niedziela, 18 października 2015

Moja namiętność

80zł. Tyle zapłaciłam za trzy książki. Oprócz "Faceta na telefon", nabyłam jeszcze "Małżeństwo wagi półśredniej" Johna Irvinga i  książkę Robina Cooka"Coma".

Żeby nie mieć za dużo czasu na rozmyślania niepotrzebne o tym, grzesznym Adamie, niezwłocznie przystąpiłam do lektury kolejnej, Irvinga, bo się stęskniłam za nim bardzo.
Powąchałam, przytuliłam,pogłaskałam i zasiadłam w fotelu...rozkoszując się już samym dotykiem. W życiu nie przejdę na e-booki, w życiu!

Kocham, jak nic na świecie, przecudny aromat papieru pokrytego farbą drukarską. Lubię czuć przenośny i dosłowny ciężar książki, rozkoszować się dotykiem. Takie zboczenie, ot!

Irving ma takie lekkie pióro, że najtrudniejsza tematyka, wlewa się w umysł, mój umysł, jak woda z kranu. Obmywa mi szare komórki i rozlewa się falą przypływu po wszystkich zakamarkach mojego ciała i duszy, czymkolwiek ona jest w moim przypadku, bo nie wiem, co zamiast mają niewierzący?
O, muszę to przemyśleć, może to być ciekawy temat do rozmyślań. Ale kiedy indziej, na długie zimowe wieczory zajęcie w sam raz.

Co mnie urzeka w mistrzu pióra, Irvingu? Prostota i lakoniczność wypowiedzi. Jego teksty, dotykające najboleśniejszych, najintymniejszych przeżyć bohaterów są jak...jakie określenie będzie najwłaściwsze...o, są jak nota prasowa - rzeczowe, krótkie i konkretne.

Na przykład pisząc o gwałtach, dokonywanych przez Niemców, wieśniaków i Rosjan na matce bohaterki, autor używa form prostych i zwięzłych: "nie miała karty przetargowej, bo już została zgwałcona".

Książka "Małżeństwo wagi półciężkiej" to nader skomplikowana historia relacji łączących dwa, zaprzyjaźnione blisko małżeństwa, tkwiące w czworokącie seksualnym i zdaje się, zaplątanych emocjonalnie. Korzenie całej czwórki są rozmaite, każde z czworga dźwiga swój bagaż wspomnień. Jak posag dzieciństwa wpłynie na ich dorosłość, przyszłość i los związków, dowiem się zapewne, gdy skończę lekturę. O ile się dowiem, bo u Irvinga nic nie jest pewne, lubi zostawiać czytelnika z polem do dumania.

Wiedziałam, że Irving dużo pisze o sferze erotycznej, ale w tej powieści seks jest dominujący, zdecydowanie znajduje się w centrum uwagi. Mocne, wręcz pornograficzne ujęcie tematu uderza w czytelnika, mocno uderza. Nie usuwa przy tym, w żadnym razie, w niebyt najważniejszego pytania, które zadaje Irving - czy dobrze jest przekraczać wszystkie granice, bez wyjątku?
Nie doczytałam jeszcze do końca tej książki, ale wydaje mi się, że jedyną, możliwą odpowiedzią na to pytanie będzie zaprzeczenie. I, jak znam Irvinga, wprost mi tego nie objawi, licząc, że wnioski potrafię wyciągać sama.
Odłożyłam  książkę, zostawię sobie tych kilkadziesiąt stron na jutrzejszy wieczór. Zawsze tak mam.

Pomyślałam przy tym, że dobre i złe książki mają jedną cechę wspólną: i te, i te drugie często odkładamy. Różnica polega jednak na tym, że dobre odkładamy, bo nie chcemy, żeby już się skończyły, boimy się rychłego rozstania z nimi, a złe? Złe odkładamy, bo mamy ich zwyczajnie dosyć.

Niczego nikomu nie zazdroszczę. Ani urody, ani młodości, ani pieniędzy, niczego! Z wyjątkiem posiadania talentu takiego, jak Johna Irvinga, na przykład. Oddałabym prawie wszystko, żeby umieć tak pisać...

Brak komentarzy: