poniedziałek, 6 lipca 2015

Byle przetrwać

Upał. Przetrwać.
Pojechaliśmy w sobotę na urlop, od upału. Do mojej, kochanej Siostry. Było super! Chociaż za krótko, jak zawsze. Odetchnęliśmy od zaduchu IV piętra, pod dachem.
Jadąc, ze smutkiem skonstatowałam, że jesień chyba już jest, bo całe, mijane w drodze lasy i brzeziniaki wystrojone są w złociste szaty.
O, dwie krople spadły na karmnik za naszym, firmowym oknem, no coś takiego! Liście sypią się z lip tak, jakby to był listopad, a nie początek lipca.
Mam nadzieję, że gdzieś za tymi marnymi cumulusami pędzą cumulonimbusy. I, że coś wreszcie spadnie z nieba, przy czym wcale nie tęsknię za manną!

Moje cudne kwiaty prze budynkiem są ledwie żywe, po weekendzie przypalone na brzegach, sierotki.

Humoru jakoś nie mam, może to po tej nocy? Przeciąg, ani wentylator w oknie nic nie pomagały. Lodówka gorąca, jak piec.
Pan Monsz też był dzisiaj taki więcej milusi, jakbym to ja była winna temu, że ten upał. Myślę, że śniło mu się coś bardzo przykrego. Jak każdy facet, zły musi wyżyć się  na kimś, a ja pod ręką. A Pijawka też wczoraj odezwał się do mnie tak uroczo, że do dzisiaj dojść do siebie nie mogę. Zawsze tak jest, gdy obaj są w pobliżu siebie, bo każdy facet musi, ale to bezwzględnie musi mieć ostatnie słowo. Przestawiali wentylator z pokoju do kuchni, a każdy wiedział lepiej, gdzie akurat w tej chwili stać on powinien. Mnie było wszystko jedno, marzyłam jedynie o tym, żeby był już poniedziałek i żebym mogła od ich uciążliwego towarzystwa odpocząć. Tutaj jest zgodnie, sympatycznie, żadnych fochów.
Rozmyślam sobie dzisiaj, dokąd by tu udać się na wczasy dla sfrustrowanych żon i matek?
  
A tymczasem skończyło się na dwu kroplach... e tam...

Brak komentarzy: