piątek, 31 lipca 2015

Jeszcze kilka dzionków i URLOP

Za tydzień jadę na kolejną pigułkę urlopową. Trochę się obawiam, bo jedziemy w komplecie, znaczy ja, Pan Monsz i Pijawka.
Ostatnio, w majowy weekend nie wytrzymali ze sobą 3 dni, tradycyjnie zaliczyliśmy więc wyjazdową awanturę na 24 fajerki...
Teraz ma tych dni być 5, aż strach się bać, co z tego wyniknie. Najgorsze, że w założeniach  ma być O.K., a potem wychodzi, jak zwykle. I zamiast odpocząć, wracam zestresowana do granic możliwości, tęskniąc już od pierwszego dnia do pracy, w której zgoda panuje i przyjazna atmosfera w ogólności. I w szczególności też.

Znowu wydałam pieniądze na książki, głupia baba. Amoku jakowegoś dostałam, czy jak? Jak już sobie konto w księgarni internetowej ( kolejnej, bo mam już w trzech) założyłam, tak niezwłocznie w koszyku znalazła się kolekcja pięciu książek Chmielewskiej.

Niestety, zataszczyłam wszystkie do domeczku, w związku z czym z tych pięciu zostały mi cztery po wczorajszym. A planowałam sobie , że wezmę wszystkie pięć w te Tucholskie. I, że niech się pali i wali, niech sobie wydrapią te ślepia nawet, ja będę sobie zatopiona w lekturze i "księżyca misa lśni, świat cały zwisa mi...", jak u J. Kobuszewskiego.

Oni się żrą - ja czytam.
Obawiam się, że zanim wyjadę, uszczuplę tę kolekcje  urlopową znacząco. Eh, te nałogi...

A przeczytałam właśnie "Romans wszechczasów". Jak to u Pani Joanny, tytuł jest mylący i odnosi się do treści jedynie fragmentarycznie, pokątnie - można by powiedzieć.

I znowu polały się łzy me czyste, rzęsiste na tę książkę, razem z makijażem, który tego śmiechu nie zdzierżył był i polał się też, razem z tymi łzami.
Jak mi poszło gotowanie zupy na dzisiaj, to nie wiem, bo coś tam wrzucałam, czymś doprawiałam, nie wypuszczając książki z dłoni. No i jeszcze te łzy. Trudno, okaże się dzisiaj, jak zapodam tę wczorajszą produkcję kulinarną.

Szkoda tylko, że książkę już przeczytałam, teraz krążę w pobliżu następnych, powstrzymuję się, ale nie wiem, jak długo wytrzymam.

Słowo daję, że  w tym, skądinąd niezgrabnym i nieudanym wierszydle mieści się recenzja, chyba większości książek Chmielewskiej:


Babska skłonność do wzruszeń

Czasem bywam skłonna do wzruszeń...
Nie, nie nad książką, czy filmem!
Nad sobą.

Zwłaszcza, gdy wyraźnie widzę w lustrze,
że  nie byłam nigdy, naszego ziemskiego
świata ozdobą.

Więc cóż? Wzruszam się i już! Rzęsiste
z mych smutnych ócz, po policzkach,
łzy płyną...

I myślę... bo myśleć  lubię i nawet umiem!
Więc myślę tak: Czy koniecznie muszę być
ładną dziewczyną?

Chociaż, z drugiej strony: Czy ja wiem?
Tu – znowu myślę, a z tego myślenia
mi wychodzi,

Że, być może jednak coś w urodzie jest...
że  jej odrobina nie mogłaby rozumowi
chyba zaszkodzić?

Ha, trudno się mówi, czas pogodzić się,
choć mi smutno i zmartwiło mnie
to wielce.

Już nie zmienię dzisiaj tego, że
gdy po rozum stałam, to urody nie dawali
w tej kolejce...




Brak komentarzy: