niedziela, 2 sierpnia 2015

Niebiański sernik

W tym tempie, to nie dosyć, że na urlop nie będzie co wziąć, to przed wyjazdem też zabraknie,kurza twarz!

Wprawdzie w domeczku niewiele zrobione ostatnio, tyle, co niezbędne do przeżycia, ale stos przeczytanych książek urósł znacząco! Powiększył się o "Harpie". Zawsze to coś!

Trudno, nie ma rady, dzisiaj muszę zakasać rękawy i zmobilizować resztki nędzne, które jeszcze tam gdzieś mi w mózgownicy zostały po poczuciu obowiązku. Stos upranych ciuchów urósł do rozmiarów niebotycznych, jeszcze dzionek i przebije w suficie dziurę,  a drukarka, na której spoczywa, lekuchno zapadnie się pod ciężarem. Na dodatek te prognozy,  upały maszerują prosto do nas i o prasowaniu lada dzień zapomnij!

Byle do 10:00, jak tylko pojadą sobie, ja dziarsko, czy nie  dziarsko, ale chyba muszę ruszyć do walki z ogarniającym mnie tutaj chaosem ogólnym.

I tak jestem z siebie niezwykle dumna, bo mimo ogólnoustrojowej niechęci do prac domowych, a do kuchennych w szczególności, zaopatrzyłam swoich domowników, w liczbie dwu, w arcydzieło, świadczące niezbicie, że każdy może, zwłaszcza, jak nie chce i upiekłam sernik. Przez minut 10 przeszłam samą siebie i wyprodukowałam. Wyszedł taki, że cukiernicy od dzisiaj powinni zwracać się do mnie per "mistrzyni". Ot, co!

Zanotuję sobie przepis, na wszelki wypadek:

1 wiaderko waniliowego sera z Biedronki.
8 jaj
pół masła, miekkiego
na oko około 1/2 szklanki cukru pudru
rodzynki upudrowane mąką, garść chyba
kasza manna, też na oko sypnięta, może z 6 łyżek, ale nie wiem

jeszcze spód:
paczka maślanych herbatników z Biedronki, muszę sprawdzić co to - Bonitki, czy jakoś tak i
druga połowa z 200g kostki masła

Herbatniki pogniotłam w garnku za pomocą ugniataczki do ziemniaków, dodałam masło, pogniotłam trochę, potem ręką poprawiłam, ale bez zaangażowania wielkiego

Do dużego garnka wrzuciłam to miękkie masło, chwilę pomiksowałam, dodałam jedno zółtko, trochę sera, zapoznałam składniki ze sobą za pomocą miksera, wkiprowałam potem całą resztę żółtek, cukier puder i ser, pomiksowałam ze 3 minutki, wsypałam rodzynki.
Mikserem ubiłam posoloną lekko pianę, pod koniec dodałam 2 łyżki mąki ziemniaczanej. Odwróciłam miskę do góry dnem - nie wyjeżdża piana, czyli jest O.K. No, to trochę do masy w garze, zamieszałam ostrożnie, dorzuciłam resztę piany, posypałam elegansio kaszą manną po wierzchu, delikatnie łopatką wymieszałam i już. Jak pragnę zdrowia - 10 minut mi to zajęło!

Duża tortownica, o to chwilę trwało, bo ten papier pociąć w dwa paski, a ponacinać je do połowy, kółko na dno nożem odrysować dookoła spodu, to już łatwiej, bo samo wtedy odchodzi.

Tortownica wyłożona, ciastka na dnie uklepane lekko, masa wylana na wierzch. Jeszcze tylko trzy razy stuknąć o stół i do piekarnika, termoobieg ma wypraktykowane - trza na 150 Celsjuszów, minutnik na 1h i można spoko oddać się lubionej  lekturze. Tak też zrobiłam.

Po godzince wyłączyłam grzanie, minutnik na 20 minut i znowu książka. Po 20 minutach drewniana łyżka w uchylone lekuchno drzwiczki piekarnika i znowu lektura jakieś 30 minut.

Potem, to już można wyjąć z pieca,  na kratkę kuchenną postawić, niech tam sobie stygnie, a jak już będzie tylko ciepławy, to przez sitko cukrem pudrem potraktować z wierzchu  i czekać, aż wystygnie całkiem.

Najgorsze to czekanie, bo zapach w całym domeczku, rodzina krąży wokół tego stygnącego cuda i maca, czy aby nie już?

Won stąd! Nie rusz, bo opadnie!

Pewnie, gdyby się bardzo starać, a trzymać jakichś wytycznych książkowych, to nic by się nie udało.

Moja dewiza kulinarna brzmi:

Nie wysilaj się, nie staraj, nie wkładaj serca w gary - wtedy zawsze się gotowanie uda!
Starasz się? - Zakalec jak złoto!

Brak komentarzy: