czwartek, 18 czerwca 2015

Dębowa gazdówka



Majowy długi weekend w naszym przypadku był  jedynie majowym krótkim weekendem. Rodzinny wypad na kraniec Polski, hen, za Ustrzyki Dolne. Noclegi , aż dwa, zarezerwowaliśmy sobie w Dębowej Gazdówce, w miejscowości Łodyna. Oj, miejscóweczka, znaleziona w Necie
 ( www.debowagazdowka.pl) okazała się być strzałem w dziesiątkę!
Dębowa Gazdówka. To gościniec naprawdę godny polecenia wszystkim, którzy cenią sobie dobre warunki i piękne widoki, w przyzwoitej cenie.  Za pokój trzyosobowy trzeba zapłacić 180zł/ doba. Warto!
Zajazd wybudowano z dębowych bali, gołych, nagich,  jak natura stworzyła. Łazienki stanowiły jedyne pomieszczenie, wykończone na wskroś nowocześnie. Oczywiście z bieluśkimi, czyściutkimi ręcznikami w wyposażeniu. Pościel – bez zarzutu, naprawdę świeża i nowa, a nie jakieś tam starocie, przesiąknięte potem i obrzydliwe w ogólności.  W pokojach TV i WIFI. Właścicielka, to przemiła osoba, zapracowana, ale zawsze uśmiechnięta i gotowa do działania. Pijawka nie był zadowolony z faktu, że rodzice wynajęli tylko jeden, wspólny, trzyosobowy pokój.  Pomaszerowałam do Pani gospodyni i pytam, czy aby nie ma jakiejś wolnej jedynki?  Ano, już nie ma, ale ma jeszcze wolne studio. Jakoś nie bardzo wyobraźnia chciała mi podpowiedzieć, cóż to takiego, to „studio”???
Pani  pokazała. I studio okazało się być dwupoziomowym lokalem, przeznaczonym dla 7-8 osób w sumie, a mieści się na poddaszu. Pani zamieniła nam tę trójkę, na ósemkę, bez żadnej dopłaty! Nocowaliśmy zatem w studio z widokiem na, nieczynny o tej porze roku ze zrozumiałych względów,  wyciąg narciarski. Wczesnym rankiem mgły snuły się nisko, okrywały krajobraz białą kołderką, a ja sobie paliłam na balkonie, rozmyślając - nostalgicznie nieco - o bieszczadzkich wakacjach mojego dzieciństwa.
Pijawka wniebowzięty, zaanektował niezwłocznie górną kondygnację, nam pozostawiając dwa pokoiki na dolnej.
Nie rozpakowaliśmy się, mała toaleta i pomaszerowaliśmy obejrzeć zajazdowe, rozległe włości.
W drugim budynku, oczywiście z dębowych bali, ogromna sala, w niej stoły ogromniaste i ławy takież. Na końcu bufet, nie powiem, z bogatą ofertą. A za bufetem kuchnia.
Zasiedliśmy, głodni, jak nie wiem kto, bo podróż była bardzo długa. Podszedł kelner, młody, przystojny chłopak,  wystrzyżony zabawnie, bo na czubku głowy króciutko, a dalej, to już długie włosy, związane w kitkę  sięgającą niemal pasa. Najdziwniejsze, że z tą wyszukaną fryzurą było mu do twarzy!?
Otwieramy kartę, a tam… hryczanyki w farfoclach!!!!!!!!!!! Innych nazw nawet nie pamiętam… I wybierz, człowieku, coś, co chciałbyś skonsumować bez strachu, że okaże się przepyszną dżdżowniczką w sosie własnym! Szczęściem, przemiły kelner przełożył z lokalnego na nasze i szczegółowo wyłożył skład tych dziwnych potraw, które zresztą okazały się być znakomite. Pijawka był zachwycony, to pewne! Serwowano lokalnie produkowane piwo, w gorzelni Ursa Maior, założonej przez domorosłą browarniczkę w Uhercach Mineralnych, bodajże w roku 2011. Browar można zwiedzać, stanowi lokalną atrakcję turystyczną. A piwo wytwarzane domowymi, nieustannie udoskonalanymi metodami, jest doprawdy  pyszne, niepasteryzowane i naturalne.
Na wycieczkę po Bieszczadach mieliśmy właściwie tylko jeden dzień, na który przypadły dwa w drodze tam i z powrotem. I taki to długi weekend był…
Zdążyliśmy jednak przejechać znanymi nam z wcześniejszych, licznych wojaży drogami niemal wzdłuż i wszerz Bieszczadów. Krótko mówiąc zahaczyliśmy o:
- Ustrzyki Górne
- Wołosate
- Solinę
- Polańczyk
- Cisnę
- Przysłup
- Dwernik
- Czarną i Polanę
- Zatwarnicę
- Bukowiec
i wiele innych, niewymienionych miejscowości.
Drogi w Bieszczadach, po kilkuletniej, naszej nieobecności zaskoczyły nas pozytywnie bardzo. Wyremontowane i równe, jak stolnice. Najbardziej zdziwiło nas, że droga przez mękę, czyli wijąca się doliną droga prze Buk, Terkę, Bukowiec, takąż być przestała i tym razem jeziora łabędziego na niej tańcować na czterech kółkach nie trzeba było! A wszystko przez tę znienawidzoną przez niektórych Unię, która dofinansowała. Posiadam w domeczku przewodnik, w którym stoi czarno na białym, że w/w drogą raczej należy zapuszczać się wyłącznie per pedes, bo nawet rowerem nie lzia.

 Autko sprawdziło się w terenie znakomicie, nawet na górskich bezdrożach, przejechało spoko przez potoki, pomykało po górskiej łące, Pijawka skakał z radości, że był prawie na off roadzie, choć nasze auto to raczej kałużowiec, niż terenówka.

Mimo ogólnie fantastycznych wrażeń, w tym  z jazdy serpentynami, Pan Monsz zapowiedział, że więcej w Bieszczady się nie wybiera. Zapytany o powód decyzji, odpowiedział, że to już nie są te same Bieszczady… dzikie, nienaruszone, tajemnicze. Nadal piękne, fakt, ale – już nie te…
Pierwszy szok był w Cisnej, której prawie nie poznaliśmy. Mieliśmy zamiar skonsumować przekąskę jakąś w znanej nam, lokalnej jadłodajni, w samym centrum Cisnej. Nic z tego! Nawet zaparkować nie było gdzie, a mimo, że wyrosły w między czasie kolejne lokale i lokaliki gastronomiczne, kolejki były nie tylko do jedzenia, ale nawet do wejścia.
Pojechaliśmy z Cisnej do Przysłupa, pod przełęcz. Tam niegdyś stał taki pawilon, nie pawilon, w którym serwowano świeżo złowione w hodowli na tyłach pstrągi, oprócz, oczywiście, innych, niewyszukanych i niedrogich potraw. Zajeżdżamy, a tam chyba z 10 autokarów, a zajazdów wypasionych wyrosło kilka. W 2008 roku była tylko ta smażalnia i galeria rękodzieła artystycznego, a dzisiaj tłok, jak na Marszałkowskiej. Cudem udało nam się dostać jedyny stolik i tylko dlatego, że było nas 3 sztuki. Siedzieliśmy więc pod bufetem, pałaszując kartacze z surówką, a wszyscy się dookoła nas przemieszczali, hałas niemiłosierny. Bo kolejka i awantury o godzinne oczekiwanie na miejsce.
Cóż… idzie nowe. W galerii też. Wraz z tymi tłumami urosły ceny, do astronomicznych. Nie, nawet za najpiękniejszą torbę ze skóry, wykonaną w stylu indiańsko-pionierskim, pięciu stówek nie dam! O tanim upominku dla krewnych i znajomych królika zapomnieć trzeba też.

W Solinie, to już od dawna najlepiej sprzedają się egzotyczne, pamiątkowe muszle i korale…
Może, Panie Monszu, masz rację, że to już sopocki deptak prawie się zrobił.

Cóż,  panta rhei

Brak komentarzy: