sobota, 1 sierpnia 2015

Kurza stopka

No, żesz... nie zdzierżyłam jednak. Zostały trzy Chmielewskie. A tu dopiero 1 sierpnia. Wygląda mi na to, że do dziesiątego, to ja już będę po lekturze wszystkich pięciu.

Niedobrze, oj, niedobrze! Trudno, trzeba się wziąć w garść i znaleźć coś innego, co mnie zniechęci do czytania na kilka dni. Może ta "Gra w klasy" Cortazara się nada? Hmm... a jak się okaże, że dojrzałam, to też dobrze by było, bo czeka już kilka lat! Jak dotąd, to wszystkie przymiarki lekturowe były psu na budę, ni cholery! Nie udaje mi się jakoś przebrnąć przez tę "biblię młodych". A przecież powinnam, ostatecznie urodziłam się mniej więcej w tamtym czasie, gdy Cortazar napisał to wiekopomne dzieło. Moim zdaniem pomysł, to on może i miał dobry, z tym pisaniem książki, w której kolejność czytania poszczególnych rozdziałów nie ma znaczenia, tyle, że wyszło z tego cóś ni pies, ni wydra... No, dobrze, w latach sześćdziesiątych to to może i się podobało, w końcu młodzież wtedy chciała być intelektualnie wywyższona. Niby dobrze, ale zapomnieli, że wyżej tyłka nie podskoczą.

Wracając do Chmielewskiej, to wczoraj zaliczyłam "Klin". Co ja mogę o tym "Klinie" powiedzieć?
Ano, tyle, że znowu pękałam ze śmiechu. Oczywiście, z przyczyn językowych i ogólnie - stylistycznych. Mucha nie siada!

Treść - bez większego znaczenia, ale troszkę pokontemplowało mi się nocą, bo skończyłam jakoś tak po północy. Pan Monsz chrapał smacznie, ja się dusiłam ze śmiechu przy tu i ówdzie w książce.

Potem próbowałam sobie wyobrazić siebie w roli bohaterki książki. Siebie zakochującą się niechcący w facecie w garniturze. Nieskazitelnym, super eleganckim. I w koszuli,białej, z krawatem. Z fryzurą przylizaną, zaczesaną do tyłu. Cóż... moja wyobraźnia odmówiła posłuszeństwa i nic z tych nocnych dywagacji mi nie wyszło. To znaczy - wyszło,wyszło! Wyszło, że mnie taki numer by się nie udał, z tym zakochaniem.

Dla mnie facet w garniturze jest aseksualnym, bezpłciowym obiektem i do zakochiwania się  z miejsca traci kwalifikacje. Jeszcze ta fryzura ulizana do tyłu i komplet. Nawet na bezludnej wyspie odpada. Dla mnie. Jak James Bond, działa na mnie usypiająco, dosłownie! Bez żadnych podtekstów i przenośni. Mam tak od zawsze. Nie mogę zasnąć - agent 007 i w jednej sekundzie jestem w ramionach Morfeusza.

- Jak pani wygląda? - pyta ten ulizany agent z książki.
- Raz tak więcej przepięknie, a innym razem wręcz przeciwnie - odpowiada Joanna.

I jak tu się nie śmiać, no - jak?



Brak komentarzy: