sobota, 31 października 2015

Głosy Pamano

Bardzo poruszająca lektura. Do końca mam jeszcze daleko mimo, że mam za sobą już 400 stronic. Książka od początku przypomina mi Absalomie, Absalomie, Wiliama Faulknera. Ta sama technika. Jaume Cabre zastosował, podobnie, jak W.F., tzw. "strumień świadomości", narracja jest żywa, a narratorzy niespodziewanie zmieniają się w najmniej oczekiwanych momentach. Dzieje się to niejako "z marszu", bez zmiany rozdziału, często nawet bez nowego akapitu. I, także podobnie, jak u W.F., przeskakujemy z epoki do epoki, jakbyśmy przenosili się w czasie. Podglądali raz przeszłość, raz teraźniejszość.

Katalonia. Malutkie miasteczko Torena. Reżim Franco i partyzanci. I losy mieszkańców, targane wichrami bratobójczej walki. I lęk, rozpacz i nienawiść. I miłość. Zła, napiętnowana przez czas, obrosła wrzodami. I śmierć.  I pytania, na które nie ma odpowiedzi. A nawet, gdy jest, to nie ta, której oczekujemy.

Powieść pełna emocji, głównie negatywnych, gniewu i wątpliwości, w istnienie boga też. Przypomina mi trochę zapiski z rozmów z człowiekiem w malignie. Wypowiedzi, zdania urywają się, znaków przestankowych niewiele. Na początku czyta się z trudem, trzeba poznać styl pisarski i przyzwyczaić się doń. Potem dopiero odkrywamy jego piękno. Uczymy się myśleć, jak narratorzy. I czuć, jak narratorzy. I sami zadajemy pytanie: czy odkrywanie prawdy, za wszelką cenę, ma sens? Nie jestem pewna, czy prawda absolutna nie jest aby zbyt kosztowna? Żeby zajrzeć do piekła Tartaru, trzeba przepłynąć Styks. Żeby przepłynąć Styks, trzeba złotym obolem opłacić Charona. Czy widok piekła jest wart tej ceny?




czerwona rzeka

zanurzam spojrzenie w czerwonej rzece
szukam  słońca
o losie czemu mnie nie chcesz
uciekasz wciąż
jesteś o krok przede mną
pozwól mi wędrować obok siebie

nie chcesz
jestem smutna
chcę wiedzieć dlaczego
i kiedy ja
ty wiesz
i rzeka wie
czerwona
ja nie wiem

piątek, 30 października 2015

u stóp góry lodowej

Glacjolodzy ostrzegają, że proces globalnego ocieplenia przyspiesza i wkrótce, być może, czeka nas katastrofa. Być może...

Być może też, że w trosce o to, żeby ten interglacjał nie zniszczył doszczętnie ludzkości, ludzkość postanowiła walczyć o byt.

I przystąpiła ludzkość, a przynajmniej nasza, rodzima, czyli krajowa do unicestwienia owego ocieplenia z zapałem, jednomyślnością niespotykaną i energią takąż. I skacze ta ludzkość sobie do gardeł, a przy tym kopie po kostkach ile wlezie. I, żeby było radośniej, głośno urąga, że na czubku góry lodowej, to atmosfera wiecznej zmarzliny panuje i ani śladu odwilży. A u stóp tej góry lodowej to niby co jest?

Jak w Krainie Lodu, kto się zbliży, z miejsca w lodowy posąg się zmienia. Tyle mrożącej krew w żyłach życzliwości dookoła. Nie ma co wytykać politykom, że wciąż się kłócą, że polska wojenka, pyskówki, etc... My, tu na dole, robimy dokładnie to samo. Widać kochamy się bardzo, wszyscy. Jedno, co wydaje się być pewne, to, że ocieplenie naszej ojczyzny kochanej dotknąć nie może, bo u nas wciąż trwa epoka lodowcowa. I ma się doskonale!

Zmieniając nieco temat rozmyślań, muszę sobie zanotować, że odwiedziłam blog Adama, bo coś drgnęło i byłam ciekawa, czy aby wieści o podjęciu wyzwania i pracy nad dziełem dla ludzi, a nie dla nawiedzonych wariatek, się nie pojawiły? Się nie pojawiły. Za to przecudnej urody tors z dodatkiem szczegółu męskiej wątpliwej urody objawił się moim oczom w całej, pasiastej okazałości. A niech tam! Autor ma prawo serwować, co mu się podoba, jego zbójeckie prawo, jego blog! Ostatecznie, nie muszę oglądać, obowiązku nie ma! Ale te stuknięte czytelniczki bloga to chyba na leczenie się kwalifikują... Co one tam wypisują... a to jednej ślinka cieknie na widok męskiego członka, inna to już w ogóle gotowa, itd., itp... Zrobiło mi się mdło, od tego włażenia autorowi bloga w d...
A coraz mniej mnie dziwią słowa Pijawki: "nie ożenię się, bo normalne dziewczyny, to na palcach jednej ręki można policzyć, wszystkie są już zajęte, a reszta to same k..., a ty, mamuś, się obudź wreszcie, bo to inne czasy."
I żadna nie spojrzy w lustro, nie przyjrzy się swojemu odbiciu i nie zastanowi nad sobą. Wydaje mi się, że myślenie, w przeciwieństwie do piep...nia, specjalnością tych osobników bliżej nieznanego mi gatunku, chyba nie jest. Bo, że nie są to przedstawicielki gatunku homo sapiens, to pewne!

czwartek, 29 października 2015

Eh, faceci...

Facet, to zawsze facet, nawet, gdy jest kotem. O świcie przywitał mnie przecudnej urody kot, biało-rudy. Puszysty, wielki. Krzyku narobił takiego, jakby go ktoś pobił. Jeszcze w półmroku, bo była 06:00 rano, pogłaskałam to miauczące nieszczęście, pytam: co ci kotku?
No, to dopiero zaczęły się skargi, a opowiadanie o kocich perypetiach... Tylko nie rozumiem po kociemu, a szkoda!

Pogadaliśmy sobie troszkę, spodnie udekorowaliśmy (moje) kłakami dokładnie, a ten fik - na pleckach leży, prezentując mi swoje klejnoty rodzinne, zachęcająco pomrukuje przy tym. Może bym się skusiła, gdybym była kocicą. Ale nie jestem. Weszłam do budynku, kot za wiatrołapem w szybę drapie, krzyczy, próbuje wejść. Miałam na śniadanie płatki owsiane na mleku, z miodem. Nalałam pełną salaterkę, wyniosłam. Kocisko głodne! Miska wylizana do czysta. A kot za szybą, na parapecie.





Nos podrapany. Ogon pogryziony tu i ówdzie. No, obraz nędzy i rozpaczy...

Ja rękę do szyby, kot próbuje z drugiej strony mnie dotknąć. No, zakochał się. Idę dwie firmy dalej - kot za mną. Wchodzę do gabinetu szefa - kot też. Nie opuszcza mnie na krok.

Za płotem pojawiła się znienacka piękna, czarno-biała kotka. Hmmm... KOCICA, nie kotka. Ogon na sztorc, koniuszkiem tylko kiwa lekuchno. A ślepia mruży, spojrzenia powłóczyste śląc, udaje, że mojego kota nie widzi. Nic to, ON ją widzi! I wystarczy!

Nawet się nie obejrzałam, a już go nie było. Znaczy był, po drugiej stronie płotu, już uskuteczniał przeróżne wygibasy podrywcze. O mnie zapomniał całkiem. I tak to chuć nieokiełznana, zwierzęca wzięła górę nad uczuciem wyższym, czyli nad miłością do mnie.
Oj, całkiem jak niewierny mąż, co to obiadki w domu jada, a na dziwki idzie dopiero, gdy jest już nakarmiony i w pełni sił witalnych. Eh... faceci...

P.S. Napalony kocurek ma już dom. Jeszcze nie wiem, jak ma imię? Ale się dowiem.

Kacper. Kot ma na imię Kacper. Wziął go mój kolega, trzymał 2 dni w domu, żeby się przyzwyczaił. Przyzwyczajanie polegało głównie na niwelowaniu ożebrowania kociego korpusu. Kot nie jadł, ale podobno pożerał wszystko, co mu pod pyszczek podetknięto. No, i dobrze! Tyle, że po tych dwu dniach jak poszedł w tango, tak nie było go trzy dni. Wrócił. Z nowa raną na łapie. No, to jak panowie? Warto za tymi d... się tak uganiać? Dobrze, że nie stracił...ogona!

poniedziałek, 26 października 2015

Sexually healing

Prawdopodobne, a w każdym razie zbliżone do ostatecznych, wyniki wyborów parlamentarnych już są. Są, jako takie, ale nie nastrajające optymistycznie. Mnie.
Koleżance mojej przyśniłam się w nocy. I w tym śnie było dokładnie tak, jak w wersji realnej, czyli dzisiaj rano.
Otóż, przyśniło się mojej Koleżance serdecznej, że przyjechała do pracy, a tam siedzę za biurkiem ja, w całej swojej przeuroczej okazałości. I głowę mam opartą na dłoniach, i spuszczoną. I milcząca jestem, jako ten głaz na rozstajach dróg. I nagle wydaję z siebie nie żeby zaraz - głos, ale szept: Jak ja się odnajdę w tej nowej rzeczywistości?
I przyjechała moja serdeczna Przyjaciółka do pracy wczesnym poniedziałkowym i powyborczym jednocześnie rankiem, i ujrzała mnie, może w mniej przeuroczej, niż w tym śnie, ale jednak w całej mojej, krągłej miejscami okazałości. I jej oczom ukazał się widok żywcem przeniesiony z owego, przykrego skądinąd, snu. I siedziałam ci ja z głową podpartą oburącz i milczałam wymownie aż nadto. I jedyną różnicą pomiędzy jawą a snem było to, co powiedziałam, a rzekłszy: Ja się w tej, nowej rzeczywistości nijak nie odnajdę...westchnąwszy sobie z głębi kształtnego biustu, zapatrzyłam się w remanent, który na biurku przede mną spoczywał w oczekiwaniu na weryfikację. I polały się dwie łzy me czyste, acz nie rzęsiste, na te komplety naprawcze, oringi i inne takie, co to ja wiem, że są, ale nie mam pojęcia - które to są!?

I, jednogłośnie, wszystkie trzy, osowiałe i zniechęcone w ogólności, postanowiłyśmy nie otwierać dzisiaj radioodbiornika. I przystąpiłyśmy, znaczy ja przystąpiłam, do zapodania ulubionej listy przebojów naszych, biurwowych. I dołączyła do nas czwarta biurwa z sąsiedniej celi, równie jak my spiczniała i tak życiowym, jak i służbowym wyzwaniom w tym dniu żałobnym niechętna.

I na początek popłynęły dźwięki, najulubieńszego obecnie kawałka mojej Przyjaciółki, co to bardzo serdeczna jest, czyli "Sexually healing", w wykonaniu Charlie'go Puth & Ktośtam. I blady strach padł na nas, wszystkie trzy, nie! - cztery biurwy, bo nie wiedziałyśmy, czy jeszcze można tego, nie do końca poprawnego moralnie przeboju słuchać, czy może aby już zakazanym on jest centralnie i odgórnie????

I nastało wymowne milczenie. Milczenie owiec.

Podróż w czasie

Zasnęłam w prawie normalnym kraju... Śniły mi się moherowe berety... Przebudzenie było koszmarem...

Czuję się jak... zjedzona Ryba. Dostrajam się do nowego otoczenia, od teraz pamiętnik już nie będzie w kolorze nadziei...

No, taaak... teraz dopiero życie będzie przypominać tego karpia... na szaro...

Ejże, czyżbym zapętliła się w czasie?



Babimagiel (Środa, 14 listopada 2012)

Tęskno mi.

Do kraju tego, w którym demokracja
Mędrcom oddaje rządy we władanie,
W którym najświętsza zawsze stanu racja.
Tęskno mi. Panie.

Do kraju,  w którym rodak rodakowi
Z byle przyczyny wilkiem się nie stanie,
Polityk nie kłania się chuliganowi.
Tęskno mi. Panie.

Do kraju, w którym wszyscy politycy
O jego przyszłość mieć będą staranie,
Rozsądek znajdzie miejsce na Prawicy.
Tęskno mi. Panie…

.............................................................................
Tak tylko, parafrazując co nieco Norwida.

niedziela, 25 października 2015

Niemoc

Jednak Gry w klasy Cortazara nie przeczytam, przynajmniej nie teraz. Słowo daję, próbuję, ale nie wiem, co czytam. To bez sensu! Zastanawiam się, czy problem tkwi w tej książce, czy we mnie?

Obawiam się,że we mnie. Może to prawda, że do niej trzeba podejść buntowniczo, a może wręcz anarchistycznie? Mam na myśli, że z młodzieńczą negacją wszystkich, ustanowionych przez dojrzałych obywateli norm i zasad. Może... jeżeli tak, to pewnie jestem za stara na tę lekturę i stąd problem z zaangażowaniem się bierze. Przecież Gra w klasy była ponoć "biblią młodych". Niby wyjaśnienie moich trudności proste, ale jakby za bardzo mi na rękę! Winy za swoją ignorancję, czy zwyczajną głupotę, nie powinno się chyba zrzucać na siły wyższe? Jakie by nie były powody braku zapału do tej lektury, powędrowała ona z powrotem do szafki. Ciekawi mnie, kiedy dostanie odleżyn? Albo zeżrą ją mole?

Przystąpiłam w związku z tym do innej, też już oczekującej od pół roku na swoją kolej: Głosy Pamano.

sobota, 24 października 2015

Coma

I znowu nie mam co czytać. Skończyłam "Comę" Robina Cooka. Thriller medyczny, jak to u Cooka. Trzeba przyznać, że Cook jest mistrzem w swoim gatunku. Nieśpiesznie, dawkując po kropelce, wsącza w czytelnika niepokój. Zagłębiając się w lekturę, pokonując kolejne stronice, wciąż nie wie się, co właściwie się dzieje. Podobnie było z książką "Komórka". Wiedziało się, że coś jest na rzeczy, ale trudno było dociec - co?

Thrillery medyczne są, jak myślę, wyjątkowo dręczące. Każdy,prędzej, czy później, z systemem lecznictwa ma do czynienia. A zawsze jest w pobliżu ktoś, kto już miał, albo akurat ma. I, rzadko trafiają się pozytywne odczucia. Cóż...

Bezduszność, obojętność, wpisane są chyba w tę dziedzinę na stałe. Być może tak powinno być? Może nadmiar ludzkich odruchów ze strony pracowników służb medycznych nie jest dobry dla pacjenta. Można poczynić takie założenia. I zdaje się, od dawna jest to praktykowane. Ja jednak myślę, że nie można tłumaczyć braku empatii przyzwyczajeniem i troską o własne zdrowie psychiczne.

Książka zaczyna się od przypadku medycznego, który przytrafił mi się już trzykrotnie. Doskonale pamiętam... jak się czułam, trafiając w tryby machiny szpitalnej. Odczłowieczona, pozbawiona godności ludzkiej, odarta z uczuć. I pamiętam świetnie zachowanie lekarzy, pielęgniarek... Mimo wszystko, uważam, że można inaczej, tylko trzeba chcieć zobaczyć w pacjencie istotę ludzką. Ja miałam wrażenie, że stałam się przypadkiem medycznym, istniejącym niejako niezależnie, a jedynie zrządzeniem losu wetkniętym w moją cielesną powłokę.

Zdziwiło mnie, że Cook, będąc lekarzem, nie stracił z oczu istoty rzeczy, nie skoncentrował się na tych "przypadkach", wciąż widząc człowieka, z jego emocjami, lękami, oporami i bólem.

Ale Cook wie, jak wygląda rzeczywistość. Przedstawia ją bez ogródek. Kariera, sukcesy zawodowe, no i przede wszystkim ten pieniądz, który rządzi medycyną. Dla pieniędzy można zrobić wiele...wszystko... I nie spędza to snu z powiek tym, którzy kiedyś składali przysięgę Hipokratesa. Primum non nocere. Martwy język... O, tak!

piątek, 23 października 2015

Nierówne połowy

Połowa, to połowa i już. Koniec. A jednak...

Najczęściej bywa tak, że mówimy o połowie, a myślimy o dzieleniu wprawdzie na dwie części, ale wcale nie jednakowe.

Moja połowa jest jakby mniejsza. Zawsze. Może się kurczy? A może przyczyna tkwi w tym, że to ja się kurczę? O, kurczę!... nie wiem...

Jesień dziwna jakaś tego roku. W połowie października, na kasztanowcach wisiały kasztany, zamknięte wciąż, a liści prawie nie było. Kolorowy październik wcale kolorowy nie był... Wyjrzałam przez okno, a tam prawie nagie drzewa, a pod nimi ścielą się uschnięte liście, nie wybarwione ani złociście, ani rudo, ani czerwono. Doprawdy, nietypowa ta jesień. Wiatr szeleści, drzewa mu się kłaniają, uniżenie i pokornie. Coś szepczą sobie na ucho. Opadłe liście tańczą na chodnikach fokstrota, podskakują zabawnie, unosząc się w hałaśliwych piruetach. Mgliście jest po ostatnich deszczach i ponuro. Za rzeką, ogromne wiatraki leniwie obracają ramiona, znużone nieprzyjazną aurą i niechętne do pracy.

Myślę o bliskich, których mam tylu po drugiej stronie mgły. Zagubionych w czasie i przestrzeni, nie wiem... dokąd zmierzają? Czy tęsknią za mną, chociaż odrobinę? Ja za nimi bardzo! Wspomnienia cisną się do mnie, przepychają, każde chce być pierwsze. Wyciągam szyję, szukam tych najmilszych, o Mamie... Znalazłam, na twarzy pojawił się cień uśmiechu. By po chwili zniknąć i przepaść w głębinach smutku.

Powoli unoszę zasłony milczenia, skrywające niezmącony spokój...
Tylko ta samotna, zagubiona łza... na policzku...




"Małżeństwo wagi półśredniej"

Kolejna powieść J. Irvinga, która dotknęła mnie. Muszę coś napisać, zanotować sobie, a nie wiem co, ani jak?

Historia chyba nietuzinkowa, ostatecznie zbyt często  nie zdarzają się małżeńskie czworokąty? Zresztą nie wiem, może... kto wie?

Pozornie doskonały układ: krzyżówka seksualna, która miała zapewnić obu stadłom porcję "zdrowej", łóżkowej rozrywki i wnieść powiew świeżości w długotrwałe związki ( tu, na marginesie, muszę powiedzieć, że mowa o związkach długotrwale ośmioletnich! Sic!).

Znudzeni już nieco, chociaż kochający się wciąż małżonkowie, postanawiają pobawić się w niezobowiązujący seks, za wiedzą i aprobatą ślubnych połówek. Nawet dobrze im szło. Do czasu. Aż zdechło. I cały świat stanął na głowie, na czterech głowach, prawdę mówiąc. To, co dla jednych było tylko zabawą, dla niektórych okazało się aktem zemsty, dokonanej kosztem tych, którzy zaangażowali się bardziej, niż zamierzali. Efekt był, krótko mówiąc, opłakany.

Oba małżeństwa, zawarte jak się zdaje - z miłości, doznały poważnego uszczerbku w sferze tegoż uczucia. Nic już nie było, bo nie mogło być takie, jak przed zabawą.

Książka napisana, jakby to określić? - bez ogródek, czyli chwilami dosyć obsceniczna, jak to u Irvinga. Przez wszystkie karty snuje się podstawowe pytanie: czy warto przekraczać wszystkie granice? Odpowiedzi, to już każdy musi sam sobie udzielić.

Bardzo dobra książka.







wtorek, 20 października 2015

20 października.

Irena. Tak, dzisiaj imieniny Ireny...

To już trzynasty raz Cię nie uścisnę, nie złożę życzeń. Nie dostaniesz ode mnie kwiatów. Mamo...

Nie poszłam na cmentarz, nie czuję tam Twojej obecności, nie umiem myśleć, ani przywołać wspomnień, gdy tam jestem. Wolę podumać tu, w domu. W miejscach, w których bywałaś, zapisywałaś się w mojej pamięci.
.........................................................

Wciąż czuję ból, chociaż tego po mnie nie widać. Uśmiecham się, jestem pogodna. Pamiętasz? zawsze byłam w tym dobra... Wszyscy, wszyscy, tylko nie ty, Mamo, dawali się nabrać na ten uśmiech. Nazywam go uśmiechem numer 8. Rzadko się zapominam, ale zdarza się, że znika z mojej twarzy i wywołuję wtedy powszechną konsternację. Staram się więc o nim pamiętać i traktować go jak obowiązkowy makijaż, bez którego w moim wieku nie wypada wyjść z domu.

Wychodzę. Z makijażem. I z uśmiechem przylepionym do twarzy. Wiesz, pomyślało mi się, że ten uśmiech jest jak proteza. Ha!

Ty jednak widziałaś, że w moich oczach często uśmiech się nie odbijał. Gdy jestem szczęśliwa, są zielone. Gdy smutna - szare.

Dzisiaj szare. Mimo tego uśmiechu.

Za miesiąc już czwarta rocznica śmierci ojca, 23 listopada... czy wyobrażasz sobie, że...
za nim też w jakiś sposób tęsknię?! Tak. Inaczej, niż za Tobą, ale - tak...

Śpij i śnij sny radosne... Mamo.

niedziela, 18 października 2015

Moja namiętność

80zł. Tyle zapłaciłam za trzy książki. Oprócz "Faceta na telefon", nabyłam jeszcze "Małżeństwo wagi półśredniej" Johna Irvinga i  książkę Robina Cooka"Coma".

Żeby nie mieć za dużo czasu na rozmyślania niepotrzebne o tym, grzesznym Adamie, niezwłocznie przystąpiłam do lektury kolejnej, Irvinga, bo się stęskniłam za nim bardzo.
Powąchałam, przytuliłam,pogłaskałam i zasiadłam w fotelu...rozkoszując się już samym dotykiem. W życiu nie przejdę na e-booki, w życiu!

Kocham, jak nic na świecie, przecudny aromat papieru pokrytego farbą drukarską. Lubię czuć przenośny i dosłowny ciężar książki, rozkoszować się dotykiem. Takie zboczenie, ot!

Irving ma takie lekkie pióro, że najtrudniejsza tematyka, wlewa się w umysł, mój umysł, jak woda z kranu. Obmywa mi szare komórki i rozlewa się falą przypływu po wszystkich zakamarkach mojego ciała i duszy, czymkolwiek ona jest w moim przypadku, bo nie wiem, co zamiast mają niewierzący?
O, muszę to przemyśleć, może to być ciekawy temat do rozmyślań. Ale kiedy indziej, na długie zimowe wieczory zajęcie w sam raz.

Co mnie urzeka w mistrzu pióra, Irvingu? Prostota i lakoniczność wypowiedzi. Jego teksty, dotykające najboleśniejszych, najintymniejszych przeżyć bohaterów są jak...jakie określenie będzie najwłaściwsze...o, są jak nota prasowa - rzeczowe, krótkie i konkretne.

Na przykład pisząc o gwałtach, dokonywanych przez Niemców, wieśniaków i Rosjan na matce bohaterki, autor używa form prostych i zwięzłych: "nie miała karty przetargowej, bo już została zgwałcona".

Książka "Małżeństwo wagi półciężkiej" to nader skomplikowana historia relacji łączących dwa, zaprzyjaźnione blisko małżeństwa, tkwiące w czworokącie seksualnym i zdaje się, zaplątanych emocjonalnie. Korzenie całej czwórki są rozmaite, każde z czworga dźwiga swój bagaż wspomnień. Jak posag dzieciństwa wpłynie na ich dorosłość, przyszłość i los związków, dowiem się zapewne, gdy skończę lekturę. O ile się dowiem, bo u Irvinga nic nie jest pewne, lubi zostawiać czytelnika z polem do dumania.

Wiedziałam, że Irving dużo pisze o sferze erotycznej, ale w tej powieści seks jest dominujący, zdecydowanie znajduje się w centrum uwagi. Mocne, wręcz pornograficzne ujęcie tematu uderza w czytelnika, mocno uderza. Nie usuwa przy tym, w żadnym razie, w niebyt najważniejszego pytania, które zadaje Irving - czy dobrze jest przekraczać wszystkie granice, bez wyjątku?
Nie doczytałam jeszcze do końca tej książki, ale wydaje mi się, że jedyną, możliwą odpowiedzią na to pytanie będzie zaprzeczenie. I, jak znam Irvinga, wprost mi tego nie objawi, licząc, że wnioski potrafię wyciągać sama.
Odłożyłam  książkę, zostawię sobie tych kilkadziesiąt stron na jutrzejszy wieczór. Zawsze tak mam.

Pomyślałam przy tym, że dobre i złe książki mają jedną cechę wspólną: i te, i te drugie często odkładamy. Różnica polega jednak na tym, że dobre odkładamy, bo nie chcemy, żeby już się skończyły, boimy się rychłego rozstania z nimi, a złe? Złe odkładamy, bo mamy ich zwyczajnie dosyć.

Niczego nikomu nie zazdroszczę. Ani urody, ani młodości, ani pieniędzy, niczego! Z wyjątkiem posiadania talentu takiego, jak Johna Irvinga, na przykład. Oddałabym prawie wszystko, żeby umieć tak pisać...

sobota, 17 października 2015

Facet na telefon

Czytam. Od wczoraj. Nie idzie mi najlepiej. Pierwsza myśl, którą sobie odnotuję tu, jest taka:

Dobrze, że lekturę wszystkich, trzech książek A.J. Gabryela zaczęłam od "Faceta na telefon" część 2.

Myślę, że jest najlepsza.

Nie chcę jednak pisać o książce, której jeszcze nie skończyłam czytać. Na razie jestem znudzona lekturą, zatem nie wiem, kiedy dobrnę do finału. Ano, zobaczymy.
--------------
Jednak pisać będę na gorąco. Dobrnęłam do połowy. Książki.

Dalej nie mogę czytać. Pogubiłam się i zmęczyłam. Co ciekawe, ani przez moment nie czułam się podniecona treścią, która przecież - co tu kryć - jest przesycona erotyką do granic możliwości.
No właśnie... tych szczegółowych opisów aktów płciowych jest tak dużo, partnerki co chwilę się zmieniają, powracając po kolejnych, aż się kręci w głowie.

Intrygujące jest dla mnie, że wiele kontekstów znam aż nadto dobrze... Jednak każda próba wyobrażenia sobie, że sama mogłabym odnaleźć się w roli sponsorki spełzła na niczym. Albo mam za mało wyobraźni, albo moja natura uniemożliwia mi postawienie się w takiej sytuacji. Naprawdę  nie wiem, dlaczego tak to odbieram? Prawda, opinią dziwoląga cieszę się od dawna, w licznych kręgach znajomych. Przede wszystkim jednak - ręka by mi uschła chyba, gdybym miała wydać pieniądze na płatny seks. Za chwilę przyjemności, zresztą wątpliwej, bo wyzutej z całej otoczki prawdziwego erotyzmu? To tak, jakby zapłacić 2 tysiące za ciastko. Nawet najsmaczniejsze. To tylko chwila delektowania się smakiem, a są miliony konające z głodu. Ością w gardle by mi stanęło. To ciastko. I taki seks.

Czytając, miałam w głowie narastający mętlik. Bo, jak pogodzić z płcią męską rzuconą lekko informację, że Iksińska wystąpiła w lawendowej bluzce? No, jak? Niech mi ktoś wytłumaczy!

Normalne, to w przypadku mężczyzn, jest dzielenie kolorów na:
- ładny
-pedalski
- ch..owy

W praktyce rozmowa z facetem o barwie czegoś wygląda tak:

Ładna ta bluzka, Agrafko.
Która, mój drogi Kolego?
No,ta różowa.
Ale tu nie ma żadnej różowej!
Jest,o ta, taka ładna! - odpowiada facet wskazując na pomarańczową.

Trudno mi uwierzyć, że istnieje na świecie mężczyzna, który nie tylko odróżnia kolory podstawowe, ale na dodatek ich odcienie. I jeszcze potrafi je nazwać: lawendowy, pistacjowy, limonkowy, ecru, śmietankowy, etc.
Długo przebywam na tym świecie, ale takiego biegłego jeszcze nie spotkałam! Jeżeli autor rzeczywiście jest facetem, to absolutnie wyjątkowym egzemplarzem, drugiego próżno szukać nawet ze świecą.

Im więcej tekstów Szanownego Autora za mną, tym więcej pytań przede mną. Dokuczliwa jest przy tym świadomość, że nigdy nie uzyskam na nie odpowiedzi.

Mam też coraz więcej wątpliwości dotyczących profesji, którą autor sobie przypisuje i którą się chwali, nie wiedzieć czemu co rusz stwierdzając, że jest niezmiernie zawstydzony. Albo jedno, albo drugie, na oba uczucia naraz, to ja się zgodzić nie mogę. Albo się wstydzi, albo chwali. Fałszywej skromności nie lubię, więc niechby już pozostał przy autopodziwie.

Lepiej, gdyby te historie były wyimaginowane, a postaci kobiet zmyślone. Jeżeli mają pierwowzory w realnym świecie, to źle to świadczy o piszącym. Czuję się jak na targu niewolnic,na którym każdy może zajrzeć wystawionej na widok publiczny ofierze w zęby i nie tylko. I porównywać. Jeżeli kobiety Adama, bohatera książek, płaciły tak ciężkie pieniądze za te przyjemności chwilowe, to wprost nie wypada o nich mówić. Swoją drogą, to trzeba mieć nieźle popieprzone we łbie, żeby za seks płacić tyle, ile wiele rodzin chciałoby mieć na utrzymanie przez cały miesiąc... Smutne. Ale czego można oczekiwać od tych wypielęgnowanych, nie wiedzących czego jeszcze mogłyby pragnąć lalek? Egotystyczne, obrzydliwe charakterki tych "dam", nie budzą sympatii. No, mojej sympatii nie budzą, to pewne. Cierpienia? Jakie cierpienia, Autorze? Nuda im doskwiera w większości przypadków. Gdyby uruchomiły szare komórki, to zrozumiałyby (może), że to one są wykorzystywane i jeszcze za to płacą, eh...

Muszę jeszcze wspomnieć, że z ciekawością poczytałam sobie trochę niby komentarzy na blogu autora. Tam się dopiero dzieje... Niejeden psycholog miałby tam fascynujące i bogate źródło do rozmyślań na temat natury kobiet.

Tylko czemu się potem dziwią, że o babach faceci mówią, że są głupie? To czytelniczki tego bloga, ćwierkające rozkosznie "natakieróżnetematy" pod postami na blogu, same pracują na takie opinie.

No, bo gdzie powiedzieć, że się wstało i kawusię się za chwilę będzie pić, jak nie pod adekwatnym do tej wieści postem o seksie z wujkiem, prawda? Im się wydaje chyba, że są  cool, czy jakoś podobnie ( nie jestem dostatecznie obeznana z nowomodnym słownictwem)?
---------------
No, skończyłam lekturę, chociaż muszę przyznać, że końcówka to już głównie polegała na pobieżnym przeglądaniu i przerzucaniu kartek. Byle dotrwać do epilogu. I ten epilog mnie rozłożył na obie łopatki.

Muszę zweryfikować swoje odczucia i potraktować wszystkie trzy książki, jak fikcję literacką.
Tak postanowiłam, mimo, że książka jest reklamowana jako produkt autorstwa męskiej prostytutki, czyli faceta trudniącego się płatnym seksem, prowadzącego coś w rodzaju pornograficznego  bloga towarzyskiego pod  zachęcającym tytułem grzesznikadam.blog.onet.pl

Jednak ja potraktuję ją jako realizację pewnego pomysłu, być może inspirowanego przez te liczne Greye, które przyniosły światowy sukces ich autorce. Mimo, że są tak straszliwym gniotem, że aż brak słów...

Kończąc, uznaję książkę "Facet na telefon" za marną, zdecydowanie gorszą od drugiej z podtytułem "Grzesznik". Druga też straciła wiele uroku, gdy przeczytałam pierwszą, bo okazuje się, że autor się powtarza, nie odkrywa przed czytelnikiem żadnych, nowych wrażeń, bo wydarzeń w tych książkach jest z założenia niewiele.

Najtrudniejsze jest, w "Facecie na telefon", przełknięcie sprzeczności prezentowanej przez głównego bohatera. Treść książki stanowią rozważania bohatera na temat psychiki jego klientek, próby przebicia się przez maski, zaś z ostatnich kart dowiadujemy się znienacka, że on ma tę psychikę w głębokim poważaniu?! Traktuje je jak towar, chociaż to on, a nie one tym towarem wystawionym na sprzedaż jest. Jaki obraz bohatera wyłania się z kart? Marny. Cała książka, w której wielokroć czytamy o zapachach towarzyszących seksualnym igraszkom, przesycona jest wonią monotonną, skądinąd bardzo przeze mnie lubianą, ale nie w tym kontekście. Mam na myśli zapach narcyzów. Bohater jest akademickim wręcz przykładem narcyza. Usposobienie ma też zaskakujące: raz swoje atuty wynosi pod niebiosa, by za chwilę uprawiać publiczne samobiczowanie, dając czytelnikowi do zrozumienia, jak bardzo go jego życiowy kontekst mierzi i męczy.  Na dodatek bardzo lubi pławić się w świadomości bycia lepszym kochankiem, niż inni. Tak, wysoko ceni swoje usługi, a "blondynkom" podoba się najwyraźniej bardzo, że mogą lekką ręką wyrzucać forsę, najczęściej zresztą cudzą. No, nie w każdym przypadku, ale często.

Udawanie weszło bohaterowi  w krew. Zaraz...jak śpiewała Budka Suflera? - Ach, już wiem:
"Dokąd, bracie, biegniesz, dokąd gnasz? Po co tak zabijasz się? W jednym miejscu przecież w końcu trwasz, tylko czas do przodu mknie. Tak przemijasz w miejscu, spalasz się, jak pustynny w słońcu głaz. Wszelki ruch, to tylko pozór jest, tylko gna do przodu czas".
Bardzo lubię tę piosenkę...
Więcej do powiedzenia na temat nie mam. jedno tylko: czekam, że autor, który - moim zdaniem - dysponuje talentem pisarskim, z wyraźną lekkością i naturalnością posługuje się słowem, przejdzie na pornograficzną emeryturę i zacznie pisać książki, które chce się przytulić i które zapadają w głąb duszy czytelnika. Wiem, że potrafi, ale nie wiem, czy chce?!




piątek, 16 października 2015

Kobieta i mężczyzna (3)

Utrzymanie się w roli dysponentki, jest jak balansowanie na bardzo cienkiej linie, zawieszonej pomiędzy drapaczami chmur. Prawie niemożliwe.

W miarę upływu lat, kobieta ze zdziwieniem dostrzega, że zamienili się z mężczyzną rolami i teraz to ON jest dysponentem.

I prześliczna bajka kończy się tak, jak w tym dowcipie:

Syn pyta tatusia, stojąc w kolejce do kasy w markecie - Tato, a co to jest/
- To są prezerwatywy, synu.
- A do czego one są, tato?
- One są po to, żeby można było uprawiać seks i żeby nie było z tego seksu dzieci.
- A dlaczego te są pakowane po 3 sztuki?
- Bo te są dla licealistów, jedna na piątek, jedna na sobotę i jedna na niedzielę.
- A te po 6 sztuk, to dla kogo tato?
- Dla studentów, synku. 2 na piątek, 2 na sobotę i 2 na niedzielę.
- A te po 12, to dla kogo są?
- Dla żonatych. Jedna na styczeń, druga na luty, trzecia na....

Bo kobietę da się zadysponować do wszystkiego. Do opieki nad mężem, dziećmi, domem, do garów, do żelazka, pralki, zakupów, tylko z seksem potem gorzej. Można ją, i owszem, zadysponować do łóżka. Można. Tyle, że łóżko kojarzy się jej wyłącznie ze spaniem. I rozdysponowując ją gdzie się da, dysponent znajduje w nim wprawdzie swoją kobietę, ale wiecznie niedysponowaną.

Morał?

A jaki morał? Gdzież tu miejsce na morał?!
To nie bajka, tylko, parafrazując jednego męża stanu, rzeczywista rzeczywistość.
I to by było na tyle.

Idę czytać "Faceta na telefon", pierwszą część. A potem wścielę się do łóżeczka, zasypiając z głową w drodze do poduszki. Bo jestem wściekła.

czwartek, 15 października 2015

Kobieta i mężczyzna (2)

Dysponowanie mężczyzną wymaga od kobiety wiele taktu, sprytu i jest ogólnie rzecz biorąc - uciążliwe i męczące.

Mężczyzna, nie da się ukryć -samiec, sam z siebie nie lubi być dysponowanym, chociaż i tu zdarzają się wyjątki od reguły. Napakowany testosteronem... hmmm... czy ja wiem? Gdzie ich szukać dzisiaj, tych buzujących męskością? No, to zacznijmy jeszcze raz:

Mężczyzna, wprawdzie ubogi w testosteron, ale leniwy z natury i stworzony do wyższych celów ( przynajmniej w swoim mniemaniu) gotów jest pozostawać w dyspozycji wyłącznie w niżej wymienionych celach:
- seks
- sen
- posiłki
- wieczory  półliterackie i literackie

przy czym istnieje silny związek, prawdopodobnie  o charakterze chemicznym, pomiędzy tymi celami. Najłatwiej zadysponować mężczyznę w celu łącznym, co oznacza ni mniej ni więcej, a spotkanie towarzyskie bogate w napoje wyskokowe z zakąską, w jednoznacznym towarzystwie niezakontraktowanych formalnie dam wątpliwej konduity, po którym zapadają w głęboki, chrapliwy sen gdzie bądź, nawet pod stołem. Należy dodać, że tak zwane, a wspomniane tu wyższe cele dotyczą głównie rozważań i dyskusji dotyczących z którą, gdzie i za ile.

Takich dyspozycji jednak większość dysponentek nie uważa za stosowne. Ciekawe dlaczegóż???
Oczekiwania dysponentek orbitują raczej wokół spraw nieco bardziej przyziemnych. Chętnie zadysponowano by  mężczyznę do zmywania, tudzież sprzątania, gotowania, towarzyszenia podczas niecierpiących zwłoki wizyt w sieciach handlowych, połączonego nadto z finansowaniem kosztownych pocieszek. Takie pocieszki, z przyczyn hormonalnych są w życiu każdej kobiety nieodzowne przecież. Nic tak nie poprawia damie nastroju, jak nowy ciuch, albo fryzura.

Szczerze mówiąc, to większość facetów takim dyspozycjom poddaje się nadzwyczaj niechętnie, a przeważnie nie poddaje się wcale, z uporem maniaka oczekując od kobiet zadysponowania w akceptowalnych celach, do których zostali stworzeni.

I w tym miejscu dochodzimy do ewidentnego konfliktu interesów damskich i męskich, przy czym zarówno w sensie dosłownym, jak bliskoznacznym.

Wynika to stąd, że formalizacja związku kobiety i mężczyzny zazwyczaj drastycznie wpływa na centrum zainteresowań kobiety, a ugruntowuje niejako zainteresowania mężczyzny. Mężczyźni nie lubią zmian. Nie, nieprawda, lubią zmiany. Zmiany dysponentek. Im częściej, tym radośniej!

Kobiety uwielbiają zmiany.  Wszystkie, z wyjątkiem jednej - zmiany mężczyzny, którym dysponują.





środa, 14 października 2015

Kobieta i mężczyzna (1)

Myśl zawinięta w sreberko: Mężczyzny trzeba używać, jak karty kredytowej - z umiarem!

Marzeniem większości kobiet jest posiadanie mężczyzny do własnej dyspozycji. Przy czym, przez owo dysponowanie, osobniki płci podobno piękniejszej, rozumieją posiadanie na własność, czyli usankcjonowane prawnie, a w szczególności dokumentacyjnie.

Moment przypieczętowania owej, prawnej przynależności  jest dla wielu właścicielek czymś w rodzaju bramy do raju. Stąd bierze się ów błogi uśmiech na pamiątkowych fotografiach z profilu i en face. Obiekt przekazywany do dyspozycji kobiety zwykle ma lekko przerażony wyraz twarzy, chociaż zdarzają się wyjątki. Wynikają one jednak jedynie z nieświadomości, czyli trochę wybrakowanej inteligencji niektórych osobników, niezdolnych do samodzielnej i trzeźwej oceny sytuacji.

Na marginesie, to chyba dodać wypada, że  w czasach zamierzchłych, gdy kobiety nie były jeszcze wyemancypowane i "kupowały kota w worku" ( zresztą - vice versa), mężczyźni mieli jakby trochę radośniejsze oblicza utrwalone na wieki wśród oparów magnezji. Wyjaśnienie tej, drobnej zresztą, różnicy jest niezwykle proste i sprowadza się do stwierdzenia, że małżeński cyrograf był tą bramą do raju dla nich, a nie dla kobiet. Inaczej do wybranej kobiety dobrać się nie było sposobu...

Dzisiaj żadne kody dostępu nie są niezbędne, z męskiej strony wystarcza login. Hasło należy do kobiet.
>>>>>>>>>>>>>>
cdn. później.


niedziela, 11 października 2015

coś głupiego

Humor poprawił mi się całkiem niechcący. Przed chwilą. Około południa wybrałam się tradycyjnie do SPA. Znaczy do łazienki. W celu odnowy biologicznej. Zwilżyłam przepisowo włosy, oczyściłam starannie twarz i przystąpiłam do nakładania specyfików, które z ....cioletniej Agrafki uczynią niebawem taką więcej przepiękną damę. Dokładnie i równo nałożyłam na włosy maskę, wczesałam ją we wszystkie kosmyki, żeby żaden nie poczuł się pominięty. Na twarzy rozprowadziłam odżywczą, owocową papkę, pod oczy stosowne płatki, po czym udałam się "na pokoje", żeby wystarczająco długo się te paskudztwa wchłaniały.

Na trasie z łazienki ku pokojom, natknęłam się na Pijawkę, który omal nie zemdlawszy, słabym głosem wyszeptał:

O Jezu... mamuś, co ci się stało????

Tyle w tych słowach kilku zmieściło się i lęku, i troski o moją przyszłość na tym ziemskim padole, że serce matczyne zatrzepotało było ze szczęście nagłego. Niespodziewanego. Nie przywykło ono, to serce, do takich objawów uczuć ze strony latorośli, jeno do wiecznych pretensji, stąd ta reakcja trzepotliwa.

Udzieliwszy krótkiego wyjaśnienia: maseczka, a następnie wysłuchawszy równie krótkiego: aaa, dotarłam szczęśliwie do fotela, nadziałam drugie oczki i zajęłam się opisywaniem tutaj meandrów, którymi myśl moja podążała po lekturze owego "Kusiciela", który taki niepokój zasiał w mojej duszyczce umęczonej z lekka.

Po stosownym czasie kontynuowałam pobyt w SPA, zmyłam wszystkie mazidła, umyłam i wysuszyłam włosy,wklepałam odrobinę kremu w twarz, przy czym, zerkając w lustro, pozbawiona tych zapasowych oczków, wydałam się sobie jakby nieco urodziwsza, a już z cała pewnością młodsza. Radość moja nie trwała jednak zbyt długo, bo zerknąwszy raz jeszcze okiem już uzbrojonym, nie dostrzegłam już niczego,co potwierdziłoby wrażenie sprzed chwili.

Eh, mówi się trudno...

Humor oscylował gdzieś pomiędzy zwykłym dołkiem, a głębszą depresją. Aż do teraz.

Jedna tubka, ta z której wycisnęłam całą zawartość i wtarłam we włosy, została opróżniona. Przyszło mi do głowy, że być może w Necie można zakupić specyfik taniej, niż w aptece, więc zasiadłam z ową pustą tubką przy  kompie, poprawiłam wzrok okularami i ... przeczytałam:

Maseczka intensywnie odbudowująca. Na noc.

Zapaliło się światełko, w mojej głowie: jak to - NA NOC??? Maseczka na włosy na noc???
Dochodzenie ujawniło, że cerę poprawiałam za pomocą maski na włosy, a włosy kremem na piękność twarzy.

Uff... odetchnęłam, cale szczęście, że mojej urodzie ta pomyłka nie zaszkodziła. Bo, że nie pomogła, to - doprawdy - żadna różnica. Oni po prostu takie marne produkty sprzedają, które upiekszają tylko to, co piękne już jest. Samo z siebie.


Kusiciel - dumanie

Dla równowagi dokończyłam Conan Doyle'a, czytanego od tygodnia jakoś tak, bez większego zaangażowania. Chyba za dużo kryminałów podczas sezonu letniego łyknęłam i chyba dostałam niestrawności...

Myślami wciąż wracam do "Kusiciela", leży mi, choć to brzmi głupio, na wątrobie. Coś mi nie gra, do końca wciąż jeszcze nie wiem, co? Błąka mi się w głowie niewyraźna myśl, że portret bezimiennej bohaterki książki jest naciągany z lekka. I, że - choć dualizm natury zdarza się - taka podwójna osobowość, jak przedstawiona w "Kusicielu" jest niemożliwa. Może się mylę... Nie mam patentu na rację i nieomylność. Możliwe także, że sugeruję się własnym rozdwojeniem jaźni, znanym mi aż nazbyt dogłębnie. Gapienie się w gwiazdy, przyglądanie kroplom rosy i rozkoszowanie się wonią budzącej się do życia natury, tudzież zamiłowanie do kosmetyków z owocową nutą nie jest mi obce. Podobnie zresztą, jak zapisywanie wszystkiego, co niespiesznie krąży w moich zwojach mózgowych, czego dowodem jest ten pamiętnik, pełen takich zachwytów i głupawych wierszyków, pojawiających się przemiennie z dowodami na wpadanie w dołki.

Jakoś trudno mi wyobrazić sobie siebie w charakterze demona seksu, miotającego się bez opamiętania wśród licznych ofiar mojego pożądania. Podobnie, trudno mi przyjąć do wiadomości, że tyle romantyzmu może tkwić w osobie nieustannie podążającej ścieżką wyuzdanego seksu. I tu mam na myśli oboje bohaterów, jego i ją w tym samym stopniu.

Ja wiem, że jak się pisze książkę wyciskającą, w założeniu!, łzy z ócz czytelniczek, to wszystko i wszyscy muszą być nieskazitelni, jak wycięci z magazynu mód. Żeby sobie karmiące, zapracowane matki, wyobrażały siebie w charakterze księżniczek. Ale, gdy się pisze pornoharlekina, to oczekiwałabym, że już niekoniecznie? Bo, jako żywo, te karmiące, z rzadka jedynie po coś takiego sięgną. I głównie dlatego, że one w ogóle czytują wyłącznie periodyki o charakterze poradników i nic poza tym.

Nie wiem, czy nadal chce mi się kontemplować "Kusiciela". Żeby nie zidiocieć, podejmę kolejną próbę przebrnięcia przez "Grę w klasy" Cortazara. To będzie droga przez mękę, ale może pobudzi mi szare komórki, bo one jakoś więcej dla mnie znaczą, niż emocje erotyczne.



sobota, 10 października 2015

"Kusiciel"

Skończyłam lekturę.

Muszę przyznać, że z każdą, kolejną stroną, było już tylko lepiej. A.J. Gabryel chyba sam zmęczył się nadmiarem kwiecistych, często pełnych egzaltacji opisów. Umiar, wprawdzie nieco opóźniony, ale wyszedł książce na dobre, stanowczo. Nie znaczy to, że polały się łzy me czyste, rzęsiste, nie! Lektura nie wycisnęła z moich oczu ani jednej łzy. Nie uwierzyłam w szczerość uczuć, targających głównym bohaterem, ani obiektem jego chuci. Jak dla mnie, to one zbyt ociekały intymną wydzieliną.

Mogę jednak Adamowi wybaczyć, te przekombinowane trochę opisy ekstazy, te rozterki ciągnące się jak spaghetti.

Gdybym mogła porozmawiać z autorem, powiedziałabym mu tak:

Adamie... wiesz doskonale, że masz zadatki na godnego następcę Johna Irvinga. Żeby jednak pisać dobre książki, musisz się wyzwolić z obsesji seksu i pornografii. Dopóki tkwisz w tym zaklętym kręgu, poza którym toczy się prawdziwe życie, ze wszystkimi swoimi odcieniami szarości, twoje książki będą jedynie literaturą kieszonkową, czytywaną mniej lub bardziej potajemnie, czasem z wypiekami na twarzy, ale nie literaturą w oczywistym znaczeniu tego słowa.

Ja nie mam już dużo czasu, nie mogę czekać w nieskończoność na twoją powieść, o której powiem, że zapadła mi w duszę, jak na przykład Hotel New Hampshire, albo Jednoroczna wdowa, czy Świat według Garpa. Wiem, że potrafisz, tylko chyba jednak nie masz ochoty. Być może szkopuł tkwi w tym, że jak nie wiadomo, o co chodzi, to zawsze chodzi o...

Cóż... nie mój cyrk, nie moje małpy.

Najbardziej intrygujący jest pseudonim literacki autora - Gabryel. Równie dobrze mogło być: A.Rchanioł, zamiast A.J.Gabryel. Podoba mi się to mrugnięcie okiem do czytelnika :)





piątek, 9 października 2015

A.J. Gabryel "Kusiciel"

Kupiłam. Doręczono dzisiaj,  jest świeżutka.

Postanowiłam robić notatki na bieżąco.

Przeczytałam  pierwszy rozdział. Bez przyjemności. Jeżeli cała książka jest napisana tak, jak ten jej fragment, to będzie ciężko, oj, ciężko przebrnąć...

Gdybym nie wiedziała, że to pornografia, to powiedziałabym, może!, że autor ma zamiłowanie do prozy poetyckiej, ale w tym kontekście, to jednak głupio brzmi - poetycki pornos... Nieee....

Scena w tramwaju nie poruszyła mnie za grosz. Nie wiem, co czytelniczki bloga autora w nim dostrzegły, bo ja nic.

Po lekturze komentarzy na blogu Adama, zaczynam podejrzewać, że mam do czynienia z czymś w rodzaju literatury dla karmiących matek, czyli Harlekinem, chociaż w nieco hardcorowej odmianie.
Ano, zobaczymy, co będzie dalej.

O ile "Facet na telefon" część 2 napisany jest znakomicie, choć jego treść jest dla wielu bulwersująca, to ta książka robi wrażenie... no, właśnie - jakby pisał ją inny autor!

Agrafko, czytaj dalej, może to tylko złe nastawienie twoje?

Dzień drugi.  Na 120 stronie jestem.

Postanowiłam podejść do tej lektury bezemocjonalnie, rzeczowo. Inaczej nie mogłabym ocenić.

Zatem, jest tak:

Po tym pierwszym rozdziale, Autor trochę wyhamował poetyckie zapędy, ale tylko odrobinę. Troszkę lepiej się czyta. Niemniej jednak wciąż mnie swędzi za uszami. Może dlatego, że wyłączyłam wszystkie guziki na konsoli uczuć i emocji? Nie wiem, być może...

Pozostawiłam aktywną wyłącznie percepcję umysłową. Na stronie 58 znalazłam zdanie, które mi się podoba. Bardzo. "Nikt nie jest tym,za kogo mają go inni". Piękne!

"W jakiś sposób udało mi się ją przekonać, że jestem coś wart" - to zdanie mniej mi się podoba, strona 86. Samouwielbienie głównego bohatera razi mnie, przebija z każdego niemalże wiersza książki.

Niezbyt odkrywcze, ale prawdziwe stwierdzenie, że kobiety mówią "kocham cię"wtedy, gdy same chcą to usłyszeć, a mężczyźni w sytuacji, gdy chcą czegoś w zamian. Prawda. Tak jest.

Strona 112. Zdaniem autora,mężczyzna po czterdziestce jest staruszkiem. Znaczy, że około 50, to już trup? Znów to samouwielbienie, młodego wciąż bardzo, Kusiciela.

Doczytawszy do tej 120 strony mam nieodparte wrażenie, że - przynajmniej jak dotąd - zatarta została różnica pomiędzy prawdziwym uczuciem, a zwykłym pożądaniem. Oba pojęcia są przedstawiane jako tożsame, synonimy. A z tym się zgodzić nie potrafię.

"A On był dla niej jak młody bóg! Żebyż on tak jeszcze kochać mógł." -skojarzyło mi się samo z pewną piosenką.

Ona - cud piękności. On - bożyszcze. Myślenie - nic z tych rzeczy, odczuwanie tylko i wyłącznie organami płciowymi. Wciąż jeszcze nie pojmuję, czemu czytelniczki uważają, że to wyciskacz łez?

Na razie tyle.


wtorek, 6 października 2015

Powiało...

jesiennym smuteczkiem...

Nostalgicznie jest. Smutnawo i mgliście. Tęskno. Janis Joplin śpiewała mi Summertime, a teraz A piece of my heart.

Każda jesień wyrywa mi taki kawałek, z serca. Mocno jest już nadgryzione, poszarpane.
Niech ukołyszą mnie teraz, snujące się dźwięki Nothing else matters, to Metallica... Ummm...
tak pięknie muzyka pieści mnie, trąca leciutko, żeby po chwili wybudzić mnie z letargu, z tego półsnu, w którym wciąż jeszcze tkwię. Żeby całkiem się już wprowadzić w ten liryczno-nostalgiczny nastrój, teraz posłucham Party Doll, Mick Jagger mi pośpiewa. A ja się podelektuję tą perełką, tak perfekcyjną, że komentować nie trzeba.

Jeszcze Angie... niech przypłyną z nią wspomnienia... moje wspomnienia...

Rozmiękłam całkiem, więc teraz dodam sobie energii: Leo Rojas i jego Celeste. Oj, tak lubię fletnię pana.

Jest jeszcze parę takich kawałków... będzie seans spirytystyczny... wywołam duchy...


sobota, 3 października 2015

Daukszewicza cd.

Kolejny, znaleziony tekst w "Pamiętniku IV Rzepy"...

Dowcip o tym, jak to Prezes, którego należy nazywać premierem, trafia do Nieba bram. Święty Piotr pyta, czy woli do nieba, czy do piekła? Pada odpowiedź, że, oczywiście, do nieba. Święty Piotr mówi, że może by tak jednak najpierw Prezes spędził jeden dzień w niebie, a potem jeden dzień w piekle, zanim zdecyduje. Prezes się zgadza i trafia najpierw do nieba. W niebie widzi jak sobie spacerują w plenerze zielonym, wśród łąk i brzezin polsko szumiących, tu Wałęsa z Kwaśniewskim, tam znów prof. Bartoszewski z Geremkiem, czy kimś podobnym. I ten widok się nie podoba Prezesowi, jasna sprawa. Schował się był w krzakach, żeby przeczekać  i niejako być niewidzialnym. Mija doba i winda wiezie imć Prezesa do piekła. A piekło, jakoby na Bahamach było. Muzyka gra, szampan strzela, dookoła radość i śmiechy. Zabawa na całego. Tu Kurski, Gosiewski, Macierewicz i cała reszta znajomych Prezesa, ulubionych i jeszcze ulubieńszych... I Prezes po powrocie do niebieskich bram mówi do Św. Piotra, że on się namyślił i  jednak chce do piekła.
I tam też trafia. Ale teraz piekło wygląda jakoś inaczej, Wygląda tak, jak prawdziwe piekło: smród siarki, kotły i diabły z widłami. Prezes przerażony pyta więc Św. Piotra, skąd ta zmiana? Przecież, gdy tu był poprzednim razem, wszystko wyglądało inaczej!

- Bo to była kampania wyborcza. - odpowiedział Św. Piotr


Hmm... żeby tak sobie wyborcy wzięli to do serca...

piątek, 2 października 2015

Precz z polityką

Postanowiłam nie ekscytować się zanadto politycznym zamętem przedwyborczym.
Wyciągnęłam "Pamiętnik IV Rzepy" Krzysztofa Daukszewicza i zaglądam codziennie, coś tam uszczknę sobie. Niby nawet politycznie, ale z przymrużeniem oka jednak.

I czytam sobie, a tu taka oto myśl, nieżyjącego Z. Wassermana:
"To, co jest dobre dla rządu, powinno być dobre dla państwa"

Albo z napisów na murze:

KRADNĘ, BO NIE CHCĘ BYĆ W MNIEJSZOŚCI" (autor nieznany)

I znowu złote myśli:

"Są dwie Polski. Jedna ma dekoder TRWAM,a druga dekoder zdrowego rozsądku." ( to powiedział Kuba Wojewódzki)

Albo dowcip o Ryszardzie Czarneckim:

Wstaje Ryszard Czarnecki rano, patrzy w lustro i myśli: Cholera... z jakiej ja jestem opcji???

I coś, co wcale zabawne nie jest:

"Wolałbym, by naród integrował się wokół rozumu, niż wokół tradycji". (dr. Tomasz Wiśniewski, filozof)

A na koniec odnotuję sobie coś wyjątkowego, taki niby cytat z doświadczonych działaczy partyjnych:

"Po to polityk ma dwoje oczu, żeby mógł jedno przymykać!"

I co, Agrafko? Lepiej ci? Nie?

No coś podobnego!

Najkrótsza recenzja książeczki jest na okładce:

"Krzysiu, przyjacielu drogi, pisz, bo tu nie chodzi o to, żeby się pośmiać albo przypomnieć. Tu chodzi o to, żeby NIE ZAPOMNIEĆ!"

Nie wiem, jakie jest zdanie innych, ale ja uważam, że K. Daukszewicz jest najlepszym satyrykiem Polski powojennej. I zdania nie zmienię.