piątek, 23 października 2015

Nierówne połowy

Połowa, to połowa i już. Koniec. A jednak...

Najczęściej bywa tak, że mówimy o połowie, a myślimy o dzieleniu wprawdzie na dwie części, ale wcale nie jednakowe.

Moja połowa jest jakby mniejsza. Zawsze. Może się kurczy? A może przyczyna tkwi w tym, że to ja się kurczę? O, kurczę!... nie wiem...

Jesień dziwna jakaś tego roku. W połowie października, na kasztanowcach wisiały kasztany, zamknięte wciąż, a liści prawie nie było. Kolorowy październik wcale kolorowy nie był... Wyjrzałam przez okno, a tam prawie nagie drzewa, a pod nimi ścielą się uschnięte liście, nie wybarwione ani złociście, ani rudo, ani czerwono. Doprawdy, nietypowa ta jesień. Wiatr szeleści, drzewa mu się kłaniają, uniżenie i pokornie. Coś szepczą sobie na ucho. Opadłe liście tańczą na chodnikach fokstrota, podskakują zabawnie, unosząc się w hałaśliwych piruetach. Mgliście jest po ostatnich deszczach i ponuro. Za rzeką, ogromne wiatraki leniwie obracają ramiona, znużone nieprzyjazną aurą i niechętne do pracy.

Myślę o bliskich, których mam tylu po drugiej stronie mgły. Zagubionych w czasie i przestrzeni, nie wiem... dokąd zmierzają? Czy tęsknią za mną, chociaż odrobinę? Ja za nimi bardzo! Wspomnienia cisną się do mnie, przepychają, każde chce być pierwsze. Wyciągam szyję, szukam tych najmilszych, o Mamie... Znalazłam, na twarzy pojawił się cień uśmiechu. By po chwili zniknąć i przepaść w głębinach smutku.

Powoli unoszę zasłony milczenia, skrywające niezmącony spokój...
Tylko ta samotna, zagubiona łza... na policzku...




Brak komentarzy: