niedziela, 27 września 2015

Polityka na ringu

Politolodzy komentują ostatnią prostą trwającej właśnie kampanii wyborczej. Nic odkrywczego w tych komentarzach nie znalazłam. Bo, że walka bardziej brutalna, niż w ubiegłych wyborach, to widać gołym okiem. I, że ciosy poniżej pasa są, i z pewnością będą wymieniane, to też wiemy, bez fachowej opinii. Aż takimi ignorantami chyba nie jesteśmy, żeby trzeba nam było mówić, co widzimy, prawda?

Bardziej interesowałoby mnie, co mędrcy sugerowaliby, żeby poziom walki politycznej choć co nieco się podniósł? Tu jednak nie ma na co liczyć... Zresztą, zwróciłam uwagę, że o "wysoki poziom walki" dbają media. Podsycają ogień, rozdmuchują każda iskierkę, póki się tli. I zawsze jest źle: albo kampania czyjaś bez pazura, mdła i nie dostosowana do wymagań rynku; albo agresywna, czyli "okrutna, zła i podła". Ale nigdy nie usłyszałam, że w sam raz merytoryczna i w sam raz prężna.

I już wyobraźnia mi podsuwa komentarze powyborcze:

Partia X wygrała, bo szła po trupach, wciąż atakując wroga i tnąc odrastające łby.
Partia Y przegrała, bo nie wykorzystała możliwości i nie atakowała wystarczająco przeciwników, licząc na mądrość społeczeństwa.
Partia Z nie przekroczyła progu wyborczego, bo nie miała właściwych i chwytliwych haseł.

I wątroba mi się przewraca wtedy. Bo, może to społeczeństwo byłoby mądrzejsze, gdyby było edukowane, a nie buntowane przez domorosłych mędrców, prących ku karierze.

Eh...

Może szczegóły, nazwiska czasem, jakieś nawet całe wydarzenia umykają mi z pamięci, fakt! W końcu od tylu lat jestem pod obstrzałem informacyjnym. A najbardziej na te zaniki wpływają nieustanne roszady, te wymiany kadr, po których ktoś, kto nie zajmuje się zawodowo politykami, zaczyna się gubić i nie wie, z którą z naszych ukochanych partii ma  akurat do czynienia, bo mu się percepcja dźwiękowa z wizualną kłóci. Ja często się łapię na takich rozbłyskach, wyładowaniach mózgowych. Otwieram TV, patrzę na ten przykład na Fakty po Faktach, trzy sztuki wypomadowane, pod krawatami siedzą w studio. Chwilę słucham, w mózgu kipisz. Mój mózg za cholerę nie chce poprzekładać posłów z przyznanych im niegdyś lokalizacji  do nowej siedziby. Taki poseł Janusz Wojciechowski... Jak mój mózg go zaewidencjonował w szufladce PSL, tak ni rusz nie chce przeprowadzić go do szufladki z napisem PiS. Wizja - PSL, fonia - PiS? Zgłupieć można.

Czarnecki, ten to chyba zaliczył wszystkie partie... Gowin. Palikot. Zalewski. Dorn. Długo można wymieniać... Ale mi się nie chce...

I, jakby na to nie patrzeć, to poglądów autentycznych, takich z głębi duszy poselskiej, się u większości posłów nie doszukasz. One ewoluują wraz z tą wędrówką ludów. A te przeprowadzki przypominają mi jedynie chwiejny krok gościa, który późną wieczorową porą do dom wraca, po wieczorze co najmniej literackim... Każdy powiew wiatru znosi go w którąś stronę, a on biedaczek nie ma sił stawić czoła tym porywom, daje się ponieść, aż nagle pada. I budzi się zdziwiony:
O, k.... gdzie ja jestem???!

I tak samo politycy.

A jak to było, kiedy babcia miała wąsy? A, to warto sięgnąć po "Pamiętniki IV Rzepy", albo inną książkę Krzysztofa Daukszewicza. I te puzzle się same dopasują, i babcia okaże się dziadkiem.

Brak komentarzy: