czwartek, 29 października 2015

Eh, faceci...

Facet, to zawsze facet, nawet, gdy jest kotem. O świcie przywitał mnie przecudnej urody kot, biało-rudy. Puszysty, wielki. Krzyku narobił takiego, jakby go ktoś pobił. Jeszcze w półmroku, bo była 06:00 rano, pogłaskałam to miauczące nieszczęście, pytam: co ci kotku?
No, to dopiero zaczęły się skargi, a opowiadanie o kocich perypetiach... Tylko nie rozumiem po kociemu, a szkoda!

Pogadaliśmy sobie troszkę, spodnie udekorowaliśmy (moje) kłakami dokładnie, a ten fik - na pleckach leży, prezentując mi swoje klejnoty rodzinne, zachęcająco pomrukuje przy tym. Może bym się skusiła, gdybym była kocicą. Ale nie jestem. Weszłam do budynku, kot za wiatrołapem w szybę drapie, krzyczy, próbuje wejść. Miałam na śniadanie płatki owsiane na mleku, z miodem. Nalałam pełną salaterkę, wyniosłam. Kocisko głodne! Miska wylizana do czysta. A kot za szybą, na parapecie.





Nos podrapany. Ogon pogryziony tu i ówdzie. No, obraz nędzy i rozpaczy...

Ja rękę do szyby, kot próbuje z drugiej strony mnie dotknąć. No, zakochał się. Idę dwie firmy dalej - kot za mną. Wchodzę do gabinetu szefa - kot też. Nie opuszcza mnie na krok.

Za płotem pojawiła się znienacka piękna, czarno-biała kotka. Hmmm... KOCICA, nie kotka. Ogon na sztorc, koniuszkiem tylko kiwa lekuchno. A ślepia mruży, spojrzenia powłóczyste śląc, udaje, że mojego kota nie widzi. Nic to, ON ją widzi! I wystarczy!

Nawet się nie obejrzałam, a już go nie było. Znaczy był, po drugiej stronie płotu, już uskuteczniał przeróżne wygibasy podrywcze. O mnie zapomniał całkiem. I tak to chuć nieokiełznana, zwierzęca wzięła górę nad uczuciem wyższym, czyli nad miłością do mnie.
Oj, całkiem jak niewierny mąż, co to obiadki w domu jada, a na dziwki idzie dopiero, gdy jest już nakarmiony i w pełni sił witalnych. Eh... faceci...

P.S. Napalony kocurek ma już dom. Jeszcze nie wiem, jak ma imię? Ale się dowiem.

Kacper. Kot ma na imię Kacper. Wziął go mój kolega, trzymał 2 dni w domu, żeby się przyzwyczaił. Przyzwyczajanie polegało głównie na niwelowaniu ożebrowania kociego korpusu. Kot nie jadł, ale podobno pożerał wszystko, co mu pod pyszczek podetknięto. No, i dobrze! Tyle, że po tych dwu dniach jak poszedł w tango, tak nie było go trzy dni. Wrócił. Z nowa raną na łapie. No, to jak panowie? Warto za tymi d... się tak uganiać? Dobrze, że nie stracił...ogona!

Brak komentarzy: