piątek, 7 sierpnia 2015

Lesio

I, zgodnie z przewidywaniem, jadę w niedzielę w te Tucholskie bez Chmielewskiej. "Lesio" już prawie w finale, jutro skończę lekturę.

"Lesio" wykończył mnie doszczętnie. Śmiech to zdrowie, wiem, ale stosowany z umiarem! Szczególnie w czasie kanikuły takiej, jak w tym roku. Łzy śmiechu mieszały się z potem i spływały mi wprost na okulary. Co chwilę musiałam przerywać lekturę, żeby je osuszyć. Perypetie tytułowego bohatera i jego kolegów są tak rozbrajające, że gimnastyka mięśni twarzy gwarantowana.

A wszystko zaczęło się od znienawidzonej personalnej, która każdego dnia oczekuje od Lesia podania przyczyny spóźnienia. Lesiowi wyczerpały się pomysły i postanawia kadrową otruć lodami, a dokładnie gronkowcem, wyhodowanym w służbowej teczce.

Lesio to artysta, trudno od takiego wymagać normalności. Ale zanim jego otoczenie pogodzi się z tym faktem, Lesiowi uda się doprowadzić do obłędu niejednego zwierzchnika i pokaźną grupkę kolegów po fachu.

Tylko, ja się pytam, dlaczego akurat personalna musi być taką zołzą, co? Ja też jestem kadrówką, ale zołzą to nie jestem na pewno! I niech ktoś spróbuje powiedzieć, że jest wręcz przeciwnie, no!

Brak komentarzy: