piątek, 23 października 2015

"Małżeństwo wagi półśredniej"

Kolejna powieść J. Irvinga, która dotknęła mnie. Muszę coś napisać, zanotować sobie, a nie wiem co, ani jak?

Historia chyba nietuzinkowa, ostatecznie zbyt często  nie zdarzają się małżeńskie czworokąty? Zresztą nie wiem, może... kto wie?

Pozornie doskonały układ: krzyżówka seksualna, która miała zapewnić obu stadłom porcję "zdrowej", łóżkowej rozrywki i wnieść powiew świeżości w długotrwałe związki ( tu, na marginesie, muszę powiedzieć, że mowa o związkach długotrwale ośmioletnich! Sic!).

Znudzeni już nieco, chociaż kochający się wciąż małżonkowie, postanawiają pobawić się w niezobowiązujący seks, za wiedzą i aprobatą ślubnych połówek. Nawet dobrze im szło. Do czasu. Aż zdechło. I cały świat stanął na głowie, na czterech głowach, prawdę mówiąc. To, co dla jednych było tylko zabawą, dla niektórych okazało się aktem zemsty, dokonanej kosztem tych, którzy zaangażowali się bardziej, niż zamierzali. Efekt był, krótko mówiąc, opłakany.

Oba małżeństwa, zawarte jak się zdaje - z miłości, doznały poważnego uszczerbku w sferze tegoż uczucia. Nic już nie było, bo nie mogło być takie, jak przed zabawą.

Książka napisana, jakby to określić? - bez ogródek, czyli chwilami dosyć obsceniczna, jak to u Irvinga. Przez wszystkie karty snuje się podstawowe pytanie: czy warto przekraczać wszystkie granice? Odpowiedzi, to już każdy musi sam sobie udzielić.

Bardzo dobra książka.







Brak komentarzy: