sobota, 17 października 2015

Facet na telefon

Czytam. Od wczoraj. Nie idzie mi najlepiej. Pierwsza myśl, którą sobie odnotuję tu, jest taka:

Dobrze, że lekturę wszystkich, trzech książek A.J. Gabryela zaczęłam od "Faceta na telefon" część 2.

Myślę, że jest najlepsza.

Nie chcę jednak pisać o książce, której jeszcze nie skończyłam czytać. Na razie jestem znudzona lekturą, zatem nie wiem, kiedy dobrnę do finału. Ano, zobaczymy.
--------------
Jednak pisać będę na gorąco. Dobrnęłam do połowy. Książki.

Dalej nie mogę czytać. Pogubiłam się i zmęczyłam. Co ciekawe, ani przez moment nie czułam się podniecona treścią, która przecież - co tu kryć - jest przesycona erotyką do granic możliwości.
No właśnie... tych szczegółowych opisów aktów płciowych jest tak dużo, partnerki co chwilę się zmieniają, powracając po kolejnych, aż się kręci w głowie.

Intrygujące jest dla mnie, że wiele kontekstów znam aż nadto dobrze... Jednak każda próba wyobrażenia sobie, że sama mogłabym odnaleźć się w roli sponsorki spełzła na niczym. Albo mam za mało wyobraźni, albo moja natura uniemożliwia mi postawienie się w takiej sytuacji. Naprawdę  nie wiem, dlaczego tak to odbieram? Prawda, opinią dziwoląga cieszę się od dawna, w licznych kręgach znajomych. Przede wszystkim jednak - ręka by mi uschła chyba, gdybym miała wydać pieniądze na płatny seks. Za chwilę przyjemności, zresztą wątpliwej, bo wyzutej z całej otoczki prawdziwego erotyzmu? To tak, jakby zapłacić 2 tysiące za ciastko. Nawet najsmaczniejsze. To tylko chwila delektowania się smakiem, a są miliony konające z głodu. Ością w gardle by mi stanęło. To ciastko. I taki seks.

Czytając, miałam w głowie narastający mętlik. Bo, jak pogodzić z płcią męską rzuconą lekko informację, że Iksińska wystąpiła w lawendowej bluzce? No, jak? Niech mi ktoś wytłumaczy!

Normalne, to w przypadku mężczyzn, jest dzielenie kolorów na:
- ładny
-pedalski
- ch..owy

W praktyce rozmowa z facetem o barwie czegoś wygląda tak:

Ładna ta bluzka, Agrafko.
Która, mój drogi Kolego?
No,ta różowa.
Ale tu nie ma żadnej różowej!
Jest,o ta, taka ładna! - odpowiada facet wskazując na pomarańczową.

Trudno mi uwierzyć, że istnieje na świecie mężczyzna, który nie tylko odróżnia kolory podstawowe, ale na dodatek ich odcienie. I jeszcze potrafi je nazwać: lawendowy, pistacjowy, limonkowy, ecru, śmietankowy, etc.
Długo przebywam na tym świecie, ale takiego biegłego jeszcze nie spotkałam! Jeżeli autor rzeczywiście jest facetem, to absolutnie wyjątkowym egzemplarzem, drugiego próżno szukać nawet ze świecą.

Im więcej tekstów Szanownego Autora za mną, tym więcej pytań przede mną. Dokuczliwa jest przy tym świadomość, że nigdy nie uzyskam na nie odpowiedzi.

Mam też coraz więcej wątpliwości dotyczących profesji, którą autor sobie przypisuje i którą się chwali, nie wiedzieć czemu co rusz stwierdzając, że jest niezmiernie zawstydzony. Albo jedno, albo drugie, na oba uczucia naraz, to ja się zgodzić nie mogę. Albo się wstydzi, albo chwali. Fałszywej skromności nie lubię, więc niechby już pozostał przy autopodziwie.

Lepiej, gdyby te historie były wyimaginowane, a postaci kobiet zmyślone. Jeżeli mają pierwowzory w realnym świecie, to źle to świadczy o piszącym. Czuję się jak na targu niewolnic,na którym każdy może zajrzeć wystawionej na widok publiczny ofierze w zęby i nie tylko. I porównywać. Jeżeli kobiety Adama, bohatera książek, płaciły tak ciężkie pieniądze za te przyjemności chwilowe, to wprost nie wypada o nich mówić. Swoją drogą, to trzeba mieć nieźle popieprzone we łbie, żeby za seks płacić tyle, ile wiele rodzin chciałoby mieć na utrzymanie przez cały miesiąc... Smutne. Ale czego można oczekiwać od tych wypielęgnowanych, nie wiedzących czego jeszcze mogłyby pragnąć lalek? Egotystyczne, obrzydliwe charakterki tych "dam", nie budzą sympatii. No, mojej sympatii nie budzą, to pewne. Cierpienia? Jakie cierpienia, Autorze? Nuda im doskwiera w większości przypadków. Gdyby uruchomiły szare komórki, to zrozumiałyby (może), że to one są wykorzystywane i jeszcze za to płacą, eh...

Muszę jeszcze wspomnieć, że z ciekawością poczytałam sobie trochę niby komentarzy na blogu autora. Tam się dopiero dzieje... Niejeden psycholog miałby tam fascynujące i bogate źródło do rozmyślań na temat natury kobiet.

Tylko czemu się potem dziwią, że o babach faceci mówią, że są głupie? To czytelniczki tego bloga, ćwierkające rozkosznie "natakieróżnetematy" pod postami na blogu, same pracują na takie opinie.

No, bo gdzie powiedzieć, że się wstało i kawusię się za chwilę będzie pić, jak nie pod adekwatnym do tej wieści postem o seksie z wujkiem, prawda? Im się wydaje chyba, że są  cool, czy jakoś podobnie ( nie jestem dostatecznie obeznana z nowomodnym słownictwem)?
---------------
No, skończyłam lekturę, chociaż muszę przyznać, że końcówka to już głównie polegała na pobieżnym przeglądaniu i przerzucaniu kartek. Byle dotrwać do epilogu. I ten epilog mnie rozłożył na obie łopatki.

Muszę zweryfikować swoje odczucia i potraktować wszystkie trzy książki, jak fikcję literacką.
Tak postanowiłam, mimo, że książka jest reklamowana jako produkt autorstwa męskiej prostytutki, czyli faceta trudniącego się płatnym seksem, prowadzącego coś w rodzaju pornograficznego  bloga towarzyskiego pod  zachęcającym tytułem grzesznikadam.blog.onet.pl

Jednak ja potraktuję ją jako realizację pewnego pomysłu, być może inspirowanego przez te liczne Greye, które przyniosły światowy sukces ich autorce. Mimo, że są tak straszliwym gniotem, że aż brak słów...

Kończąc, uznaję książkę "Facet na telefon" za marną, zdecydowanie gorszą od drugiej z podtytułem "Grzesznik". Druga też straciła wiele uroku, gdy przeczytałam pierwszą, bo okazuje się, że autor się powtarza, nie odkrywa przed czytelnikiem żadnych, nowych wrażeń, bo wydarzeń w tych książkach jest z założenia niewiele.

Najtrudniejsze jest, w "Facecie na telefon", przełknięcie sprzeczności prezentowanej przez głównego bohatera. Treść książki stanowią rozważania bohatera na temat psychiki jego klientek, próby przebicia się przez maski, zaś z ostatnich kart dowiadujemy się znienacka, że on ma tę psychikę w głębokim poważaniu?! Traktuje je jak towar, chociaż to on, a nie one tym towarem wystawionym na sprzedaż jest. Jaki obraz bohatera wyłania się z kart? Marny. Cała książka, w której wielokroć czytamy o zapachach towarzyszących seksualnym igraszkom, przesycona jest wonią monotonną, skądinąd bardzo przeze mnie lubianą, ale nie w tym kontekście. Mam na myśli zapach narcyzów. Bohater jest akademickim wręcz przykładem narcyza. Usposobienie ma też zaskakujące: raz swoje atuty wynosi pod niebiosa, by za chwilę uprawiać publiczne samobiczowanie, dając czytelnikowi do zrozumienia, jak bardzo go jego życiowy kontekst mierzi i męczy.  Na dodatek bardzo lubi pławić się w świadomości bycia lepszym kochankiem, niż inni. Tak, wysoko ceni swoje usługi, a "blondynkom" podoba się najwyraźniej bardzo, że mogą lekką ręką wyrzucać forsę, najczęściej zresztą cudzą. No, nie w każdym przypadku, ale często.

Udawanie weszło bohaterowi  w krew. Zaraz...jak śpiewała Budka Suflera? - Ach, już wiem:
"Dokąd, bracie, biegniesz, dokąd gnasz? Po co tak zabijasz się? W jednym miejscu przecież w końcu trwasz, tylko czas do przodu mknie. Tak przemijasz w miejscu, spalasz się, jak pustynny w słońcu głaz. Wszelki ruch, to tylko pozór jest, tylko gna do przodu czas".
Bardzo lubię tę piosenkę...
Więcej do powiedzenia na temat nie mam. jedno tylko: czekam, że autor, który - moim zdaniem - dysponuje talentem pisarskim, z wyraźną lekkością i naturalnością posługuje się słowem, przejdzie na pornograficzną emeryturę i zacznie pisać książki, które chce się przytulić i które zapadają w głąb duszy czytelnika. Wiem, że potrafi, ale nie wiem, czy chce?!




Brak komentarzy: