka (2)

Nie mogę przestać rozmyślać nad tekstem Adama Grzesznika. Tak mnie uwiera. Kończymy właśnie, w mojej firmie, kompletować "Szlachetną Paczkę". Dla czteroosobowej rodziny, której po uiszczeniu niezbędnych miesięcznych opłat zostaje 300zł na osobę na przeżycie. Przez cały, długi miesiąc. W tej rodzinie jest ciężko chore dziecko, po wielu operacjach i wciąż mające przed sobą kolejne zabiegi.

I moje koleżanki i koledzy przynoszą na tę paczkę pieniądze i różne rzeczy, na które tej rodziny nie stać, a które są niezbędne lub upragnione.

No, właśnie... jakie są pragnienia tych potrzebujących pomocy ludzi? Tych dzieci?
Pierwsze pragnienie, najważniejsze, to wanna. Tak, tak w-a-n-n-a! W której będzie można wygodniej wykąpać chore dziecko. Koszt wanny około 200-300zł. Kupiliśmy, czeka już na korytarzu firmowym, na finał akcji. Mamusia ma "kosztowne marzenie" - jak już będzie wanna, to coś pachnącego do kąpieli, specjalnie dla niej... Tatuś marzy o precjozach do golenia. A dzieci? Chore dziecko chciałoby bajkę, film taki, do odtworzenia. Dziecko ma problemy z czytaniem. Drugie, starsze marzy o grze na komputer...

Ot, takie, drobiazgi, takie prawie nic! Zwyczajne marzenia, zwyczajnych ludzi.

A o czym marzą klientki Adama? O gwałcie, o sadomaso? O wyuzdanym, perwersyjnym seksie? Tak. I płacą za ten seks tyle, ile czteroosobowa rodzina wydaje w ciągu 2 albo i trzech miesięcy na swoje utrzymanie. I ja mam się ekscytować, podniecać takim tekstem, jak "Ten, który czeka"? Albo którymkolwiek innym na tym blogu? Niedoczekanie! Wstyd mi za te babsztyle. Nie zasługują na miano nie tylko kobiety, ale w ogóle na nazwanie ich człowiekiem. Mam wystarczająco dużo lat, by wiedzieć,  że ci, których stać na wiele, niechętnie dzielą się z innymi. Ci, którzy sami żyją od "ściany płaczu" do "ściany płaczu", dzielą się, chociaż im też często brakuje. Bo oni rozumieją, co znaczy nie mieć. I co znaczy naprawdę pragnąć czegoś. Te, bogate klientki Adama nie rozumieją nic.

sobota, 28 listopada 2015

Gdzie kucharek sześć

Kozucho, skąd się wzięło powiedzenie: "Gdzie kucharek sześć, tam nie ma co jeść"?

- A, wiesz, kochanie, nie mam pojęcia. Jak widać jedna też wystarczy, żeby nie było co... A na pewno, żeby nie było w czym!

"Kochanie", czyli Pan Monsz,  miał dzisiaj niezły ubaw...ze mnie. Pijawka też.

A wszystko przez "Bitwę pięciu armii". Emisja w TV była tak późno, że Pan Monsz ustawił mi nagrywanie, żebym mogła obejrzeć w stosowniejszej porze doby i w dniu wolnym od obowiązków zawodowych. Jakieś dwa tygodnie temu to było.

Nastawiwszy sobie do gotowania fasolę, bo postanowiłam zrobić chłopakom przyjemność i ugotować fasolkę po bretońsku, zasiadłam sobie w fotelu, obstawiwszy się akcesoriami do manicure i seans się rozpoczął.  I wszystko byłoby w porządku, gdyby... no, właśnie - gdyby nie kandyzowana skórka pomarańczowa, co to postanowiłam ją do ciasta świątecznego mieć własnej roboty. I już trzykrotnie smażyłam, ale zachciało mi się ją jeszcze czwarty raz. I to był o ten jeden raz za dużo - bo zaangażowawszy się  za mocno w film, o skórce zapomniałam doszczętnie. Minutnik był nastawiony na pół godziny, odnośnie fasolki, nie odnośnie skórki. A skórka wysmażona na gęsto w cukrze, ledwie dno przykrywała, rondelka zresztą. Znaczy dno. No i  oglądamy sobie, oba dwa, aż woń jakaś ostra dotarła. Do mnie po prawdzie nie dotarła, ale do Pana Monsza i owszem, bo on niepalący jest.  Ja wprost przeciwnie. Olśnienie nagłe wystrzeliło mnie jak z procy, wpadłam do kuchni, a tam... cholera jasna! Nic nie widać, kłęby dymu, smród nieziemski. Okno na oścież, rondelek na parapet, żeby ostygło. Dym po kwadransie jakby się rozrzedził, ale smród się zadomowił na dobre.

Już tak po godzinie chyba, Pijawka wyściubił nos ze swojej norki. Pyta, co tak cuchnie? Oj, spaliłam  skórkę pomarańczową, a przy okazji i garnek. - odpowiadam, próbując uparcie ratować naczynie, szorując solą, sodą, zresztą bezskutecznie. Garnek na śmietnik, skórki nie będzie.

Garnek nie pierścionek z brylantem - orzekli zgodnie moi panowie - jutro kupi się nowy. Nie martw się, mamuś - dodał syn -  spalić garnek zdarza się nawet najlepszym!

I to są te chwile, gdy robi się ciepło, w sercu.



piątek, 27 listopada 2015

Ptasi móżdżek

Wczoraj uruchomiłyśmy ptasią stołówkę. Nie miałyśmy wprawdzie zamiaru, ale sikorki zdecydowały, że pora. Zaczęło się od tego, że kątem oka, siedząc bokiem do okna, zauważyłam wzmożony ruch. Za oknem. Nie zareagowałam od razu, bo wciąż jeszcze wiatr lub chłód strąca ostatnie liście z lip, rosnących pod tym oknem. Ale energia i poziomy, zamiast pionowego, jak przystało opadającym liściom, ruch ostatecznie zmusił mnie do zerknięcia w to okno. Sikorki uskuteczniały taniec dziwaczny od krzaków za płotem do szyby i z powrotem. Zniechęcone brakiem reakcji zaczęły uderzać skrzydełkami w szybę, natrętnie i stanowczo dopominając się inauguracji.

Koleżanka pomaszerowała dookoła budynku, nasypała ziaren słonecznika pokaźną kopę, a zanim dotarła do pokoju, karmnik już trząsł się od czupurzenia awanturujących się gości. Dopiero sójka uspokoiła towarzystwo. Ale do czasu. Gdy pojawiły się dzwońce atmosfera zrobiła się naprawdę gorąca! A to dopiero początek. Sezonu.

Arogancja władzy

Pani Premier powiedziała, że obecna władza nie cierpi na arogancję. I, że wszystkie, przedwyborcze obietnice zostaną zrealizowane. Nie wątpię...

Pod artykułem na Interia.pl jakiś pan napisał, że i on, i jego żona złożyli wypowiedzenia w pracy. Zarabiali pi razy oko po około 4000-5000zł. Teraz czekają na 500zł na każde dziecko, bo nie zamierzają finansować tym, którym się pracować nie chce. Nie chcą płacić wysokich podatków, chcą natomiast brać. Skoro mają dawać innym, to im też niech dają!

Ja też nie chcę. Nie mam ochoty finansować obietnic, żadnych! A już szczególnie tych, które ktoś złożył tylko po to, żeby dorwać się do władzy. PO okradła mnie z moich, prywatnych oszczędności w OFE, w majestacie prawa. Nigdy jej tego nie zapomnę. Ale teraz nie dosyć, że mnie okradać będą na każdym kroku, to jeszcze majestat prawa dopasują sobie tak, żeby kradzież była legalna.

Arogancja obecnej władzy, która ledwie co rozpoczęła urzędowanie, a już zdążyła namieszać we wszystkim, przerosła moje najśmielsze obawy. Trybunał Konstytucyjny - zawłaszczony, za chwilę Prokuratura, sądownictwo, media, kultura, edukacja, etc... Mamy zatem początek dyktatury w kraju, na własne życzenie. To nikt inny, tylko my, Polacy, postawiliśmy krzyżyki pod fundament krzyża, którego rozmiarów nikt jeszcze nie zna. A ów krzyż będzie ogromny, monumentalny, to pewne!

I dobrze nam tak!

czwartek, 26 listopada 2015

"Ten, który czeka"

Mam tu link do bloga Adama. Zamieścił nowy tekst. "Ten, który czeka", tak się tytułuje. Tekst, nie Adam. Albo Ewa? Nie wiem.

Tekst jest sam w sobie chory, przy czym nie wiem, czy Autor też, czy nie też? A zachwycone komentatorki proszą się jednak o leczenie. Zachwyt nad koszmarnym spełnianiem równie koszmarnych marzeń klientki Faceta na telefon... Matko! te to mają pop... one w tych łbach... Bardziej chyba nie można. Już prędzej zrozumiem Autora, który, chcąc mieć czytelników, pisze zapewne to, czego pospólstwo oczekuje.

Gorzej, że tekst przeczytałam tuż po śniadaniu i omal się nie porzygałam. Wciąż mnie mdli. Nie napiszę w komentarzu do posta tego, co myślę. Nie muszę przecież. Ale zanim znowu zajrzę do bloga Adama, trzy razy się zastanowię.

I jeszcze: zadałabym Adamowi pokręcone pytanie, o treści następującej:

Adamie, czy pieniądze mogą być celem życiowym, a jeżeli - tak, to czy cel zawsze uświęca środki, a jeżeli - tak, to czy gwałt na kliencie może być środkiem do celu, a jeżeli - tak, to czy działanie w myśl zasady "klient nasz pan", może niejako oczyścić z zarzutu dokonania tego gwałtu?

Dla mnie, to takie zarabianie dużych pieniędzy jest niemoralne nie dlatego, że to prostytucja, tylko dlatego, że niczym nie różni się od wykorzystywania osoby chorej, która się na to wykorzystywanie godzi, bo nie wie,  że godzić się nie powinna. Etyka, to pojęcie wszechstronne, niezależne od dziedziny, ani poglądów religijnych. Tak myślę.

środa, 25 listopada 2015

Ochłodzenie

Księżyc przed świtem zawisł tuż nad wieżą antenową. Cygańska patelnia, mosiężna, błyszcząca, ze śladami szorowania.  Kilka gwiazdozbiorów, rozrzuconych tu i ówdzie, w artystycznym nieładzie. Czerń wchłonęła świat, aż po horyzont, a auta na parkingu wszystkie były białe. Ha! W nocy wszystkie koty są czarne, w przeciwieństwie do aut, gdy przymrozek złoży na nich swój pocałunek.

Paliłam w oknie, kuchennym. Cisza, miasto uśpione wciąż. Myślałam sobie o rzeczywistości, w której tkwię zanurzona po same uszy. Dumałam o tym, jak aura personifikuje się. Jest wściekła, jak ja. I zamiera ze strachu przed zimą, też jak ja. Z tą różnicą, że ja zamieram ze strachu przed przyszłością. Przed konsekwencjami demokratycznego wyboru mniejszością głosów. Dlaczego mniejszością, skoro niby większość? Zresztą, to bez znaczenia. Gorzej wybrać się nie dało. Wszystko jest na opak, a będzie - chociaż trudno to sobie wyobrazić - jeszcze gorzej. Stałam i rozmyślałam sobie o zaniku szarych komórek i instynktu samozachowawczego, w ogólnospołecznym sensie. Dla doraźnych korzyści, w dodatku wirtualnych, ludzie uwierzą we wszystko, co im się obieca, mimo, że te obietnice są warte funta kłaków. Oj, społeczeństwo jest tak ufne, tak pozbawione minimum trzeźwości myślenia, jak zakochana kobieta. Można je omamić byle czym, pustosłowiem, nic nie znaczącym w ustach faceta "kocham cię". Facet mówiąc o dozgonnej miłości, myśli o kwadransie seksualnym, politycy PiS mówiąc o trosce o ukochane społeczeństwo, mają na myśli 4 lata władzy.

W jednym i drugim przypadku ufna strona daje dupy, a "kochanek" dostaje to, czego chciał i na pożegnanie woła: Ciao, bambina, tam są drzwi!

I ja czuję, że epoka lodowcowa w moim samopoczuciu potrwa dłużej, niż zima. Co najmniej cztery, najbliższe lata.

poniedziałek, 23 listopada 2015

Awantura o "Dziewczynę i śmierć"

Oświadczam niniejszym, że solidaryzuję się z Panią Redaktor z TVP Info, która wczoraj wieczorem przeprowadzała... nie - próbowała przeprowadzić - wywiad z prof. Glińskim, który obecnie króluje na stolcu ministerialnym, z teką ministra kultury, czy jakoś tak.

Otóż, w przeciwieństwie do licznych komentatorów na Interia.pl, wylewających pomyje na Panią Redaktor, ja ten program widziałam, a przede wszystkim słyszałam, kto kogo i czym tam obraził. I, nikt mi nie wmówi, że białe jest czarne i na odwrót. To Prof. obrażał ile wlezie, a nie wręcz przeciwnie!!! Kropka.

Natomiast odpowiedzi na jedno, prościutkie pytanie Pani Redaktor, dotyczące wolności przekazu twórców kultury i sztuki, nie usłyszałam, podobnie jak wszyscy pozostali widzowie. Groźbę, to i owszem, słyszałam, aż nadto wyraźnie sformułowaną. Pod adresem mediów, którym "ma się to skończyć". Znaczy Prof. groził, że albo morda w kubeł, albo mediom się tę gębę niewyparzoną zamknie. Urzędowo. Aczkolwiek - moim zdaniem - bezprawnie.

Pod niusem na powyższy temat, bez zdziwienia znalazłam głównie obelgi. Nie, nie pod adresem Prof. ! O, nie... Wyzwiska dotyczyły mediów w ogólności, a Pani Redaktor w szczególności.
Taka gmina...taka gmina...

A krucjata różańcowa, cokolwiek by to było, też protestuje i modli się w intencji, żeby  jasny szlag trafił Panią Reżyser spektaklu, który wystawiony we Wrocławiu miał być, a w którym są sceny erotyczne, przez Prof. Glińskiego uznane za pornograficzne. I to mnie chwilowo rozbawiło, bo Prof. Min. Vice najwyraźniej nie odróżnia pornografii od erotyki. Scena łóżkowa, to jego zdaniem od razu pornografia. Jasna sprawa, Prof. spektaklu nie widział, ale wie! Podobnie jak krucjata różańcowa. Nie obeszło się we Wrocławiu bez aktów nienawiści i przemocy. W ramach miłosierdzia chrześcijańskiego, oczywista sprawa.

Ogólnie mnie to wkurza, bo uważam, że protestować przeciwko prasie porno i ero nie mam prawa, skoro nikt mnie nie zmusza, do jej kupowania. Do pójścia do teatru też mnie nikt nie zmusza, przynajmniej na razie... bo nie wiem, czy pod nowymi rządami, nie będzie trzeba obowiązkowo na sztuki pod patronatem kościoła zasuwać? Już sobie wyobrażam: spektakl pod tytułem " Moherowa Golgota"... w reżyserii Wierzejskiego... pod patronatem o. Rydzyka.

Tak, czy owak nie podobają mi się nowe standardy, oj, nie podobają...








sobota, 21 listopada 2015

Achilles w pułapce przeznaczenia

Książka dla tych, którzy kochają starożytność. Książka, która - jak mi się zdaje - nie będzie akceptowana przez wielu, zwłaszcza pod obecnymi rządami. Heros homoseksualista, Achilles. I jego kochanek Patroklos. Miłość, inna, ale może głębsza, trwalsza, niż heteroseksualna?

Autorka ubrała historię, opisaną w Iliadzie w tak piękne słowa, że trudno się od książki oderwać. Czyta się lekko i przyjemnie. Bardzo mi się podobała. Iliadę zmęczyłam wcześniej, to była męka Tantala, nie lektura. Teraz wszystko mi się poukładało, tworząc w mojej wyobraźni bardziej ludzki obraz.

Tyle teraz mówimy o tolerancji. Starożytni Grecy byli bardziej wyrozumiali wobec ludzkich słabości, nie odsądzali od czci i wiary odmieńców. Może dlatego, że byli bardziej świadomi własnych wad i błędów?

Można się od nich wiele nauczyć.


Ewolucja pojęć

Niewinność bywa rozumiana rozmaicie. Jak w przypadku wielu innych pojęć, do których z powodzeniem stosuje się teorię względności. Wprawdzie Einstein odniósł ją do czasu, który jest umowny. Politycy, jako obywatele w ogólności światli, posiadający umysły ścisłe, rozumujące logicznie, teorię względności postanowili zastosować do większości pojęć. Obecnie względnymi stały się, między innymi:
- uczciwość
- prawdomówność
- niewinność
- pracowitość
- rozumność
- tolerancja
- moralność

Uczciwość jest wprawdzie cechą obowiązującą, pod jednym wszak warunkiem, że pozostaje w zgodzie z potrzebami chwili krewnychiznajomychkrólika.
Prawdomówność. Prawdomówność polega na objawianiu prawdy oczekiwanej przez słuchaczy, nie zaś prawdy rzeczywistej. Można powiedzieć, że prawdomówność zmieniła charakter z realnego na wirtualny.
Niewinność. Niewinność to takie słówko, słóweńko, mówiące o tym, że ktoś nie naruszył z premedytacją prawa. Dzisiaj, jeżeli jednak ktoś naruszył, to należy odpowiednio zmienić prawo tak, by o tym kimś nadal można mówić, że jest niewinny. Oznacza to ni mniej, ni więcej, że choć nie zmieniła się relacja prawo-niewinność, to zmienił się zwrot na niewinność-prawo.
Pracowitość, krótko mówiąc polega na podpisaniu listy obecności w pracy. Ale tej obecności nie wymaga. Co widać wyraźnie w relacjach medialnych z pracy naszego Parlamentu.
Rozumność. Tu trudno powiedzieć, co kryje się pod tym pojęciem w obecnych, najnowszych czasach. Logika obowiązuje, prawda, ale jest to logika specyficzna, o charakterze indywidualnym, dopasowanym do konkretnej osoby, czy wręcz osobistości. Jeżeli osoba, czy osobistość nie chce posiadać wiedzy, to nie musi. Ale może formułować teorie, zasady, reguły w sposób dowolny, w miarę potrzeby chwili. Zasady te będą powszechnie obowiązujące, bez względu na to, czy inni, rozumni staromodnie, uznają je za zgodne ze stanem wiedzy. Stan wiedzy nie obowiązuje osobistości.
Tolerancja. Przyjmijmy, że mamy dwa wektory, jeden wektor od MY do WY, a drugi od WY do MY. Śmiało nałóżmy jeden na drugi, bo tak powinno to wyglądać: MY-WY, WY-MY, prawda? Teraz jednak okazuje się, że w drugim wektorze ktoś nam podpieprzył strzałkę w punkcie MY. Niby ten, uszkodzony trochę wektor nadal jest, a na oko, to jakby go nie było...

Moralność. Pojęcie obejmujące, ogólnie tę kwestię ujmując, etyczne postępowanie.
Cóż... W szkołach etyka być powinna, ale jej nie ma, zatem moralność jest taka, jakie etyki nauczanie...

czwartek, 19 listopada 2015

wirus pismonelli

Zamachy terrorystyczne we Francji poruszyły światową opinię publiczną. Trudno, żeby nie poruszyły! To straszne, gdy prowadzi ktoś wojnę, w której przede wszystkim giną cywile. Tym bardziej, że ci cywile nic akurat nikomu złego nie zrobili. Zwykli obywatele, zwyczajni ludzie, nie włazili z butami nikomu do domu. Nie znaczy to jednak, że nikt się z tymi butami tam nie pchał! Tylko, jak zwykle bywa, ten, kto się pchał jest bezpieczny, strzeżony przez służby rozmaite. Najbardziej wkurza mnie to, że prowodyrem w tych wszystkich akcjach pacyfikacyjnych na Bliskim Wschodzie, w krajach Islamu, jest Ameryka, której władze chcą teraz zamknąć granice dla uchodźców. Jakby ci uchodźcy tam się drzwiami i oknami pchali! Oni się pchają do Europy, a nie za oceany. I to Europa ma poważny problem, bo prześwietlić się tych mas nie da w żaden sposób. Mówienie, że nasze służby panują nad tą falą imigrantów, jest śmieszne i brzmi żałośnie. Nie panują, nikt nie panuje, zbyt wielka jest skala emigracji z tego świata, nękanego wojnami i reżimami religijnymi. Tak, wciąż, a wręcz z coraz głębszym przekonaniem, twierdzę, że nic w historii ludzkości nie wyrządziło tej ludzkości więcej zła, niż religie, jakie by one nie były. Religie odbierają ludziom zdolność logicznego rozumowania i postępowania. I, jak daleko sięgnąć wstecz, zawsze było tak, że fundamentaliści religijni robili wszystko, by wierni byli niewykształconymi, uległymi wyznawcami. Ślepa wiara jest gwarancją równie ślepego posłuszeństwa, braku postępu, czyli stagnacji  w sensie ogólnym i szczegółowym też. Doskonale widać to na naszym podwórku. Bezkrytyczność i przejmowanie poglądów cudzych zapewniło nam właśnie 25 października roku obecnego, przewlekłą chorobę, wywołaną przez (ś)wirus pismonelli. Choroba atakuje błyskawicznie, przy czym wszystkie organy jednocześnie. Poczynając od organów władzy, a potem przenosząc się drogą służbową aż do naczyń włosowatych, czyli lokalnych. Choroba, nawet wyleczona, pozostawia po sobie trwałe ślady w postaci drgawek nerwowych, niestrawności, rozmaitych fobii. Pierwszym symptomem jest zapalenie strun głosowych i utrata pamięci. Utrata pamięci dotyka częstokroć znajomości poprawnej polszczyzny, przy jednoczesnym pogłębieniu znajomości łaciny. Podwórkowej.

środa, 18 listopada 2015

Ku pamięci

Pan Prezydent:
Ta sprawa była nieprawdopodobnie niszcząca dla wymiaru sprawiedliwości i jeśli mamy budować dobry obraz wymiaru sprawiedliwości w Polsce, a chciałbym, żeby tak było, postanowiłem w swoisty sposób uwolnić wymiar sprawiedliwości od tej sprawy, w której zawsze ktoś by powiedział, że sądy działały na polityczne zlecenie i przeciąć ten problem, rozstrzygnąć ten spór na moją odpowiedzialność jako prezydent - powiedział Duda. ( cytat z wp.pl)


 Zbigniew Ziobro:
 Działanie Mariusza Kamińskiego i funkcjonariuszy CBA było w pełni legalne, zasadne i konieczne, by przeciwdziałać korupcji - ocenił w radiowej Jedynce Ziobro. Z kolei wyrok sądu, który skazał polityka na bezwzględne więzienie minister sprawiedliwości określił jako "skrajnie niesprawiedliwy" i "polityczny". Zbigniew Ziobro podkreślał, że w tej samej sprawie orzekały też inne sądy, wydając wyroki korzystne dla polityka PiS. - Trzykrotnie dochodziły do wniosku, że operacja była w pełni legalna i zasadna - mówił szef resortu sprawiedliwości. (cytat z wp.pl)


Zostawiam sobie, ku pamięci.
Jak to powiedział przyjaciel K. Daukszewicza?, ach, już wiem: Krzysiu, bo to nie chodzi o to, żeby przypomnieć, tylko, ŻEBY NIE ZAPOMNIEĆ!

wtorek, 17 listopada 2015

Nowa twarz, ale nie Greya...

Jak zrobić z kogoś bohatera? Wystarczy go mianować.

Najpierw trzeba tylko ułaskawić. Póki wyrok się nie uprawomocni. Potem będzie już z górki.
I będzie. I cieszę się, że mamy demokrację, najsprawiedliwszy ustrój na świecie. Mamy takich przedstawicieli, na jakich zasłużyliśmy. Tej połowie obywateli, która nie raczyła się pofatygować, dziękujemy z całego serca. Pozwoliliście, żeby garstka, zaledwie 20% uprawnionych, wybrała za Was.

Nowa twarz PiS już przestała obowiązywać. Maski zdjęto, koniec balu. Teraz czeka nas tylko kac. I to będzie długi kac, cztery lata...

niedziela, 15 listopada 2015

Zagubione niebo, gdzieś nad Krakowem

K.Grochola, Zagubione niebo. Kupiłam, przeczytałam, niewiele mam do powiedzenia.

Opowiastki, zebrane w książkę pod wspólnym tytułem. Zbiorek lekki, łatwy i ogólnie wzruszająco przyjemny. Czyli do łez. Jednym słowem harlekin. Co tu jeszcze na ten temat dodać? Chyba nic... Jak ktoś nie lubi się wysilać umysłowo, to książka w sam raz.

Teraz czytam Achillesa w pułapce przeznaczenia. Dobrze napisana opowieść epicka, osnuta na literaturze starożytnej, ze źródłami w Homerze i Wergiliuszu.

Coś dla tych, którzy kochają mitologię grecką, czytali np. Iliadę, ale trzynastozgłoskowiec poplątał im wątki. Tu autorka ruszyła wyobraźnię i spróbowała przedstawić krótki żywot najsłynniejszego wojownika, greckiego herosa, z bliska. Uśmiechnęłam się czytając, bo Achilles jest przedstawiony jako homoseksualista, zakochany w swoim towarzyszu Patroklosie. Kiedyś tu napisałam, że w Iliadzie to nie było wprawdzie powiedziane wprost, ale odniosłam wrażenie, że uczucie Achillesa do Patroklosa było czymś więcej, niż przywiązaniem przyjacielskim.

Ucieszyło mnie, że nie tylko ja tak odczytałam Homera.

A w ogóle  to jeszcze czytam, miałam przerwę na wycieczkę do grodu Kraka. Spacer wzdłuż nabrzeża Wisły do murów Wawelu, w delikatnej poświacie latarń byłby wspaniały, gdyby nie to wietrzysko szalejące nad Polską. Ale o tym napiszę sobie później.

Kraków. Kulturalna stolica Polski. Piękny, stary gród, pamiętający czasy, gdy cywilizacja słowiańska tkwiła jeszcze w powijakach.


Wyjechaliśmy rano, około 9:30, drogą, prowadzącą nas głównie trasami szybkiego ruchu. Do hotelu dotarliśmy w porze obiadowej, chyba o 14:30, a na pewno nie później. Hotel Adler mieści się w przebudowanej starej kamienicy, o krok od Wisły, przy pylonowym moście "z rurą", jak go nazwaliśmy zgodnie.

Rezerwując w piątkowy wieczór nocleg, pytaliśmy o parking, czy jest? Tak, jest - padła odpowiedź. Parking, to chodnik przy ulicy Piwnej, przy której mieści się hotel. No, trudno, nasz czterokołowy, czarny rumak znalazł na szczęście swój box i spokojnie zasnął. Obroku nie chciał.

Adler serwuje wyłącznie śniadania, na życzenie klienta i za dopłatą. Trochę drogo nam wyszło, nawet bez tego śniadania, bo prawie 380zł za tę jedną noc, ale w dwu pokojach. Trudno, lokalizacja wynagrodziła nam ten wydatek. Pokoje ładne, wygodne, godne polecenia. Wszelkie wygody. Nawet sejf w szafce.

Pijawka nie lubi wędrować, wziął ze sobą konsolę. Zaopatrzył się w piwo i zadekował w swoim pokoju. My ogarnąwszy się co nieco, pomaszerowaliśmy przez ten most "z rurą" prościutko do dzielnicy Kazimierz.


Kazimierz... straszliwie nadgryziony zębem czasu, zaniedbany, łuszczące się elewacje, odpadające tynki. Kamieniczki, drewniane domy, ulice są w bardzo złym stanie. Kolejny raz myślałam, że my o swoje dziedzictwo kulturowe dbać nie chcemy, albo nie potrafimy, sama nie wiem, czemu?

Żal mi się zrobiło tych krążących w arteriach uliczek wspomnień, tych odgłosów przeszłości, tej starej, zapomnianej, żydowskiej dzielnicy.

Westchnąwszy sobie do siebie, pomaszerowaliśmy szukać drogi do zamku. Informacja, jak to informacja - żadna. Drogowskaz był, owszem, na jednym skrzyżowaniu. Że w prawo. Poszliśmy w to prawo. Po godzinie  daremnego wyglądania kolejnej wskazówki zawróciliśmy. Przy katedrze maleńka mapka na latarni. Wyszło, że zamiast się zbliżać, oddalamy się od Wawelu.

Wróciliśmy do mostu i poszliśmy wzdłuż nabrzeża. Primo - żeby w ciemności łatwiej znaleźć drogę powrotną. Noc zapadła już około 16:00, latarnie dawały tylko odrobinę światła. Turystów, głównie obcokrajowców mnóstwo, mimo silnego wiatru. Maszerowaliśmy chyba ze 4km, ale widok podświetlonego zamku wynagrodził nam wędrówkę. Zamek, potężny, okolony murem wznosi się tuż nad brzegiem rzeki. Obeszliśmy go dookoła, rejestrując widoki na fotografiach. Zabawne... na zdjęciach widać wszystko wyraźnie, a my, stojąc tuż obok nie widzieliśmy nawet siebie nawzajem...

Z ciemności ulicy nagle wyłoniła się kawalkada powozów, każdy zaprzężony w dwa wystrojone kolorowo konie. Zrobiło nam się weselej, chociaż troszkę żal, że tym razem nie zdążymy skorzystać z uroczej przejażdżki.


Wróciliśmy do hotelu tą samą drogą, wiatr postanowił znowu z nami rozmawiać twarzą w twarz, zmienił kierunek.

Jeszcze mała wycieczka do pobliskiej pizzerii, pachnącej naprawdę znakomitymi wypiekami i do hotelu dotarliśmy około 18:30. Zmęczeni, ale zadowoleni.

Prysznic i do łóżeczek. Próbowałam poczytać, ale zdaje się, że "centusie", to doprawdy adekwatny przydomek Krakowian. Światło w pokoju, podobnie jak na ulicach takie, że widać tyle, o ile.

Pijawka obudził nas wcześnie, zwinęliśmy się szybko i powrót. Oj, organizmy przywykłe do porannej kawusi, z trudem odnalazły się w kolejnym dniu. deszcz siąpił przez całą drogę, chmurzyska kłębiły się nad naszymi głowami, nie pozwalając słońcu nawet na moment ożywić tej płaczliwej aury. Przystanek na kawę i jajecznicę w przydrożnym barze "Sarenka", niedaleko za Częstochową, w stronę Warszawy. Po taniości, ale bardzo smacznie było, naprawdę.


wtorek, 10 listopada 2015

Zaproszenie

Dostałam zaproszenia. Dwa, na dodatek już powtórne. Myślę sobie: nieładnie tak nie skorzystać, kiedy grzecznie proszą.
Wziąwszy stosowny urlopik, jednodniowy, przygotowałam się do złożenia wizyt. Wykąpana, czyściutka, pachnąca, pomaszerowałam w tym deszczu pod wskazany w zaproszeniu adres. Próbowałam potwierdzić swoją wizytę telefonicznie, ale mi nie poszło - nikt nie raczył się odezwać po drugiej stronie. Hmm, pomyślałam, jak to? Zapraszają, a potem udają, że ich nie ma? A ja, na złość - pójdę! Poszłam.

Stoję w kolejce. Czekam grzecznie. No, nareszcie! Że co? Że spotkanie 28 grudnia???? W zaproszeniu napisano, że czekacie 4 dni w tygodniu, od 9:00 do 13:00!

I tak to diabli wzięli moje przygotowania... i zapał, na który czekałam niemal 4 lata. Bo akurat do takich wizyt to ja zapału nie mam, oj, nie mam! I obawiam się, że prędko kolejny raz mnie nie nawiedzi, niestety.  A powinnam wiedzieć, głupia pinda, że jak NFZ zaprasza, to raczej z nadzieją,  że nie skorzystam. Z tego zaproszenia.

Niepodległość

11 listopada już jutro. Medialni reprezentanci zacierają już z pewnością ręce. Każde, narodowe święto jest u nas znakomitą okazją do kolejnej awantury. I jutro na pewno coś się wydarzy. I będzie można zapełnić czas antenowy przepuszczając go przez maszynkę do mielenia. I okazja, żeby zadać mnóstwo głupich pytań, takich, jak na przykład to: Co pani czuła widząc,  że umiera pani dziecko? 

Wracając do politycznego  status quo, to właśnie usłyszałam, że:
- Pan J. Gowin otrzymał dwie propozycje ministerialne, a z własnej woli wybrał sobie ministerstwo nauki i szkolnictwa wyższego. Omnibus. Zna się na wszystkim, od sprawiedliwości do nauki, jak widać po tej nominacji.
- osławiony niechlubnie Mariusz Kamiński to będzie nasz koordynator służb specjalnych. Kryształowa postać, z nieprawomocnym, ale jednak wyrokiem więzienia na karku.

Ministerstw będzie ci u nas dostatek, kandydaci fotogeniczni  bardzo. Profesor Gliński pierwszy vice premier...

W TVP Info, wybrano niezwykle sugestywną formę prezentacji właścicieli tek ministerialnych. Odkrywano kolejne karty z talii. I pomyślałam sobie, że chyba nieumyślnie, ale TVP podkreśliła w ten sposób, że obsadzanie politycznych funkcji odbywa się na zasadzie rozdawania kart, jak w pokerze. Nie wiadomo, komu, jakie przypadną. Mądrzy nasi politycy, umysły ścisłe mają, na rachunku prawdopodobieństwa znają się. Jak widać. I może powiedziałabym: A co mi tam, ja tylko jestem obserwatorem tej gry! Ale nie mogę, bo oni postawili w tym rozdaniu wszystkie moje oszczędności i przyszłe dochody też. I teraz siedzę i dumam, jaką mam szansę na ściągnięcie od nich tego długu? Obawiam się, że żadną...


poniedziałek, 9 listopada 2015

Newsy

Najważniejszy z tych niusów, to skład nowego, naszego, rządu. Plejada gwiazd:
- Antoni Macierewicz
- Zbigniew Ziobro
- Konstanty Radziwiłł
i paru innych, równie nam jaśniejących na firmamencie politycznym.

W zasadzie, to można powiedzieć: no comment. Ale trudno to przełknąć już na starcie, a co będzie później? 4 lata przed nami, cztery długie lata... A obawiam się, że im dalej, głębiej w ten las, tym więcej będzie drzew. Nie, przepraszam - kłód. Pod naszymi nogami. Przede wszystkim muszę się chyba zaopatrzyć w wygodne buty, bo nie sądzę, żebym jechała przez ten las wyścigówką, raczej spodziewam się, że podróż odbędę per pedes. I, chociaż akurat maszerować to ja bardzo nawet lubię, to podejrzewam, że po tej wycieczce przymusowej, przybędzie mi odcisków, a może nawet dorobię się halluksów, albo i ostróg w piętach.

Pani Beata, przyszła, chwilowa ( czyt: przenośna) jak sądzę, premier nadciągającego nam rządu, minę miała nietęgą, oj, nietęgą... Czyżby czuła się rozczarowana? No, nieeee... Pani Premier! Kto, jak kto, ale pani, to powinna wiedzieć, że, jak prezes mówi, że coś będzie białe, to z pewnością ma na myśli czarne! Ale co ja tu malkontencić tak zaczynam? Agrafko, pamiętaj:

nigdy nie jest aż tak źle, żeby nie mogło być jeszcze gorzej!

A, że na Szczycie, nadzwyczajnym podobno,  Europy Polska nie będzie miała swojego reprezentanta?
Że znowu się będą z nas śmiać? Och, ani to pierwszy, ani ostatni raz. A jak to ktoś powiedział trafnie: demokracja, to najsprawiedliwszy z ustrojów - naród ma takich reprezentantów, na jakich zasługuje.

Yes, yes, yes !!!- cytując byłego premiera, Marcinkiewicza.



sobota, 7 listopada 2015

Poezja i literatura z polityką w tle

Magda Zawadzka zapowiedziała dzisiaj, w radiowej Trójce spektakl o Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej. To moja ulubiona poetka...

Pamiętam i lubię sobie przypominać jej wiersze:

Ofelia
Ach, długo jeszcze poleżę
w szklannej wodzie, pośród wodorostów
zanim nareszcie uwierzę,
że mnie nie kochano.
Po prostu.

Prostota i wdzięk.

Chętnie bym obejrzała ten spektakl.

A w polityce - zgodnie z planem. Jak w piosence: raz ryby, żaby i raki wpadły na pomysł taki: coś zróbmy, coś przeróbmy...itd. Pomysły zostały ogłoszone, procenty otrzymane, 25 X, ale cóż... kiedy ryby, miały pomysły na niby i już się z nich wycofują. Rakiem.
Jeszcze nowego rządu nie ma, a awantury już są. O reprezentację na nieformalnym spotkaniu międzynarodowym, na przykład. Mamy też pierwsze protesty, szybko się zaczęły. Głosowali na Prezydenta frankowicze, a dostali figę. Już się zdążyło okazać, że raczej przewalutowania nie będzie. I dobrze im tak, wcale mi ich nie żal. zastanawiam się, co będzie kolejnym "raczkiem"? Porażająca jest naiwność obywateli, doprawdy porażająca! Znowu się dali nabrać na te gruszki na wierzbie. I mają te gruszki. I wierzbę mają. Tylko jakby jedno zgniłe, a drugie jakby uschnięte. I jedno w Biedronce, a drugie przy drodze, donikąd na dodatek...

Czytam Alice Munro. "Jawne tajemnice". Opowiastki o kobietach. Dziwne są, żadna nie jest, jakby to powiedzieć? - domknięta? Są taką swoistą, psychologiczną wiwisekcją. Autorka wgryza się w dusze kobiet, aż do dna, wywleka skrywane głęboko tajemnice na światło dzienne. Nie ocenia, nie wyjaśnia, nie analizuje. Ona ich dotyka słowem. Trąca i obnaża.

Nie mam jakiegoś, konkretnego stosunku do tej książki. Mimo, że jestem kobietą, nie umiem się w niej odnaleźć. Być może jest to naprawdę znakomita książka, skoro ten Nobel został jej przyznany, ale myślę, że ja nie głosowałabym na nią, gdybym była członkiem Jury. Cóż, ja jestem tylko czytelniczką, nie jestem krytykiem literackim, nie znam się.




piątek, 6 listopada 2015

Tydzień

Ten tydzień zmęczył mnie bardzo. Wyssał ze mnie wszystkie soki, zostawił wysuszone i puste wnętrze, które muszę wypełnić.
Oczy przekrwione, jak u trunkowego osobnika mam. Sińce pod nimi takie, że nic, tylko dzieci straszyć niegrzeczne. Apetyt diabli już jakiś czas temu wzięli i ubyło mnie ze trzy rozmiary, tak na oko.

Wystroiłam się dzisiaj w czarne, sztruksowe spodnie, rankiem wczesnym, jak zwykle. Kręcę się po mieszkaniu, nagle czuję, że te spodnie ze mnie spadły. Najzwyczajniej w świecie opadły mi do kostek. Szlag jasny by to trafił. Wsunęłam w szlufki pasek, ściągnęłam, falbanki mam w pasie. Upchnęłam sweter w te spodnie, niewiele pomogło, falbanki prześliczne takie dalej są. Ee tam... mam to w nosie - pomyślałam i pojechałam tak do pracy. Koleżanki zaniemówiły. No, co? - pytam. Coś się paniom nie podoba? Cóż... mnie też nie bardzo.

Niby dobrze, gdy się tak samo chudnie. Ale, z drugiej strony, zimno i kłopot, bo garderoba do wymiany. A co, jeżeli przytyję? A wydatki już poniosę? No, nie wiem, nie wiem...

Ziąb przeokrutny, może dlatego, że izolacja się skurczyła na mnie. Zawsze to, gdy warstwa tłuszczyku jest, cieplej jakoś.

A może by tak jutro udać się jednak do pracy? Nadgonić ociupinkę? Czy lepiej SPA zarządzić wieczorową porą? Ot, babskie dylematy...

Wyśpię się, jutro się zobaczy.




poniedziałek, 2 listopada 2015

Jawne tajemnice

Alice Munro, "Jawne tajemnice". Czytam. Przeczytałam dwa opowiadania, pierwsze to "Za daleko".
Drugie, to "Prawdziwe życie".

Na razie mam mieszane uczucia, bo zaskoczyła mnie stylistyka i forma wypowiedzi. Wiem na pewno, że będę musiała przeczytać jeszcze raz, jakoś nie wszystko do mojej świadomości dotarło w pełni. Być może to skutek poprzedniej lektury, czyli "Głosów Pamano". Zbyt mocno ścierpła mi dusza i teraz nowe treści z trudem przebijają się przez kontemplację przejmującego tekstu J.Cabre.

Zdążyłam, jak dotąd, zauważyć, że historie, które serwuje nam autorka nie są lekkie, łatwe, ani przyjemne. To nie literatura dla karmiących matek. Skomplikowane, skrywane głęboko uczucia, które... no, właśnie - nie znajdują dla siebie ujścia? Niespełnienie przewija się przez te opowiastki, przez każdą stronę.
Oczywiście, niektóre kobiety, bohaterki książki, twierdzą, albo inaczej - prezentują się jako istoty szczęśliwe. Ale nie są. Szczęśliwe. Są tylko pogodzone, chyba z własnymi uczuciami? Nie wiem...

Kobiety... uszczęśliwiane na siłę...przez inne kobiety też. Wyrywane z samotnego życia, które wiodą zadowolone i pełne energii, robiąc to, co lubią najbardziej. Wpychane, wtłaczane w  ramiona mężczyzny, bo przecież...
Albo traktowane jak, nie przymierzając, dzisiejsze zdobycze w wirtualnym cyberświecie. Jak erzac, namiastka, chwilowe zaspokojenie chuci? Bez konsekwencji. Nie, chyba muszę dokończyć książkę i jeszcze raz się zastanowić. Myśli mam dosyć chaotyczne, nie uporządkowane. Może jak obejmę nimi całość, będzie mi łatwiej?

niedziela, 1 listopada 2015

1 listopada

Nie byłam dzisiaj. Na cmentarzu. Byłam wczoraj, bladym świtem, szłam we mgle, otoczona jedynie mroźnym o tej porze powietrzem. Handlarze dopiero przeciągali się, ziewali, ledwie wyszedłszy z furgonetek, w których zdaje się nocowali. Moja ulubiona kwiaciarnia przy samej bramie była już otwarta, o 6:00.

Właściwie nie miałam czego sprzątać, wiatru nie było, liśćmi nie usiał grobów. Chociaż, jak dla mnie, to akurat szkoda, bo je bardzo lubię. Podoba mi się, gdy tak tańczą na kamiennych nagrobkach, szeleszczą i szepczą mi do ucha.

Wyobrażam sobie, że to moi bliscy rozmawiają ze mną i chociaż ich nie rozumiem, to czuję, że są wtedy blisko, otaczają mnie i próbują mnie rozbawić. Uśmiecham się.

Do takich nostalgicznych i intymnych bardzo rozmyślań i rozmów niezbędna jest cisza. 1 listopada tej ciszy mi brakuje i obrazy odpływają w niepamięć. Nie umiem w tym ludzkim, żywym gwarze przywołać wspomnień, żadnych. A przecież to dla nich, dla tych wspomnień, chodzę czasem na cmentarz. Żeby trwały.

Zresztą, moi bliscy, przyjaciele i znajomi, którzy odeszli, wciąż żyją we mnie, nie muszę chodzić na cmentarz, żeby ich odnaleźć. Pamiętam o nich codziennie. Każda niemal czynność, czasem czyjś uśmiech, albo rzucone słowo, przywołują z mojej pamięci obrazy i zdarzenia. I uczucia, które im towarzyszyły.

Nie potrzebuję wyznaczać sobie jednego dnia w roku, ONI też chyba tego nie chcą, tak myślę.


Głosy Pamano cd.

Jeszcze nie skończyłam. Wciąż czytam, ale zostało mi już kilkadziesiąt stron.

Głosy Pamano? Rzekę, zwaną Pamano, słyszą umierający. Dla tych, których czas jeszcze nie nadszedł, jest cicha, milcząca.

Nie mogę, nie chcę pisać o tej książce nic więcej. Jak ją streścić w jednym zdaniu? Najlepiej pasuje, choć to może nie na miejscu, to stwierdzenie z książki A.J. Gabryela: "Nikt nie jest tym, za kogo uważają go inni".

Lektura obowiązkowa. "Głosy Pamano", a nie seria erotyczna A.J. Gabryela, oczywiście. No, chyba, że ktoś woli erotyczną. Ja - "Głosy Pamano".