poniedziałek, 31 sierpnia 2015

uwzięli się

No, uwzięli się, jasny gwint! Z tymi reklamami.

Jeden taki, nie wiem wprawdzie, co reklamuje, ale nawija w takim, zawrotnym tempie o czytaniu ulotki i konsultowaniu z farmaceutą, że ani chybi musi to być jakieś trujące świństwo farmaceutyczne.
O ile tło radiowe w zasadzie jest prawie niesłyszalne, gdy się dobrze skoncentrować na pracy, to ta reklama wyzwala u mnie mordercze uczucia. Szare komórki stają się jak ta koszula, którą pewna żona wyprała mężowi w super proszku i chwaliła, że reklama nie kłamie, bo koszula faktycznie jest śnieżnobiała. Na co mąż nieśmiało: Wolałem, gdy była w kratkę...

Ja też wolę swoje komórki w odcieniu szarości, niż śnieżnobiałe.

Ostatnio jednak okazało się, że nie jest to najgorsza reklama, niestety.

Od jakiegoś czasu moje uszy atakuje znienacka, groźny skądinąd, tekst: "zapraszam na fotel"
I ja dostaję za każdym razem ścisku, odruchowego, nieopanowanego. Ze strachu tak mam. I zaczynam się obawiać skutków ubocznych  w postaci zrostu.

Zapraszam na fotel budzi we mnie jednoznaczne skojarzenia. I wcale nie natury stomatologicznej...

A jak to dłużej potrwa, to wkrótce będę mogła śmiało zastąpić "nareszcie razem", stwierdzeniem "na zawsze razem"...
 

znowu z lamusa ( 2006 rok)


Jak ślepiec...

Jak ślepiec
podążam ścieżkami życia
jak ślepiec
ostrożnie, zmysłami
dotykam wszystkiego
sprawdzam
czy kroczę  właściwą drogą
bezpieczną i równą
i, jak ślepiec,
potykam się często
moje ego
znaczą blizny
po odpryskach meteorytów
oderwanych od błędów
które popełniam
jak ślepiec próbuję żyć
nie widząc nic
nawet światełka w tunelu

niedziela, 30 sierpnia 2015

Koteczki

Jestem kocicą.

Kiedy sobie leżę i nikt mi nie zakłóca leniwego rozmyślania, mogę nawet mruczeć. Dam się czasem pogłaskać, przeciągnę się z lubością, może nawet zerknę spod wpółprzymkniętych powiek...
na głaszczącego. Może się zdarzyć, że nawet swój pyszczek przytulę, owinę się wokół szyi, a ogonem musnę za uchem...

Ale jestem niezależna. Zwykle robię tylko to, na co JA mam ochotę.
Bywam złośliwa.
Myślisz, że spokojnie popracujesz przy tym, swoim okienku na świat?
Mylisz się!
Udam, że wędrówka spacerowym kroczkiem, w tę i z powrotem, po klawiaturze, to akurat teraz najpilniejsze moje zajęcie... I nie obejdzie mnie wcale, że ci przeszkadzam, albo przeze mnie straciłeś kilka cennych godzin pracy...

Bywam wredna.

Masz ochotę mnie popieścić? Głaszczesz, łaskoczesz, tak delikatnie - za uszkiem, bo wiesz, że to lubię. Zawsze wtedy zaczynam mruczeć. A ty czujesz się wtedy moim panem. Bo myślisz, że to z miłości, to mruczando...
Mylisz się, skarbie! Ja nie kocham, ja tylko POZWALAM SIĘ KOCHAĆ!
Jak nie mam ochoty pozwolić, to wyciągam pazury.
Bolało? To dobrze, miało boleć! I długo się będzie goić. Jak drapię, to skutecznie, do końca, nie powierzchownie.

Bywam uparta.

Chcesz się wyspać? Sam? Położyć zmęczoną twarz na swojej ulubionej poduszce? Zapomnij!

Twoja poduszka chwilowo należy do mnie. Nie próbuj mnie z niej usunąć. Hmmm... myślisz, że ci się udało? Dobrze, ja poczekam, aż zaśniesz. Jestem cierpliwa, jak mało kto.

Zabrałeś poduszkę - położę się na twojej twarzy, też mi będzie wygodnie.
Usiadłeś na moim ulubionym fotelu - ja będę spacerować przed twoim nosem tak, żebyś nic poza mną nie widział.
Chcesz  w spokoju zjeść posiłek - wskoczę na stół i łapką ściągnę z talerza smakołyki.

Jestem mądra.

Wiem, że wystarczy usiąść z miną niewiniątka, zmrużyć lekko zielone oczy, przeciągnąć się z wdziękiem i otrzeć o twoje nogi. I wybaczysz mi każdą, nawet największą psotę...





sobota, 29 sierpnia 2015

Umysł

Płata figle, przebiera w zakamarkach pamięci, jak kobieta w szafie, w której ma za dużo ciuchów.

Szukałam wczoraj książki, przypadkiem trafiłam na spięty listwą wydruk Babiegomagla. Sądząc po datach, zrobiłam ten wydruk na koniec 2010 roku, znaczy brakuje w nim pięciu, ostatnich lat.

Zasiadłam wieczorem w fotelu, nadziałam drugie oczka, przystąpiłam do lektury swoich, blogowych zapisków. Niektóre , wprawdzie jak przez mgłę, ale  pamiętam: Bajkę o gwiezdnym ogrodzie (2008), jakieś wierszydła, jakaś myśl zawinięta w sreberko... Ot, na przykład taka: "diabeł, to też anioł, tylko w opozycji". Jakieś fraszki... Na przykład taka, pt. Akt kobiecy:

Chuda, gruba, 
smutna, czy wesoła?
Nieważne!
Ważne, że - goła!

Zapomniałam, że wysypywały się z mojej głowy, niczym groszek ze strąka. Kurczę, aż tyle ich było?

Nie ma na tym wydruku cyklu "Wspomnienia z dzieciństwa", a chyba kilkanaście wpisów było, tylko który to był rok?

Za to, satyryczne wierszyki, pisane na kolanie, jak wszystko, co kiedykolwiek przelałam na ten "papier" wirtualny, po 10 latach nie straciły na aktualności nic. Przedwyborcze rozmyślania blondynki też.

No, właśnie, właśnie - po co teraz się powtarzać? Już powiedziałam, co myślę o politykach i ich wojenkach.

Gorzej, bo z tego, blogowego całokształtu wyłania się obraz nie do końca zrównoważonej autorki. Która ma w głowie wszystko, tylko nie to, co w niej się ulokować powinno...

Z drugiej strony, jak myślę, niektóre teksty świadczą o tym, że jednak to myślenie obce mi nie jest.

Zresztą, po co udawać kogoś, kim się nie jest. Ja przynajmniej jestem szczera w tym, co piszę.

I, ostatecznie, to nie moja wina, że jestem, jaka jestem.




piątek, 28 sierpnia 2015

Czy to wciąż jestem ja?

Jakoś ucichł, przygasł pomysł przebieranki, ochota na imprezkę w babskim gronie też zdaje się była tylko słomianym zapałem. Wygląda na to, że takie zabawy są jak fantazje seksualne - pomarzyć miło, ale gorzej z realizacją...

Szkoda trochę...

Fajnie by było strzelić sobie fotkę w stroju niedbałym...

Zresztą, gołe przecież nie planowałyśmy wystąpić!

Tak, tylko do tego potrzebne jest poczucie humoru... i odrobina dystansu do siebie, ze szczególnym uwzględnieniem numeru PESEL.

Matka natura się stara... wyjrzałam przez okno, paliłam sobie spokojniutko papierosa, na patelni coś skwierczało, a grzywki drzew na horyzoncie mieniły się kolorami. Na razie to takie pierwsze rudości, złamana czerwień tu i ówdzie, jakby ktoś musnął pędzlem ten pejzaż, niechcący. Tegoroczna susza wypaliła dęby, te są takie brzydkie, jakby stęchłe... żal, bo one wybarwiały się co roku wyjątkowo, aż dech zapierało. Lubię też brzozy jesienią, te młode brzeziniaki z daleka są jak koronka ze złota. Delikatne, ażurowe, drżące na wietrze...

Wiem, wiem! Taka jesień trwa krótko, potem już jest tylko brudno, szaro i smutno. I gwarantowany spleen na dokładkę.

A dzisiaj rocznica śmierci Mamy...

Jutro pójdę na cmentarz, podumam sobie, potęsknię, wsłucham się w świergot w koronach drzew. Jak to dobrze, że są ptaki, niech śpiewają Jej do wiecznego snu. Ojcu też, chociaż on akurat nigdy ich nie zauważał. Policzyłam, to już 12 lat od kiedy Mamy nie mam. A to boli wciąż, i wciąż, może już nie tak dokuczliwe, ale boli. Wkrótce miną 4 lata od śmierci Ojca, w listopadzie.

Tęsknię. Tym bardziej, że mam już tylko to ukłucie w sercu, na każde wspomnienie.......

Poszłam do łazienki zmyć makijaż. Spojrzałam w lustro duszy - czy to wciąż jestem JA?

Otóż - nie wiem.

Coś bardzo głupiego udało mi się zrobić. I jak się czuję? Podle.

środa, 26 sierpnia 2015

Czarna wdowa w durszlaku

Klimakterium to zaskakująca i dziwna przypadłość. Wczoraj, a nawet dzisiaj rano nos na kwintę. A, że do tego mało kto przyzwyczajony, to obchodzono mnie na paluszkach, uznając mój stan za uzasadniony prawdopodobnie przyczyną wagi ciężkiej.

Jedna się odważyła zapytać, co jest grane? Nic. Naprawdę - nic. - odpowiadam, zgodnie z prawdą.

Jakiś taki spiczniały humor mam, ale dlaczego mam, to akurat nie jest mi wiadome. Gdzieś około południa pogodziłam się sama ze sobą na tyle, że w moim zakompleksionym, a poza tym raczej pustawym globusie, zakiełkowała idiotyczna może, ale wszak moja, własna, najwłaśniejsza myśl:

A gdyby tak zorganizować party? Takie babskie, w  gronie ścisłym? Żeby tak puścić wodze fantazji i zepsuć hamulce przyzwoitości wszelakiej i zalać się na przykład zbiorowo w trupa?

Upamiętnić to zgromadzenie mnie i bardziej wpędzonych w lata dam sweet focią?

Jak już się ta owa myśl zalęgła, to niezwłocznie wypączkowała kolejną:

A gdyby tak zatrzepotać ( no, może nie ja akurat, bo primo trzepotanie mi kiepsko wychodzi, a secundo, kto się na jego lep złapie?)do Szefa kochanego, naszego rzęskami przyozdobionymi mascarą? Oddelegowałoby się w tym celu szczytnym najmłodszą, a co za tym idzie dającą największe nadzieje na pozytywny efekt trzepotania. I po taniości wynająć pojazd do celów  transportu zwłok, czyli po imprezce? Tu nastąpiła ożywiona wielce dyskusja z koleżankami, który, ach który to nasz kolega kwalifikacje ciężarowca posiada? Wystarczające, co by być w stanie te krągłości niewieście, co niektóre,  dźwignąć i załadować na pakę? A potem jeszcze wywlec przy radosnym zapewne udziale najukochańszych naszych małżeńskich nieszczęć?

Przegląd 130 chłopa zakończył się bardzo szybko. Jest do wyboru ten, albo żaden.
Bo to czasy takie, że albo chucherkowate toto męskie pokolenie, albo gabarytowo owszem, odpowiednie, za to jak nie korzonkowe, to dyskopatyczne. Po prawdzie, to i ten jednomyślnie wybrany przez siedem bab, egzemplarz płci brzydszej, pewny nie jest... Niby młody, niby 5XL, ogólnie wydaje się silny, ale licho wie! Może to tylko pozory?

Z podniet przeszłyśmy gładko na pieszczoty, bo jak się bawić, to się bawić. Postanowiłyśmy, no - prawie, że będzie imprezka kostiumowa. Wyszukane w Necie strony oferujące odzież adekwatną do naszych wymarzonych potrzeb, sprzedają, ale około 200zł na jeden wieczór, to ci ślubni mogą nie zdzierżyć. O, jest - wypożyczalnia strojów dla dorosłych, tu już lepiej od 30zł do 80zł za tydzień.

To się z pewnością łatwiej zachachmęci w budżetach domowych. A i tak stroje są niekompletne, trzeba dokupić te cud piękności pończoszki kabaretki, doczepić podwiązki, kokardki, etc... Peruki pożyczają ponoć za darmo. Pod warunkiem, że się ten strój weźmie. Najgorzej z butami. Niektóre są w posiadaniu takich kosmicznych szpilek, 15cm obcas, ale ja akurat nie. Nie uczęszczam w takich wynalazkach. Po pierwsze primo, bo nie bywam na salonach, a po drugie primo, bo ja to mogę co najwyżej podjąć próbę utrzymania równowagi na tych szczudłach, bo o przejściu nawet jednego kroku, to ani nawet marzę... I po cholerę mi te szpilki? Co, ja tutaj, po tym placu tłuczniem wysypanym paradować w nich mam, czy co? Albo zakupy na swoje IV taszczyć bez windy? Bo, spacery to ja co najwyżej w teorii zaliczam. Takie z kołysaniem biodrami i tym podobnymi szczegółami.

W międzyczasie pora się zrobiła do wyjścia. Koniec pracy. Ja, oczywiście, jeszcze nie.
Zostałam sama.

A, korzystając z tego I'm so lonely here today, wydumałam sobie, że mogłybyśmy się wysztafirować jednak w celach służbowych, poniekąd...

Briget - w stroju policjantki...
Mała - w stroju pokojówki z epoki...
Fiolka - w stroju burleski
ja - w stroju czarnej wdowy
Serducho - czarownica
itd...
Zresztą, niech każda wybierze, w czym się najlepiej będzie czuła.

I, gdyby tak wydać w przyszłym roku kalendarz? My, na tle pojazdów firmowych na przykład...

Że co? Że stare baby, a im się pinupgirlsów zachciewa? No i co z tego? A od czego jest Fotoshop, hę? Niech się martwi, jak z zabytku klasy zero ( tu mam na myśli siebie, oczywiście) zrobić laskę cud urody! Od tego on jest, cholerny świat!

A poza tym, to ja mam klimakterium i mam prawo mieć głupie pomysły. A jak się komu nie podoba, to nie ma obowiązku się ze mną zgadzać. I kropka.

..... Ależ ja mam pop... w głowie, kurza stopka... Prawdę mówi powiedzenie: stara, a głupia.

Eee tam, jak moja Siostrunia wraz z moim kochanym Szwagrem może się sfotografować w durszlaku na głowie, to ja mogę w charakterze czarnej wdowy. I nic nikomu do tego.

wtorek, 25 sierpnia 2015

poniedziałek, 24 sierpnia 2015

kampania i kompania

Pani Beata Sz., w gronie krewnychiznajomychkrólika, w czynie społecznym malowała szkołę. W trosce o dzieci. W poświęceniu, z dłońmi wyciągniętymi ku społeczeństwu naszemu, na oczach kamer ten czyn czyniono.

Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie fakt, że szkoła jeszcze nie oddana do użytku - tynki nie położone. Ktoś zwrócił uwagę, delikatnie bąknąwszy, że teraz robotnicy będą mieli dodatkowe zajęcie, bo trzeba będzie tę farbę zedrzeć, żeby te tynki... No, ale to drobiazg przecież.

Pani Ewa K dla odmiany pojechała do sadowników, tych suszą dotkniętych, tegoroczną. I znowu zrobiło się radośnie, bo w TV obejrzeliśmy sobie obrazek, na którym Pani Ewa prezentuje się na le raju, czyli zieloności wszelakiej.

I tak to politycy bawią się naszą naiwnością. I bawić się będą jeszcze długo. Bo to im najlepiej wychodzi. Ta nasza naiwność, znaczy się...

niedziela, 23 sierpnia 2015

świat jest piękny

Ale bez polityki. TV zamknięte mam na cztery spusty. Niestety, wieczorem chcę zobaczyć prognozę pogody, coś tam zawsze zahaczę, kątem oka...

Wojna o referenda trwa. Tyle zdołałam wyrozumieć.

Jakby te wyniki miały znaczenie, phi!

Niedzielny poranek. Cudnie jest, słonko świeci, zagląda przez okno. Ja sobie sama, samiuteńka ( to najmilsza rzecz - taka samiuteńkość) siedzę sobie w fotelu i piszę.

Muzyka zapodana: najulubieńsza, zgromadzona na jednej płycie. Akurat płynie ze wzmacniaczy Love Hurts, Nazareth.

O, teraz już Elthon John, Nikita.

Rany, dwa tygodnie chociaż takiej samotności, daj mi, losie!
Obiecuję, przysięgam, że potem cały rok ani pisnę, że mam ich dosyć, tych swoich domowników.

Dwa. Dwa tygodnie...

Rob Thomas za chwilę pośpiewa mi, że Lonely no more, a ja pomarzę o tym lonely. More, more... please - more!

sobota, 22 sierpnia 2015

Nałogi

Tak się starałam, tak omijałam szerokim łukiem... kiosk Kolportera...
Dzisiaj, jakoś tak - niechcący - wstąpiłam pod pretekstem. I wyszłam z dwiema książkami...30 zł.

Pociesza mnie to 30 zł.
TYLKO 30 zł, prawda?

A gdzie prakseologia?

Prakseologicznie podchodząc do kwestii czytelniczej, to trudno stwierdzić, czy maniactwo czytelnicze jest zajęciem koniecznym i pilnym jednocześnie?

Z mojego punktu widzenia - stanowczo tak, ale w ogólności, to chyba jednak nie?

Z punktu widzenia interesu społecznego, czyli dobra ogólnego obojętne jest, czy ja będę, czy też nie będę czytać. I, ile książek przeczytam. Z drugiej strony, to moje czytelnicze zacięcie ma jakiś,drobny, bo drobny, ale ma wpływ na rozwój gospodarki. Autor książkę napisze, drukarnia wydrukuje, wydawca wypromuje, księgarnia sprzeda, a ja kupię i przeczytam. Interes się kręci. Oj, a jaka ja będę szczęśliwa, gdy się w lekturę zagłębię... jaka szczęśliwa!!!



czwartek, 20 sierpnia 2015

Zwis męski elegancki

Fochy i dąsy w mojej, kochanej zresztą i bardzo przeze mnie lubianej, firmie są na porządku dziennym. Ostatnio odczuwamy wzmożoną inicjatywę w tym zakresie. Firma jest co prawda wyjątkowo spolaryzowana na męską płeć, ale to w tej branży zrozumiałe. Sęk w tym, że  jest blisko 130 facetów przeciwko ośmiu babom zakładowym.

Baba, to takie dziwne urządzenie, które w żaden sposób nie da się zaprogramować. Chcesz, żeby 2+2 dawało 4, a tu kicha, u baby jak byk wychodzi 5!

Od dwu tygodni, przydzielamy kolegom krawaty służbowe. Sądząc po minach, na aplauz nie ma co liczyć... Jeden tylko szczęśliwy, wystroił się niezwłocznie i chce jeszcze jeden, jeżeli można! To wyjątek, który nie chciał dla odmiany koszulki polo, bo "do polo nie nosi się krawata".

Reszta się nie cieszy, kilku się nafuczyło i coś dziamgotało pod nosem, kilku błagało o dyspensę, na kolanach błagało. Nic z tego. Żadna nawet nie mrugnęła okiem, a z racji, że złośliwe małpy jesteśmy, dorzuciłyśmy jeszcze z wielką powagą, że niechęć nas nie interesuje, nosić trzeba codziennie i już!

To nieprawda akurat, bo Szef, sam nie rozkochany w  męskich eleganckich, prosił tylko, żeby w niedziele i święta przystrajali się tymi zwisami.

Może byśmy nawet się tak nie wyzłośliwiały, gdyby nie to, że od początku roku wydałyśmy już tyle elementów garderoby służbowej i cud, że nie pourywałyśmy im łbów przy samej d...

Z każdym strojem jest to samo:

koszula za szeroka, albo za krótkie rękawy, kolor nieładny, a się spiera, a się gniecie, a nie oddycha;

sweter za cienki, a dlaczego w takim kolorze, a nie w niebieskim, a on nie lubi swetrów, ani kamizelek nie lubi, a temu za zimno, a drugiemu za gorąco, a trzeci nosi wyłącznie flanelowe koszule, bo na inne ma alergię...

Najgorsze jest jednak udawanie, że się jest szczuplejszym, niż w rzeczywistości. Jeden wystroił się w bluzę polarową, opięty był tak, jak baleron.

Przy każdej dostawie umundurowania brakuje nam rozmiarówki jakiejś, mimo zamawiania z dużym zapasem.  Tyle sztuk trzeba wymienić... Gdy jeszcze mi kiedyś ktoś powie, że to baby są marudne, to dam mu w ryj. I się skończy.

Opanowałyśmy tymczasem  do perfekcji tumiwisizm , na fochy i dąsy zero reakcji z naszej strony.

I jeszcze jedno mnie osobiście dotknęło - mnie to nie wolno marudzić, chociaż klimakterium, bo wiek stosowny, ale facetom to uchodzi malkontenctwo w każdym wieku.

Polityka w urzędach

Przeczytałam w Necie, że w polskich urzędach rządzi polityczna poprawność. I, że w województwach, to aż 75% stanowisk jest upolitycznionych. Też mi nowina! Jakbyśmy sami nie wiedzieli!
Ale nie o to chodzi, chodzi o komentarze, jak zwykle. Zerkam i widzę, że chyba ani jeden czytelnik nie wie, co czyta. Komentarze ni w pięć, ni w dziewięć pod tekstem widnieją. Jeden nawet jakby na temat, ale za to sugeruje, że to też "wina Tuska", czyli ogólnie - PO. Prawda, że PO też ma w tym swój udział, ale to akurat nie jest ich wynalazek. Każda władza lokalna, zresztą na każdym szczeblu, jest jak nowa miotła, która wymiata stare "śmieci". Ten kraj tak ma. Kropka.

środa, 19 sierpnia 2015

Kandydaci w za dużym rozmiarze?

Posłanka Pawłowicz prawdopodobnie nie zmieści się na liście kandydatów do nowego Parlamentu... No, jak mi przykro jest... oj, okrutnie przykro...

Nie prześledziłam dokładnie, kto jeszcze ma za duży rozmiar, żeby się na tych listach zmieścić, ale obawiam się, że to sprawka Naczelnego Krawca, który najwyraźniej specjalnie wykonał złe pomiary, doszedłszy do, słusznego skądinąd przekonania, że uszycie stroju dla tak nieatrakcyjnych modeli może się nie spodobać nie tylko klientom konkurencji, ale i własnym, wiernym dotychczas  jak nie wiem co! I wynoszącym Naczelnego na ołtarze, mimo, że ukradł był kiedyś księżyc. Zapewne woleliby, żeby zwinął Słońce Peru, ale - w przeszłości zamierzchłej nie świeciło jeszcze nam miłościwie.

Ciekawa jestem co Naczelny Krawiec zamierza zrobić z Macierewiczem?  Klient wierny, ale też taki jakiś niewyględny, niewymiarowy, a upierdliwy jak za przeproszeniem - giez.

Tak, czy siak, moje obawy rosną, włos, choć krótki, jak trawa tego lata, jeży się na pustogłowiu moim. Bo, chociaż Naczelny Krawiec i jego terminatorzy szyją niemodnie, jakoś tak prowincjonalnie, to podebrali klientelę modniejszym krawcom i według statystyk mają w ręku już 38% rynku krajowego. A to nie w kij dmuchał!

Ja taką tradycjonalistką nie jestem,  tyle, że pozostali Wielcy Krawcy stoją na skraju bankructwa, zakłady im podupadły nieco. Oferta też mało ciekawa, od czasu do czasu coś tam oferują, ale szału nie ma!

Idzie jesień, w październiku trzeba będzie jednak zamówić coś na zimę, bo mnie się - w przeciwieństwie do posłanki P. rozmiar trochę zmniejszył i wszystko wisi. Mnie też. Wisi.

wtorek, 18 sierpnia 2015

Referendalna zawierucha

Obawiam się, że przepychanka z dopisywaniem pytań referendalnych zakończy się fatalnie... i zamiast jednego referendum, będziemy mieli dwa, każde za skromną kwotę 100 mln PLN zbędnego wydatku z i tak bardzo pustawego skarbca narodowego.

Moim zdaniem, ani jedno, ani dwa referenda sensu nie mają za grosz! Zarówno Parlament, jak i władza wykonawcza, nie są zobligowane do uwzględniana w swoich poczynaniach opinii społecznej, to tylko pic na wodę! A, także w mojej opinii,szkoda pieniędzy na coś, co jest tylko posunięciem kampanijnym, bo pomiędzy kampaniami nikt i o nic nas nigdy nie pyta.  To znaczy pyta, w sondażach rozmaitych, ale tymi akurat podobno kierować się nie należy.

Ja bym chciała,żeby mnie też ktoś zapytał nareszcie, co mi się podoba, a co wręcz przeciwnie. Tylko nigdy jakoś nie znalazłam się w grupie reprezentatywnej. A ja przecież mogę sobie tutaj urządzić referendum indywidualne, a co?

Zatem tak:

Pytanie: czy chcesz żeby partie polityczne były finansowane z budżetu państwa?
odp.: nie chcę.
Pytanie: czy chcesz JOW?
odp.: chcę, chociaż mam pewne wątpliwości.
Pytanie: czy chcesz żeby wątpliwości podatkowe były rozstrzygane na korzyść podatnika?
odp.: chcę, ale też mam wątpliwości w kwestii nadużyć z podtekstem korupcyjnym w tle.
Pytanie: czy chcesz obniżenia wieku emerytalnego do poprzedniego poziomu?
odp.: nie chcę. tym bardziej, że nie wiem, o który z poprzednich poziomów się mnie pyta. Bo w historii były już różne.
Pytanie: czy chcesz zrównania wieku emerytalnego dla wszystkich grup zawodowych?
odp.: chcę!!!!!!!!!!!
Pytanie: Czy chcesz wprowadzenia dodatku dla rodzin posiadających dwoje i więcej dzieci?
odp.: nie chcę. nie tędy droga - to primo. a secundo - za dużo ludzi jest na świecie. Niekoniecznie musi ich być więcej, bo ktoś mi chce wmówić, że dzięki temu będą środki finansowe na emerytury.
Spokojnie może być nas mniej, przynajmniej o te kilkanaście procent bezrobotnych i o jeszcze większą grupę takich darmozjadów, na których pensje i emerytury część społeczeństwa, ta ciężko pracująca i wpłacająca czystą, żywą gotówką składki do ZUS, haruje przez całe życie.  A gdy do tego dołożymy godziwe wynagrodzenie, to i na emerytury starczy.
Pytanie: Czy chcesz zmniejszenia o połowę liczby posłów i likwidacji Senatu?
odp.: chcę. im ich mniej mamy na utrzymaniu, tym lepiej dla nas.
Pytanie: czy chcesz żeby kandydaci do izby poselskiej musieli wykazać się nieskazitelną opinią i przejść obowiązkowy test IQ oraz badanie wykrywaczem kłamstw?
odp.: chcę! Podpisuję się obiema rękami.
Pytanie: Czy chcesz żeby Polska była krajem wyznaniowym?
odp.: Niech bóg broni.... za żadne skarby się nie zgadzam.

Na dzisiaj wystarczy. zmęczyłam się. i boję się jeszcze bardziej, niż przedtem.


poniedziałek, 17 sierpnia 2015

Zabawa w policjantów i złodziei

Urlop to wspaniała sprawa, szczególnie, gdy jest także odpoczynek od TV, Internetu, polityki i temu podobnych, a okrutnie stresogennych źródeł informacji i ogólnego wkur...enia.

Niestety, urlop, jak wszystko, co miłe, szybko się kończy... a powrót do tak zwanej normalności dnia powszedniego boleśnie odbija się na i tak złym samopoczuciu byłego urlopowicza. Na moim w każdym razie odbija się wyraziście bardzo.

A zaczęło się od tego, co, kto i komu zarzuca w ramach trwającej kampanii. Liczba wbijanych szpilek, albo raczej gwoździ do trumien przeciwników dawno już wystarczyłaby do wyprodukowania niejednego łoża fakira. Rzygać się chce tym bardziej, że wszyscy maja takie zatroskane miny, tak straszną przykrość odczuwają donosząc na siebie nawzajem! No cóż, dla dobra sprawy - muszą...

Potem Częstochowa, msza z okazji święta  15 sierpnia, nie bardzo wiem, co to za święto, ale mniejsza o to! W każdym razie biskup jakiś przemawia do zgromadzonych pielgrzymów i gości maści wszelakiej, przy czym często umundurowanej! O, to mnie boli szczególnie, bo prywatnie, to niech każdy robi co mu się żywnie podoba, ale paradujący w mundurze pielgrzym, na dodatek na mój koszt utrzymywany, to mnie wścieka wyjątkowo. I jeszcze śmie mi gębę w media pchać pod sam nos, że ON MA PRAWO, BO JEST WIERZĄCY? No, przyznam szczerze, że miałam ochotę krzyknąć mu: Won! Zdejmuj mundur i dalej jazda na golasa! Mundur jest ubiorem służbowym, w którym prywatnie paradować nie wolno. Jak kto nie wie, niech zapyta w swoim urzędzie skarbowym.

Pan Prezydent to nawet chyba dwie takie paradne msze obskoczył tego dnia. I jakoś protestu z ust Prezydenta nie słyszałam, gdy wspomniany wyżej biskup powiadał był, że nie należy rozdzielać kościoła i państwa. Nooo...szlag mnie trafił w tym momencie. Wygląda na to, że zbliżająca się wielkimi krokami, nowa, nasza, państwowa władza, przede wszystkim przenicuje nam Konstytucję tak, żeby pasowała czarnym.

Cholera jasna, ludzie opamiętajcie się! Wiem, że macie wybór między policjantem i złodziejem, ale nie zapominajcie, że złodzieja, to WY możecie ująć, obywatelsko wręcz, a policjant to może ująć służbowo,  ale WAS!!!

sobota, 15 sierpnia 2015

Żurawie w Borach Tucholskich 2015


Żurawie w Borach Tucholskich...


Pan Monsz sfotografował je w locie nad łączką przed domeczkiem. Na niebie nawet obłoczka nie ma, tylko błękit, błękit i niekończący się błękit.  Żurawie nie bez kozery zwą się krzykliwe. Oj, krzykliwe! Każdego ranka, o bladym świcie ich odbijające się echem nawoływania budziły mnie skutecznie. Ranki sierpniowe w borze są chłodne, otulałam się sweterkiem i z kawusią zasiadałam przed domeczkiem, na tarasie.

Siedziałam cichuteńko, żeby nie spłoszyć gości. A około 5:00 rano z boru wynurzały się cienie... Koziołki lękliwie pokonywały wysokie trawy i biegły do wodopoju, czyli do maleńkiej rzeczki, która płynęła sobie u stóp wzgórza. Po drugiej stronie są pola i łąki, na których dostojnie pasą się stada krów. Krzyk żurawi płoszył koziołki, nie udało się zrobić zdjęcia.  Siedząc tak na tym tarasie widziałam ich więcej, chociaż "widziałam" to dużo powiedziane. W porannej mgle widać było tylko blade sylwetki rogasiów. W tej mgle były odważniejsze. Raz trafił się szarak, przemknął nam jedynie przed oczami i przepadł w lesie.


Prawda, że piękne, te żurawie?
I wielkie. Wkrótce odlecą...





 Droga obok naszej miejscówki w Borach Tucholskich.

Taką, meandrującą sobie spokojniutko wśród wiekowych sosen ścieżką dojechaliśmy z pomocą właściciela do naszej miejscóweczki. Lokalizacja: domek na razie bez adresu. I tak nie zdradzę gdzie to jest, bo chcę tam jeszcze pojechać, a nadmiar reklamy może mi to skutecznie uniemożliwić!




Świtanie przy naszym domeczku.

Mgła już zaczyna się rozpływać.







A przed kilkoma minutami było jeszcze tak:



Tuż obok, w sąsiedztwie, ostały się pozostałości czyjegoś domu. Nie przeszkadzały nam.

Domeczek stoi pod samiuśkim lasem, na razie do użytku jest tylko parter, ale za to jak wyposażony!

W niczym nie przypomina letniej kwatery! Nie dosyć, że terakota, to dywan z długim włosem, nowoczesne wyposażenie, aneks kuchenny ze wszystkimi sprzętami, łazienka z kabiną, a na dodatek zewnętrzne rolety, tego lata wprost wymarzone!!! Wewnątrz cudowny chłód, a na zewnątrz kanikuła, no żyć, nie umierać.





                                                            We wtorek pojechaliśmy na wycieczkę nad morze, do Ustki.

Wypoczynek w Ustce wyglądałby tak, jak na zdjęciu obok.
Co kto lubi.
My akurat nie widzimy się w charakterze mocno wysmażonych steków. W każdym razie w Ustce nie byłoby mowy o strzelaniu z wiatrówki do puszki po piwie.




Nie byłoby koziołków i żurawi, ani niezapomnianego widoku nocnego nieba, z Drogą Mleczną i Perseidami.


Z wielkim żalem żegnaliśmy i domeczek i jego Właścicieli, przemiłą parę młodych ludzi, którzy przez cały nasz pobyt martwili się, czy nam czego nie brakuje w tym domeczku. Taaak.. chyba ptasiego mleka, hi hi...








Ja zdecydowanie wolę dzicz. 

piątek, 7 sierpnia 2015

Lesio

I, zgodnie z przewidywaniem, jadę w niedzielę w te Tucholskie bez Chmielewskiej. "Lesio" już prawie w finale, jutro skończę lekturę.

"Lesio" wykończył mnie doszczętnie. Śmiech to zdrowie, wiem, ale stosowany z umiarem! Szczególnie w czasie kanikuły takiej, jak w tym roku. Łzy śmiechu mieszały się z potem i spływały mi wprost na okulary. Co chwilę musiałam przerywać lekturę, żeby je osuszyć. Perypetie tytułowego bohatera i jego kolegów są tak rozbrajające, że gimnastyka mięśni twarzy gwarantowana.

A wszystko zaczęło się od znienawidzonej personalnej, która każdego dnia oczekuje od Lesia podania przyczyny spóźnienia. Lesiowi wyczerpały się pomysły i postanawia kadrową otruć lodami, a dokładnie gronkowcem, wyhodowanym w służbowej teczce.

Lesio to artysta, trudno od takiego wymagać normalności. Ale zanim jego otoczenie pogodzi się z tym faktem, Lesiowi uda się doprowadzić do obłędu niejednego zwierzchnika i pokaźną grupkę kolegów po fachu.

Tylko, ja się pytam, dlaczego akurat personalna musi być taką zołzą, co? Ja też jestem kadrówką, ale zołzą to nie jestem na pewno! I niech ktoś spróbuje powiedzieć, że jest wręcz przeciwnie, no!

Agrafka na odwyku

No, to będzie odwyk, nasza miejscóweczka w Borach Tucholskich Internetu nie posiada. Ja problemu w zasadzie nie widzę, ale Pijawki i Ślubnego to ja sobie na tym odwyku wyobrazić nie potrafię. Nie wiem, czy przypadkiem urlop się nie zakończy szybciej, niż planujemy.

Niezbadane są wyroki losu, cóż...

Prognozę 14-dniową obejrzawszy, załamałam się cokolwiek, bo nie widać na horyzoncie żadnych zmian na chłodniej.

Jak długo da się spożywać chłodnik ogórkowy? Się okaże!

Swoją drogą, zabawnie jest - siedzę z tym notebookiem na jednym kolanie opartym, a pod nim mam jeszcze zamrożony wkład z podróżnej lodówki. Laptop się chłodzi, a mnie przy okazji też całkiem przyjemnie jest tu i ówdzie zwłaszcza :)

Zerknęłam na nagłówki na rozmaitych portalach, a tam odmieniany przez wszystkie przypadki Duduś. Nie chcę tego czytać, nie będę sobie psuła nastroju nastawionego na "on the loose". A niech im tam, ja mam to w głębokim poważaniu, przynajmniej chwilowo!

czwartek, 6 sierpnia 2015

Trudny trup

"Trudny trup" okazał się być doprawdy trudny. Chyba przez ten upał niemiłosierny. Nie porwał mnie, nie miałam napadów śmiechu, a treść docierała do mnie raczej pobieżnie. Z kolekcji Chmielewskiej został mi na urlop tylko "Lesio", zobaczymy, czy mi się spodoba, czy nie?

Wezmę ze sobą jeszcze coś Agaty Christie, na wszelki wypadek.


Inauguracja urlopowa

Mam dosyć tego upału, naprawdę dosyć! Pan Monsz stęka i malkontenci w ogólności, tudzież w szczególności tak bardzo, że zastanawiam się, czy aby jednak jutro do tej pracy nie jechać? Jednak - nie! Zostanę, zdzierżę. Jakoś trzeba się wyprawić na ten rodzinny urlop, nieprawdaż? - Prawdaż, prawdaż...

O, kurka wodna! Nie wiem, czy nasze auto pomieści to wszystko, co Pijawka zamierza ze sobą zabrać. Próba zwrócenia uwagi, że 5 noclegów poza domem, to nie zaraz przeprowadzka ciężarówką z naczepą, spełzła była na niczym. Znaczy reakcja zerowa. Cała uwaga męskiej części rodziny obecnie koncentruje się na głośnikach we wzmacniaczach. I, to jasne, na dyskusji, która momentami podnosiła temperaturę otoczenia, w każdym razie mojego otoczenia o kilka gorących stopni C. Nie wiem, być może im te zwoje też jednak się przegrzały, doszło do zwarcia i się cosik przepaliło, bo nie wybuchło. I O.K., mnie to na rękę. Ja wiem, że od faceta się za dużo nie wymaga, bo to urządzenie niekoniecznie zdolne do rozpoznawania emocjonalnych niuansów i symptomów. No, chyba, że chodzi o seks, to już inna sprawa! W kwestiach seksualnych, to one całościowo opanowują męskie jestestwo, od końca do końca, jakby tych końców nie dorozumiewać. Bez podtekstów, czy wręcz odwrotnie.
Myśli mi chwilowo podążyły opłotkami, skręciwszy nieco na manowce, czyli poboczne tematy, a tutaj rewolucja wysoko i niskotonowa na tapecie się akurat odbywa. Spojrzałam kątem oka, doczytowując sobie akurat ostatnie stronice "Trudnego trupa", a widok przyprawił mnie o lekki, acz niegroźny dla zdrowia zawrót mojej blond główki z racji, że spoczywam akurat na kanapie. Te głośniki, tak mi się zdaje, uległy w tak zwanym międzyczasie cudownemu rozmnożeniu z liczby dwu do chyba sześciu, ale głowy nie dam, bo zmieniały co chwilę lokalizację. Przy czym jedne kolumny pozbawiano   głośników, żeby je  (głośniki) przełożyć do innych. Substancja myśli technicznej krążyła swobodnie, na koniec chyba żaden z moich domowników nie był już pewien, który głośnik zamontowano i gdzie?  Zamieszania w każdym razie było sporo i z przyjemnością zagłębiłam się w lekturę, a ich mowa stała się dla mnie, jak brzęczenie much...


Ksywki

Do licznych moich ksywek dołączyła kolejna: wędkowy skrytożerca.

Znaczy to ni mniej, ni więcej, tylko tyle, że po 27 latach zagubienia w przepastnych czeluściach piwnicznych, odnaleziono dwa wędziska. Oba z połamanym czubkiem. Ustalono zgodnie, że te czubki połamałam ja, bo nikt inny do podpierania kwiatków wędki by nie próbował wykorzystać.

Zgodziłam się bez zbędnych dysput, bo - mówiąc szczerze - nie pamiętam! Może i coś było, kiedyś z tymi wędkami... trudno powiedzieć... mogłam chcieć skorzystać z tego bambusa...


środa, 5 sierpnia 2015

Wrzucam na luz



Już za chwileczkę niemalże urlop. Niezbyt długi, tygodniowy, taki – w sam raz, żeby odpocząć,  a nie zdążyć się odzwyczaić.  Bory Tucholskie, czekajcie, wkrótce przybywamy! 

Z książek przygotowanych na wyjazd uratował się jeno „Lesio”… 

Ale nic to, E. zwiozła kolekcję Agaty Christie, wybrałam cztery, których nie pamiętam, co nie znaczy, że na pewno nie czytałam nigdy. Skoro nie pamiętam, to nie szkodzi – najwyżej będzie powtórka z rozrywki. „100 lat samotności” Marqueza  miało podobnie, też nie pamiętałam, że kilka lat wcześniej już się zagłębiłam w lekturę. Ba, nawet wyszło na to, że drugie podejście było lepsze, podobnie jak seks. Pierwszy raz rzadko wszak jest udany. Z każdym następnym jest lepiej.  A w każdym razie – powinno. 

Postanowiłam: żeby nie wiem co, wyzionę ducha, ale odpocznę!

poniedziałek, 3 sierpnia 2015

To lubię!

Nagłówek na Interia.pl:

Kupowanie borówek może być groźne dla życia!

 O rany... od jutra trzeba zacząć kraść... Borówki. Będzie bezpiecznie.

niedziela, 2 sierpnia 2015

Niebiański sernik

W tym tempie, to nie dosyć, że na urlop nie będzie co wziąć, to przed wyjazdem też zabraknie,kurza twarz!

Wprawdzie w domeczku niewiele zrobione ostatnio, tyle, co niezbędne do przeżycia, ale stos przeczytanych książek urósł znacząco! Powiększył się o "Harpie". Zawsze to coś!

Trudno, nie ma rady, dzisiaj muszę zakasać rękawy i zmobilizować resztki nędzne, które jeszcze tam gdzieś mi w mózgownicy zostały po poczuciu obowiązku. Stos upranych ciuchów urósł do rozmiarów niebotycznych, jeszcze dzionek i przebije w suficie dziurę,  a drukarka, na której spoczywa, lekuchno zapadnie się pod ciężarem. Na dodatek te prognozy,  upały maszerują prosto do nas i o prasowaniu lada dzień zapomnij!

Byle do 10:00, jak tylko pojadą sobie, ja dziarsko, czy nie  dziarsko, ale chyba muszę ruszyć do walki z ogarniającym mnie tutaj chaosem ogólnym.

I tak jestem z siebie niezwykle dumna, bo mimo ogólnoustrojowej niechęci do prac domowych, a do kuchennych w szczególności, zaopatrzyłam swoich domowników, w liczbie dwu, w arcydzieło, świadczące niezbicie, że każdy może, zwłaszcza, jak nie chce i upiekłam sernik. Przez minut 10 przeszłam samą siebie i wyprodukowałam. Wyszedł taki, że cukiernicy od dzisiaj powinni zwracać się do mnie per "mistrzyni". Ot, co!

Zanotuję sobie przepis, na wszelki wypadek:

1 wiaderko waniliowego sera z Biedronki.
8 jaj
pół masła, miekkiego
na oko około 1/2 szklanki cukru pudru
rodzynki upudrowane mąką, garść chyba
kasza manna, też na oko sypnięta, może z 6 łyżek, ale nie wiem

jeszcze spód:
paczka maślanych herbatników z Biedronki, muszę sprawdzić co to - Bonitki, czy jakoś tak i
druga połowa z 200g kostki masła

Herbatniki pogniotłam w garnku za pomocą ugniataczki do ziemniaków, dodałam masło, pogniotłam trochę, potem ręką poprawiłam, ale bez zaangażowania wielkiego

Do dużego garnka wrzuciłam to miękkie masło, chwilę pomiksowałam, dodałam jedno zółtko, trochę sera, zapoznałam składniki ze sobą za pomocą miksera, wkiprowałam potem całą resztę żółtek, cukier puder i ser, pomiksowałam ze 3 minutki, wsypałam rodzynki.
Mikserem ubiłam posoloną lekko pianę, pod koniec dodałam 2 łyżki mąki ziemniaczanej. Odwróciłam miskę do góry dnem - nie wyjeżdża piana, czyli jest O.K. No, to trochę do masy w garze, zamieszałam ostrożnie, dorzuciłam resztę piany, posypałam elegansio kaszą manną po wierzchu, delikatnie łopatką wymieszałam i już. Jak pragnę zdrowia - 10 minut mi to zajęło!

Duża tortownica, o to chwilę trwało, bo ten papier pociąć w dwa paski, a ponacinać je do połowy, kółko na dno nożem odrysować dookoła spodu, to już łatwiej, bo samo wtedy odchodzi.

Tortownica wyłożona, ciastka na dnie uklepane lekko, masa wylana na wierzch. Jeszcze tylko trzy razy stuknąć o stół i do piekarnika, termoobieg ma wypraktykowane - trza na 150 Celsjuszów, minutnik na 1h i można spoko oddać się lubionej  lekturze. Tak też zrobiłam.

Po godzince wyłączyłam grzanie, minutnik na 20 minut i znowu książka. Po 20 minutach drewniana łyżka w uchylone lekuchno drzwiczki piekarnika i znowu lektura jakieś 30 minut.

Potem, to już można wyjąć z pieca,  na kratkę kuchenną postawić, niech tam sobie stygnie, a jak już będzie tylko ciepławy, to przez sitko cukrem pudrem potraktować z wierzchu  i czekać, aż wystygnie całkiem.

Najgorsze to czekanie, bo zapach w całym domeczku, rodzina krąży wokół tego stygnącego cuda i maca, czy aby nie już?

Won stąd! Nie rusz, bo opadnie!

Pewnie, gdyby się bardzo starać, a trzymać jakichś wytycznych książkowych, to nic by się nie udało.

Moja dewiza kulinarna brzmi:

Nie wysilaj się, nie staraj, nie wkładaj serca w gary - wtedy zawsze się gotowanie uda!
Starasz się? - Zakalec jak złoto!

sobota, 1 sierpnia 2015

Kurza stopka

No, żesz... nie zdzierżyłam jednak. Zostały trzy Chmielewskie. A tu dopiero 1 sierpnia. Wygląda mi na to, że do dziesiątego, to ja już będę po lekturze wszystkich pięciu.

Niedobrze, oj, niedobrze! Trudno, trzeba się wziąć w garść i znaleźć coś innego, co mnie zniechęci do czytania na kilka dni. Może ta "Gra w klasy" Cortazara się nada? Hmm... a jak się okaże, że dojrzałam, to też dobrze by było, bo czeka już kilka lat! Jak dotąd, to wszystkie przymiarki lekturowe były psu na budę, ni cholery! Nie udaje mi się jakoś przebrnąć przez tę "biblię młodych". A przecież powinnam, ostatecznie urodziłam się mniej więcej w tamtym czasie, gdy Cortazar napisał to wiekopomne dzieło. Moim zdaniem pomysł, to on może i miał dobry, z tym pisaniem książki, w której kolejność czytania poszczególnych rozdziałów nie ma znaczenia, tyle, że wyszło z tego cóś ni pies, ni wydra... No, dobrze, w latach sześćdziesiątych to to może i się podobało, w końcu młodzież wtedy chciała być intelektualnie wywyższona. Niby dobrze, ale zapomnieli, że wyżej tyłka nie podskoczą.

Wracając do Chmielewskiej, to wczoraj zaliczyłam "Klin". Co ja mogę o tym "Klinie" powiedzieć?
Ano, tyle, że znowu pękałam ze śmiechu. Oczywiście, z przyczyn językowych i ogólnie - stylistycznych. Mucha nie siada!

Treść - bez większego znaczenia, ale troszkę pokontemplowało mi się nocą, bo skończyłam jakoś tak po północy. Pan Monsz chrapał smacznie, ja się dusiłam ze śmiechu przy tu i ówdzie w książce.

Potem próbowałam sobie wyobrazić siebie w roli bohaterki książki. Siebie zakochującą się niechcący w facecie w garniturze. Nieskazitelnym, super eleganckim. I w koszuli,białej, z krawatem. Z fryzurą przylizaną, zaczesaną do tyłu. Cóż... moja wyobraźnia odmówiła posłuszeństwa i nic z tych nocnych dywagacji mi nie wyszło. To znaczy - wyszło,wyszło! Wyszło, że mnie taki numer by się nie udał, z tym zakochaniem.

Dla mnie facet w garniturze jest aseksualnym, bezpłciowym obiektem i do zakochiwania się  z miejsca traci kwalifikacje. Jeszcze ta fryzura ulizana do tyłu i komplet. Nawet na bezludnej wyspie odpada. Dla mnie. Jak James Bond, działa na mnie usypiająco, dosłownie! Bez żadnych podtekstów i przenośni. Mam tak od zawsze. Nie mogę zasnąć - agent 007 i w jednej sekundzie jestem w ramionach Morfeusza.

- Jak pani wygląda? - pyta ten ulizany agent z książki.
- Raz tak więcej przepięknie, a innym razem wręcz przeciwnie - odpowiada Joanna.

I jak tu się nie śmiać, no - jak?